Ludzie tak poszkodowani, że nóż się w kieszeni otwiera

Dorota Witt 8 lipca 2014

Rozmowa z EWĄ ŁOZIŃSKĄ-MAŁKIEWICZ, radczynią prawną i tłumaczką przysięgłą języka angielskiego.

Ewa Łozińska-Małkiewicz Od urodzenia mieszka w Toruniu. Studiowała prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Wydała 4 słowniki prawnicze: polsko-angielskie, polsko-francuskie. Pracuje nad pierwszym na świecie polsko-angielsko-francuskim słownikiem ptaków

Fot.: Jacek Smarz


Jakie problemy prawne mają Polacy?
Kiedyś nagminnie o poradę prosiły osoby z problemami lokalowymi: najemcy mieszkań mieli i nadal mają nieporozumienia z właścicielami lokali. Zawsze bronię właśnie najemców, bo są biedni, często niezaradni, potrzebują wsparcia. Z drugiej strony, zmienia się ich podejście do życia - chyba nie rozumieją, że nie mają wyłącznie praw, i tego, że mieszkanie ma wartość, że trzeba za nie płacić, a ceny są wolnorynkowe. Bezzasadne roszczenia ze strony najemców to częste przypadki - często myślą, że właścicielowi nie należy się nic, a im: nowe okna, wymiana drzwi, pieca. Zupełnie jakby nie dostrzegali, że właściciel pieniądze na remonty może mieć tylko z regularnie płaconego czynszu. Wiele jest też spraw rozwodowych, alimentacyjnych i o rozdzielność majątkową.

Znak czasu? Pewnie przybywa też spraw dotyczących oszustw internetowych...
Nie trafiają do mnie poszkodowani w ten sposób, ale, rzeczywiście, wskazując na te najczęstsze sprawy, można pokazać, jak zmieniają się ludzie i świat. Dawniej w ogóle nie było pytań o to, jak dostać odszkodowanie. Przykład: pan jechał rowerem, ugryzł go biegający bez smyczy pies. Teoretycznie ten człowiek mógłby dostać odszkodowanie. Sprawa jest jednak przegrana, bo pan nie zadbał o zebranie dowodów, nie ma policyjnej notatki, żadnych świadków. Prawnik i sąd nie mają się na czym oprzeć. Albo: pani poślizgnęła się na oblodzonym chodniku - nie każdy zdaje sobie sprawę, że występując o odszkodowanie musi ustalić, kto za ten fragment chodnika odpowiada i że prawnik przeciwnej strony na pewno będzie chciał sprawdzić, czy poszkodowana miała buty odpowiednie do pogody i swojego wieku. W ciągu ostatnich kilku lat pytań o odszkodowanie znacznie przybyło. Ludzie czytają w gazetach o takich sprawach, analizują przypadki opisane w Internecie, dowiadują się, że mają prawo żądać pieniędzy w określonych sytuacjach.

Czy można powiedzieć, że świadomość Polaków na temat swoich praw wzrosła?
Chyba nie bardzo. Ci, którzy zawodowo są związani z prawem, mają wielki problem, żeby nadążać za zmianami, jakie są u nas wprowadzane w zawrotnym tempie. Czasem nawet praktycy mają problem ze śledzeniem wszystkich poprawek i nowelizacji na bieżąco.

Uczenie podstaw prawa w szkołach średnich pomogłoby tę świadomość kształtować?
To bardzo dobry pomysł! Warto o takie treści poszerzyć lekcje wiedzy o społeczeństwie, ale przyniosłoby to skutek, gdyby o prawie mówili młodzieży praktycy. Młody człowiek na progu dorosłości powinien poznać choćby tych kilkanaście prawnych zagadnień, które są generalnie wadliwie rozumiane przez społeczeństwo.

A czego nie rozumiemy?
Weźmy przykład pierwszy z brzegu, ale niebagatelny - przychodzi do mnie wiele osób, które źle zrozumiały pouczenie sędziego na rozprawie, na której zapadły już wyrok czy postanowienie końcowe. Sąd standardowo poucza, że strony mają siedem dni na zażądanie pisemnej wersji wyroku z uzasadnieniem, a potem, po jego otrzymaniu, 14 dni na złożenie apelacji. Wiele osób rozumie to w ten sposób, że dopiero po siedmiu dniach mogą starać się o odpis wyroku. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, pewnie z powodu nerwów i stresu. I dlatego, że generalnie brakuje nam elementarnej wiedzy prawniczej.

Kto prosi Panią o pomoc podczas darmowych dyżurów, które pełni pani od lat?
Przychodzą osoby zdeterminowane, takie, które próbowały już wszystkich innych sposobów, by rozwiązać swój problem, ale im się nie udało. Niestety i takie, w których sprawie nic już zrobić się nie da, bo wszystkie terminy upłynęły. Poszkodowanych przysyłają do mnie też psychiatrzy. Jeden wyjaśnił mi kiedyś, że podstawą zaburzeń psychicznych wielu osób jest jakaś rzeczywiście wyrządzona krzywda i - aby leczenie przyniosło skutek - warto przynajmniej spróbować ją naprawić. Pomagam załatwić takim osobom renty, wyjaśniam problematyczne sprawy lokalowe. Nie wszyscy są w stanie sami wyjaśnić, o co im chodzi, więc to dodatkowa trudność. Zdarzają się też poważne sprawy tak bardzo pokrzywdzonych ludzi, że nóż się w kieszeni otwiera. Z reguły nie przyjmuję interesantów w domu, ale takie osoby niekiedy muszę - trzeba wymienić się z nimi numerami telefonów, poświęcić dodatkowy czas na napisanie skomplikowanego pisma. Zwykle nie dowiaduję się, jak sprawa się zakończyła, bo mało kto przychodzi opowiedzieć o skutkach mojej interwencji. Czasem tylko przypadkiem słyszę: „Byłem u pani pięć lat temu, tak dobrze mi pani wtedy poradziła w sprawie renty, a teraz mam inny problem…”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-07-2014 20:16

    Brak ocen 0 0

    - kazio : dobrze ze chociaż na nóz mieli money

    Odpowiedz

  2. 08-07-2014 09:55

    Oceniono 1 raz 1 0

    - poszkodowana: Dlaczego nie ma takich dobrych dyżurów bezpatnych w Bydgoszczy ? Bo te przy Urzędzie Miasta to sie nie liczy to jest porada "po łepkach " lub zaproszenie do swego biura płatnego.

    Odpowiedz

  3. 08-07-2014 09:35

    Oceniono 3 razy 3 0

    - Wybe: Polska to nie jest kraj dla ludzi. Wszystko przeciw nim !

    Odpowiedz