Polskie pośrednictwo wyłudzeniowe

Grażyna Ostropolska 11 lipca 2014

Pod przykrywką firm proponujących usługi finansowo-kredytowe lub doradztwo finansowe często kryją się oszuści, którzy najpierw oswajają klienta, a potem wyłudzają od niego pieniądze. Tak działała Aleksandra K., była pracownica banku, która oskubała z kasy dziesiątki klientów z Bydgoszczy i Torunia.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Aleksandra K., prowadząc Usługi księgowo-finansowe „OLFIN” czy Pośrednictwo finansowo-kredytowe w Bydgoszczy miała ułatwione zadanie, bo klienci znali ją z czasów, gdy kierowała miejscowym oddziałem Nordea Banku przy ul. Szajnochy.


Jej wspólniczka, Bogusława Ch. z Torunia, też budziła zaufanie swoich ofiar, bo z zawodu była... nauczycielką.

Obie panie oskarżono o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która przez co najmniej trzy lata wyłudzała pożyczki z lokalnych oddziałów SKOK im. Z. Chmielewskiego z siedzibą w Lublinie. Aleksandra K. i Bogusława Ch. brały je najczęściej na podstawione osoby, tzw. słupy, skuszone tysiąc- lub pięćsetzłotową prowizją. Spłacały tylko pierwsze raty i zostawiały „słupa” oraz SKOK w kłopotach, a po wpadce poddały się dobrowolnej karze.

4 lipca sąd wymierzył oszustkom wyroki. Bydgoszczance - 2,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat, zaś toruniance - 2 lata w zawieszeniu na trzy.
Zawodowy

oszust ma patent na przetrwanie.


Złapany na przestępstwie dobrowolnie poddaje się karze, dostaje wyrok w zawieszeniu, niewielką grzywnę i... nadal prowadzi przestępczy proceder. Wyłudza kolejne miliony, znów wpada i zalicza kolejny wyrok „w zawiasach”, wkalkulowany w zawodowe ryzyko. Tak działała Magdalena S., negatywna bohaterka naszej publikacji pt. „Zawód: nałogowa oszustka” sprzed dwóch tygodni. Zaliczała kolejny wyrok w zawieszeniu (bez procesu, a tym samym bez medialnego rozgłosu), o którym mało kto wiedział i dalej robiła to samo. Teraz jest podejrzana o współudział w wyłudzeniu 127 kredytów na ok. 10 mln zł i przebywa w areszcie.
Aleksandra K. i Bogusława Ch. są wolne, ale ukrywają się przed wierzycielami w Niemczech. Pierwsza podaje sądowi, który zwolnił ją z zakazu opuszczania kraju i policyjnego dozoru, że pracuje jako opiekunka w niemieckim domu seniora, a druga deklaruje zatrudnienie w Niemczech w charakterze... pomocy domowej.

- My w te bajki nie wierzymy! - burzą się ci, których Aleksandra K. naciągnęła na kredyty w innych instytucjach finansowych. Nie wiedzieli, że jest oskarżona o wyłudzanie pożyczek w SKOK-u, a że umiała wzbudzić ich zaufanie, pożyczali jej pieniądze. Głównie z kredytów, które im załatwiała, ale nie tylko...

Pan Piotr, przedsiębiorca z Torunia, pożyczył w zeszłym roku Aleksandrze K. 60 tys. zł - tuż przed jej zniknięciem. - Polecili mi ją znajomi. K. miała mi załatwić kredyt. Przyjeżdżała po dokumenty do mnie do Torunia lub ja dowoziłem brakujące papiery do jej domu w Toporzysku (gmina Zławieś Wielka - przyp. aut) - wspomina. Kredytu nie otrzymał, ale zanim się o tym dowiedział, pani Ola poprosiła go o przysługę. - Dowiedziała się, że moja firma ma w banku kredyt obrotowy i chciała, żebym jej pożyczył 50 tys. zł z tego konta - przywołuje moment, kiedy

dał się wpuścić w pułapkę.


- Twierdziła, że właśnie robi interes na dwie „duże bańki” i po tygodniu odda mi pożyczkę z nawiązką. „Ja jestem uczciwa dziewczyna, spiszemy umowę, dam ci weksel”, mówiła i dałem się wrobić - wyznaje przedsiębiorca. Przyszedł termin oddania pożyczki, Aleksandra K. nie odbierała telefonu, więc pan Piotr przyjechał do Toporzyska. - Wyszedł do mnie jej mąż i mówi roztrzęsiony: „Ola jest w psychiatryku, chciała popełnić samobójstwo” - wspomina.

Pan Piotr szukał dłużniczki w jej biurze przy Śląskiej w Bydgoszczy, próbował namierzyć jej wspólniczkę Olgę S., jeździł po bankach. - W końcu dałem sobie spokój i nawet nie poszedłem z tym do prokuratury, bo mi wstyd - mówi torunianin.

- A my jej nie popuścimy. Będziemy ją ścigać aż do skutku za to, że okradła nas z dorobku całego życia - zapowiadają oszukane bydgoszczanki: Beata, Dorota i Danuta. Aleksandra K. jest im winna 348 tys. zł. - Znałyśmy ją z czasów, kiedy kierowała oddziałem Nordea Banku przy Szajnochy i błyskawicznie załatwiała naszym firmom kredyty - wspominają. Każda z nich prowadzi działalność gospodarczą, a z Aleksandrą K. łączyły je również więzi towarzyskie.

- Dziś wiemy, że próbowała się z nami zaprzyjaźnić i pozyskać nasze zaufanie w określonym celu. Najpierw pożyczała od nas drobne sumy i oddawała, a potem namawiała do zaciągnięcia kredytu, powołując się na swoje znajomości w bankach i wyciągała od nas te pożyczone pieniądze - wspominają.

Pani Dorocie błyskawicznie załatwiła 80 tys. zł w Subregionalnym Funduszu Pożyczkowym „Kujawiak”, który dysponuje środkami z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i budżetu państwa. - Wiedziała, że nie potrzebuję tych pieniędzy natychmiast, więc zaproponowała, bym jej pożyczyła na trzy miesiące - wspomina. Spisały umowę pożyczki, a pani Dorota dostała weksel, więc była spokojna. - Chciała dostać gotówkę do ręki, ale na to nie poszłam, więc wskazała mi numery trzech bankowych kont, tłumacząc, że należą one do klientów, którym załatwia kredyt i chce, by bank widział na nich przepływy pieniędzy - wspomina.

Pani Danuta potrzebowała 30 tys. zł kredytu, by kupić dostawczy samochód, ale K. namówiła ją na zaciągnięcie 100 tysięcy i natychmiast pożyczyła od niej 70 tys. zł. Pani Ola nie oszczędziła nawet swojej masażystki.

- Namówiła mnie na zainwestowanie u niej 8 tys. zł. Twierdziła, że co tydzień będę miała z tego procent, a potem zniknęła - wspomina pani Katarzyna.

O tym, jak Aleksandra K. wykołowała właściciela znanych zakładów mięsnych, i jak doprowadziła do bankructwa rodzinę sławnych cukierników, krążą legendy. Pani Jadwiga, z której receptur korzystał nawet bydgoski cukiernik Sowa, do dziś nie może się pozbierać.

- Zaufałam tej kobiecie, bo przecież była kierowniczką banku. Dałam jej wszelkie notarialne pełnomocnictwa i powierzyłam kierowanie zakładem, a ona zaciągała na moją firmę i jej pracowników kredyty, przedstawiała sfałszowane dokumenty o ich zarobkach i zatrudnieniu - wspomina Jadwiga O. Miała swoje cukiernie w Bydgoszczy i przy ul. Łaziennej w Toruniu, a jej pączki sprzedawano w marketach całej Polski. Zapragnęła podbić swoimi słodyczami Berlin. Wyjechała tam, by dopilnować interesu, a kierowanie firmą powierzyła Aleksandrze K. i współpracującemu z nią radcy prawnemu S.

- Tak jej ufałam, że podpisywałam dokumenty in blanco - wspomina pani Jadwiga. Kiedy wróciła do Polski, firma tonęła w kredytach. - Nie było nawet pieniędzy na przeprowadzenie upadłości, a moja rodzina nie miała z czego żyć - mówi zrozpaczona kobieta. Przeżyła depresję, mieszka teraz w zajętym przez komornika domu, bo... - Pani K., mając na dokumencie mój podpis in blanco, napisała w moim imieniu oświadczenie, że jeśli ją zwolnię, to muszę jej wypłacić 100 tys. zł i gdy to faktycznie zrobiłam, wpisała mi tę kwotę na hipotekę domu - wspomina pani Jadwiga. Domy miała dwa. Ten, w którym mieszka, jest zajęty przez komornika, a drugi... w Toporzysku już zlicytowano.

Obok niego stoi...
ekskluzywny dom Aleksandry K.


Na działce, którą podarowała jej pani Jadwiga. Z dobroci serca, bo, jak mówi, traktowała panią Olę jak najbliższą, zaufaną osobę.
Jedziemy do Toporzyska, bo i tam są naciągnięci przez panią Aleksandrę sąsiedzi. Pan Janusz długo będzie spłacał kredyt, który zaciągnęła na jego nazwisko. Stracił pracę i wtedy K. zaproponowała, że da mu 1000 zł, jeśli zaciągnie dla niej kredyt. - Spłaciła kilka rat, a resztę ja muszę spłacać - mówi.

W podobnej sytuacji jest pani Halina, którą K. nakłoniła do podpisania dokumentów pożyczkowych w SKOK-u. Uśpiła jej czujność, bo zaproponowała, że jednym z żyrantów będzie syn pani Aleksandry - Krzysztof.

- Wmanewrowała własne dziecko w przestępstwo, bo przedstawiła w SKOK-u fałszywe zaświadczenie o jego rzekomym zatrudnieniu i wysokich zarobkach w Biurze Kredytowo-Finansowym przy ul. Pomorskiej w Bydgoszczy, podrabiając podpis jego właścicielki Olgi S. - słyszymy.

- Nie mam z matką żadnego kontaktu, wiem tylko, że jest w Niemczech, gdzie podobno opiekuje się starszymi ludźmi - twierdzi pan Krzysztof, którego spotykamy przed domem w Toporzysku, skąd zabiera korespondencję, głównie od wierzycieli. - Dom jest zajęty przez komornika, będzie licytacja - mówi.

Warto wiedzieć



Śledztwo umorzono 4 lipca Sąd Okręgowy w Bydgoszczy wymierzył Aleksandrze K. wyrok 2,5 roku więzienia w zawieszeniu na 5 lat oraz 5 tys. zł. grzywny za „udział w zorganizowanej grupie przestępczej, mającej na celu przestępcze uzyskiwanie środków pieniężnych z pożyczek, udzielanych przez SKOK im. Z. Chmielewskiego w Lublinie, przy użyciu poświadczających nieprawdę dokumentów”.

Tymczasem zawiadomienie o domniemaniu popełnienia przez Aleksandrę L. kolejnych wyłudzeń, które złożyły w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz-Południe panie Beata, Dorota i Danuta, zakończyło się umorzeniem śledztwa z powodu… braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa.

„Ze zgromadzonego materiału dowodowego wynika, że umowy pożyczek, zawierane przez Aleksandrę K. ze składającymi zawiadomienie, były umowami cywilnymi, więc niedotrzymanie ich warunków winno być rozstrzygane w sądzie cywilnym” - brzmi uzasadnienie. - Nasze dochody idą na spłatę kredytów, które zgarnęła pani K., więc na cywilny proces ani na opłacenie adwokata nas nie stać, w przeciwieństwie do oszustki, którą stać na najlepszych prawników i która za wyłudzone pieniądze świetnie sobie żyje - konkludują poszkodowane.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 19-02-2017 11:30

    Brak ocen 0 0

    - Oksana: Zadziwia to, ze banki wciąż żądają papierowych zaświadczeń o dochodach które łatwo można podrobić: http://pamietnikwindykatora.pl/2014/10/0 1/podrobienie-zaswiadczenia-o-zarobkach- bardzo-latwe/ Ileż to milionów zlotych wyłudzono na lewe zaświadczenia. a wystarczy przecież historia z konta w pdf w której widnieją przelewy pensji. Nie do podrobienia.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz