Kelner, czy w zupie jest pluskwa?

Krzysztof Błażejewski 11 lipca 2014

W PRL-u pracownicy gastronomii, szczególnie kelnerzy, nie kojarzyli się najlepiej. Klienci skarżyli się na ich niechlujstwo, lenistwo, sobiepaństwo... Dziś do katalogu grzechów osób obsługujących gości życie dopisało kolejną pozycję - podsłuchiwanie rozmów.

Na zdjęciu: Najlepsi z najlepszych, czyli kelnerzy z toruńskich luksusowych, jak na owe czasy, hoteli „Kosmos” i „Helios” gotowi do startu w organizowanych tradycyjnie mistrzostwach kelnerów.

Fot.: Andrzej Kamiński

W socjalistycznym systemie, który sprowadzał się głównie do braku wszystkiego, pójście do kawiarni, restauracji czy baru wiązało się z ryzykiem natrafienia na pewne uciążliwości. Uosobieniem szykan, które czekały na klientów, byli ludzie pierwszego kontaktu, czyli kelnerzy.


To oni często przychodzili po zamówienie po godzinnym nieraz oczekiwaniu, to oni po przyjęciu zlecenia na schabowe wracali po kilkunastu minutach z wieścią, że „właśnie się skończyły”, to na nich po zakończonej konsumpcji trzeba było długo czekać, by uregulować rachunek, to im skarżyli się klienci na nieświeże i niesmaczne jedzenie, brudne obrusy i pływające w zupie muchy.

Nic dziwnego, że zanim pojawiły się dowcipy typu „Przychodzi baba do lekarza...” i o blondynkach, o miano najpopularniejszych kawałów rywalizowały te o teściowej i o kelnerach. Ci ostatni często mieli opinię leni, bałaganiarzy, a nawet naciągaczy. To kelner na stwierdzenie, że szklanka jest brudna, oznajmiał, iż służy już piątej osobie i nikt się jeszcze nie skarżył, to kelner pytany, jak często w lokalu zmienia się obrusy, twierdził, że nie zdążył zauważyć, bo pracuje dopiero trzy miesiące...

W powojennej Polsce powszechne były krytyka prasowa i wpisywanie się do książki skarg i zażaleń, które w zakładach gastronomicznych zapewniały się równie szybko jak w sklepach mięsnych. Dziennikarze praktycznie po każdej wizycie w restauracji czy barze mieli o czym pisać.

Oto notatka z „Ziemi Pomorskiej” z 1949 roku: „W jednym z popularnych lokali gastronomicznych TSS w Toruniu w ub. środę o godz. 13.30 w chwili, gdy wszystkie stoliki były zajęte, zabrakło łyżek do zupy dla gości. (...) W tym samym lokalu o tej samej godzinie jeden z kelnerów rugnął gościa za to, że ten ośmielił się zabrać krzesełko od innego stolika. (...) W tymże lokalu od pół roku bez przerwy do obiadów klubowych podaje się deser składający się z odrobiny kisielu (co pewien czas zmienia się tylko kolor) z dodatkiem łyżki niesłodzonego kompotu z rabarbaru wzgl. soku rozcieńczonego wodą. Wszystko to razem wzięte zakrawa na kpiny z publiczności”.

„Ilustrowany Kurier Polski” w tym samym czasie pozwolił sobie na publikację „dramatu gastronomicznego”. Jego bohaterem był bydgoszczanin, który zapragnął zjeść danie mięsne w dużym i popularnym lokalu. Każde kolejne zamówienie wyczytane z karty kończyło się tym, że kelner wracał po kilkunastu minutach z kuchni, oznajmiał kolejno, że schabu, golonki, befsztyku, pieczeni już nie ma i najspokojniej w świecie wykreślał ołówkiem daną pozycję z menu, trzymanego w rękach przez coraz bardziej głodnego gościa. Na koniec okazało się, że w restauracji nie ma już nic, nawet piwa...

W latach 60. i 70. bolączką, także w naszym regionie, było to, że brakowało czynnych lokali, zwłaszcza w dni wolne od pracy. Notatka z „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”: „Jak wyjaśnia WSS „Społem”, w wolne soboty w Bydgoszczy nieczynnych jest ok. 50 proc. zakładów gastronomicznych. Nieco zakłóceń w rejonie śródmieścia spowodowały jednoczesne remonty zakładów „Ul”, „Cristal”, „Słowianka” i „Gryf”. Uwzględniając potrzeby konsumentów, WSS podjęła decyzję, że odtąd w soboty otwarty zostanie dodatkowo „Sim” w godz. 11-17 oraz bar mleczny „Ratuszowy”.

„Proszę pouczyć personel...”


Fragment z tegoż „IKP-a” z roku 1966: „Nie wiemy, dlaczego klientka w lokalu „Savoy” w minioną sobotę o godz. 18 usłyszała od obsługi, że nie ma nic do jedzenia, skoro w tym czasie, jak twierdzi kierownik zakładu, bardzo urozmaicone menu dostępne było dla gości aż do zamknięcia tego lokalu”.

W 1969 roku reporter „Nowości” ruszył na kontrolę z pracownikami inspekcji handlowej. W jednym z barów przy ul. Szerokiej kontrolerom, którzy weszli incognito, podano alkohol niedolany do kreski i niedoważone kotlety. W książce skarg znaleziono wiele uwag typu: „Proszę pouczyć personel kuchni, aby nie podawał cuchnących potraw”. Bałagan i brud ujrzany na zapleczu przyprawił inspektorów o mdłości.

A tak opisywał „Dziennik Wieczorny” przeprowadzoną wspólnie z sanepidem inspekcję lokali w Bydgoszczy: „Fatalna sytuacja w barze „Piastowskim” przy ul. Śniadeckich. Szczupły personel nie może sobie dać rady z olbrzymią ilością klientów. Kierowniczka lokalu sama musi zmywać naczynia, te zaś i tak są zatłuszczone z powodu braku wyparzacza. (...) Wizyta w barze „Mir” potwierdza krążące o nim złe opinie: konsumentom podaje się potrawy na naczyniach brudnych, tłustych i mokrych”.

Polacy do restauracji chodzili jednak nie tylko po to, żeby zjeść obiad. Kelnerzy w lepszych lokalach słynęli z możliwości załatwienia wszystkiego. To kelner np. podczas dansingu wiedział, gdzie jest najbliższa melina z wódką, wymieniał pod stołem obcą walutę, handlował złotem i srebrem, załatwiał damy do towarzystwa etc.

Chętnych do pracy w tym fachu nigdy nie brakowało. Część z nich dorabiała sobie do skromnych pensji „oszczędnym” nalewaniem wódki czy piwa, chrzczeniem tych trunków wodą, niedosypywaniem kawy, obcinaniem kotletów, dopisywaniem do rachunków drobnych sum, zwłaszcza osobom, które niezbyt dobrze widziały cyfry, podawaniem „siwuchy” zamiast „luksusowej” czy krajowego wina owocowego zamiast zamawianego gronowego. Odważniejsi potrafili wmówić, że gość nie zauważył, jak dużo zjadł i wypił, zamiast gastronomicznej podawali przyniesioną z domu wódkę, a do rachunku dopisywali np. daty urodzenia...

„Niech nam głowy nie zawraca”


Swoiste żniwa mieli pracownicy gastronomii w latach 70., kiedy w ramach walki z alkoholizmem wymyślono podawanie obowiązkowej zakąski do każdego kieliszka wódki czy kufla piwa. Z kuchni można było codziennie wynosić żywność dla całej rodziny...

W 1973 roku kelnerka świeżo zatrudniona w jednej z kawiarni zwierzała się pomorskiej prasie: „Wszystkim rządziła bufetowa. Już pierwszego dnia pracy poinstruowała mnie: „Nie przemęczaj się, mała, gdzie ci się spieszy! Klienci poczekają...” A kiedy klient zamówił zwykłą bułkę z masłem, kazała mu powiedzieć, że niech nam głowy nie zawraca i idzie sobie do baru”. Dziewczyna opowiadała też obszernie o sposobach „odświeżania” nieświeżych produktów, podrabiania, rozcieńczania etc.

W luksusowych, najdroższych lokalach przebywali w znacznej części ludzie z półświatka, zwabieni przez „mewki” dewizowcy i naiwni klienci nadający się do łatwego oskubania. Był to obcy dla większości Polaków świat, który miał swoje prawa i choć drzwi zdawały się do niego stać otworem, to jednak był on dla nich niemal hermetycznie zamknięty.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 17-07-2014 22:31

    Oceniono 1 raz 0 1

    - leszek: Panie redaktorze, obraził pan bardzo dużo dobrych i zasłużonych fachowców , wrzucając wszystkich do jednego garnka . To , ze jest pan wykształcony nie upoważnia pan do obrażania innych.

    Odpowiedz

  2. 16-07-2014 19:51

    Oceniono 1 raz 0 1

    - Riki: Nie publikujćie głupich tekstów. Historia Was osądzi.

    Odpowiedz

  3. 14-07-2014 11:39

    Oceniono 1 raz 1 0

    - lesiu: To nie OTO CHODZI..........

    Odpowiedz

  4. 11-07-2014 07:37

    Oceniono 4 razy 3 1

    - Ewa: Teraz Naród kocha kelnerów. Kłaniam się nisko Panowie Kelnerzy.

    Odpowiedz