Przyszła moda na łowiectwo

Grażyna Ostropolska 4 lipca 2014

Rosną szeregi myśliwych. Do kół PZŁ w okręgach bydgoskim i toruńskim trafia co roku kilkudziesięciu nowych członków. Do polowań garnie się coraz więcej kobiet i księży, a wiek posiadaczy broni myśliwskiej waha się od 18 do 80 lat.

W bydgoskim okręgu PZŁ broń myśliwską posiadają 123 kobiety. To zdjęcie ze zbiorowego polowania Dian (tak nazywane są panie myśliwe) na bażanty

Fot.: ZO PZŁ w Bydgoszczy

115 tysięcy myśliwych w Polsce to już niezła armia. Rośnie w siłę, bo jest moda na łowiectwo.


- Łowiectwo, a nie myślistwo! - podkreślają działacze Polskiego Związku Łowieckiego, bo nie chcą, by kojarzono ich wyłącznie z zabijaniem.

- Od 2005 r. łowiectwo oznacza ochronę zwierząt, a naszym celem jest zachowanie różnorodności gatunków i właściwej populacji dzikich zwierząt, bo ich nadmiar wyrządza duże szkody rolnikom i leśnikom
- tłumaczy Jerzy Hermanowski, prezes Zarządu Okręgowego PZŁ w Toruniu. Niegdyś równowagę w lasach zapewniały drapieżniki - niedźwiedź, ryś czy wilk, a dziś selekcję przeprowadza myśliwy. Eliminuje zwierzęta starsze i cherlawe. - To, co robimy, przypomina pracę rolnika, który kosi zboże i zabija hodowlane zwierzęta
- twierdzą myśliwi.


Julita Morzewska, prezes koła łowieckiego „Diana” w Rogowie koło Żnina, uważa, że łowiectwo to dopełnienie rolnictwa. - Pozyskanie zwierzyny to ostatnia rzecz, którą zajmuje się myśliwy, i to poniekąd z przymusu - twierdzi. Wie, co mówi, bo sama prowadzi gospodarstwo rolne, a obwód łowiecki, na którym poluje, obejmuje również jej pola. - Obserwowanie i dokarmianie zwierzyny oraz wpuszczanie do lasu gatunków, których dziś brakuje, takich jak zające, bażanty czy kuropatwy, jest ważniejsze od polowania - uważa pani Julita. Łowiectwo to jej pasja. Odziedziczyła ją po dziadku i ojcu, z którym często poluje. - Ta pasja

daje wyciszenie i spokój


- mówi Morzewska. Ma niespełna czterdzieści lat i przewodzi w swoim kole czterdziestu myśliwym; wyłącznie mężczyznom. Muszą mieć do pani Julity zaufanie, skoro ich prezesem jest już drugą kadencję.

W bydgoskim okręgu PZŁ, który liczy 3890 członków, są 123 kobiety, a w toruńskim jest ich 67 na 2000 myśliwych. Widać, że to hobby przestaje być domeną mężczyzn, bo...

- Mamy przecież równouprawnienie, a myślistwu to służy, bo kobiety łagodzą obyczaje - podpowiada pani Julita.

Coraz częściej myśliwskie hobby porywa całe klany. Rodzina państwa Osetów ma w genach zamiłowanie do łowiectwa. - Polował mój dziadek - rolnik i mój ojciec z zawodu lekarz, poluje cała moja rodzina - mówi z dumą Tomasz Oset. Jego 80-letnia mama, Krystyna, jeszcze 10 lat temu czynnie uczestniczyła w polowaniach, ale dziś więcej czasu poświęca hodowli psów myśliwskich.

- Często polujemy razem - moja żona Wioletta, z zawodu księgowa, nasza 22-letnia córka Marysia, studiująca leśnictwo, moja siostra Ania Jedlińska, szwagier Janusz i ich syn Maciej - opowiada pan Tomasz, leśnik i jedyny w Polsce hodowca psów myśliwskich rasy gończe szwedzkie. - Wszyscy jesteśmy sędziami kynologicznymi, a łowiectwo to nasza pasja i styl życia - dodaje.

Do grona myśliwych coraz chętniej dołączają duchowni. - W tym roku mamy na stażu dwóch księży, a w całym okręgu toruńskim PZŁ jest ich dziesięciu - informuje prezes Jerzy Hermanowski. W okręgu bydgoskim księży myśliwych jest kilkunastu. Część z nich to czynni członkowie PZŁ, inni nad polowanie przedkładają celebrę.

- Od 20 lat jestem członkiem PZŁ. Żałuję, że z uwagi na brak czasu nie mogę być czynnym myśliwym, ale zawsze towarzyszę w ważnych wydarzeniach i odprawiam mszę z okazji Hubertusa - mówi ksiądz Ryszard Pruczkowski, kapelan myśliwych i leśników z okręgu bydgoskiego. - Podziwiam trud ludzi, pracujących na rzecz łowiectwa, bo wiem, że ich troska o zachowanie równowagi w przyrodzie spowoduje, że jej piękno i różnorodność przekażemy przyszłym pokoleniom.

Duchowny do dziś pamięta swój

myśliwski chrzest


- To był poranek 12.12.1997 r. Wymierzyłem do łani daniela. Padła w ogniu, nawet nie zauważyła, że została zastrzelona, ale to przeżycie nadal tkwi w moim sercu - wspomina ks. Ryszard Pruczkowski.

Jeszcze ćwierć wieku temu koła myśliwskie były zdominowane przez mundurowych, dziś garną się do nich przedstawiciele różnych zawodów. - Mamy nawet uczniów i studentów, bo choć pozwolenie na broń otrzymuje się w Polsce po ukończeniu 21 lat, my mamy prawo wnioskować do policji o przyznanie go 18-letniemu członkowi PZŁ - mówi Jerzy Hermanowski. Zanim to nastąpi, młody człowiek musi skończyć kurs (około 80 godzin), na który składają się wykłady, treningi strzeleckie i zajęcia terenowe. Schody zaczynają się przy egzaminach (testowym, ustnym i praktycznym), po którym odpada ok. 10 proc. kandydatów. Mają prawo do dwóch poprawek, ale myśliwym zostaje się dopiero po pozytywnym zaliczeniu rocznego stażu w kole myśliwskim lub ośrodku hodowli zwierząt łownych.

- W latach 90. z bronią myśliwską chętnie pokazywali się biznesmeni, bo to ich... nobilitowało i miało pomóc w interesach. - Kupowali wypasione sztucery z grawerką i pozłacanym spustem, uważali, że im wszystko wolno. Popsuli atmosferę w naszym kole, ale na szczęście już się wykruszyli i jest normalnie - wspomina pan Tomasz, myśliwy z 30-letnim stażem.

Przekonanie, że towarzyskie imprezy wieńczące zbiorowe polowania to znakomity grunt do nawiązywania ciekawych kontaktów nadal jest dość powszechne.

- Polują lekarze, prokuratorzy, sędziowie,

urzędnicy samorządowi, nauczyciele akademiccy - potwierdzają działacze PZŁ, ale zdania, że na polowaniach „ubija się interesy” nie podzielają. - Kto ma broń, nie może pić alkoholu, a pieczenie kiełbasek czy świeżej wątróbki przy ognisku to impreza jak każda inna - mówią.

Wśród myśliwych jest wiceprezydent Torunia Zbigniew Fiderewicz, polują też starosta i burmistrz Golubia-Dobrzynia. Do zapalonych myśliwych należą dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy Krzysztof Tadrzak oraz prof. Waldemar Halota, kierownik Katedry Chorób Zakaźnych i Hepatologii Collegium Medicum UMK .

Dla Leona Bojarskiego, szefa Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz - Południe przygoda z myślistwem zaczęła się bardzo wcześnie. - Pierwszego dzika strzeliłem w czwartej klasie szkoły podstawowej, a kozła - w szóstej, oczywiście pod opieką ojca, który był myśliwym, nadleśniczym i moim mentorem - wspomina. Uważa łowiectwo za wspaniałe hobby, bez którego trudno byłoby mu żyć. - Miałem iść na leśnictwo i w ostatniej chwili namówiono mnie na prawo - wyznaje prokurator Bojarski i opowiada nam o jednej z wczesnych myśliwskich przygód: - To było w Puszczy Boreckiej. Szedłem na dziki, była noc i nagle skróciła mi się leśna droga i coś zaczęło sapać. Drogę zagrodziło mi stado żubrów, a ja przeżyłem chwilę grozy.

Włodzimierz Majewski, rektor Bydgoskiej Szkoły Wyższej, myśliwy z 30-letnim stażem od 23 lat jest prezesem koła łowieckiego „Gwardia”. - Każdą wolną chwilę spędzam na łowisku. Najczęściej jeżdżę na polowania z prof. Halotą. Pracujemy też społecznie, ponieważ objęliśmy opieką zespół szkół w Mycielewie koło Kcyni i próbujemy przybliżyć uczniom, czym jest łowiectwo i jakie są jego cele. Uważamy, że takie uświadamianie powinno być prowadzone od dziecka. Zajmujemy się też odbudową zwierzyny drobnej, zwłaszcza zająca, bażanta i kuropatwy szarej - opowiada rektor.

Sylwester Domek, prezes Zarządu Okręgowego PZŁ w Bydgoszczy, poluje od 36 lat, a jego pierwszym łupem był

zajączek.


- Wtedy zajęcy było dużo, ale kilkanaście lat temu wydawało się, że ten gatunek wyginie. Zmieniło się środowisko. Powstały duże pola, a brak miedzy, gdzie zając czy kuropatwa mogły się schronić przed drapieżnikiem, drobnej zwierzynie nie sprzyja - zauważa prezes Domek. Przypomina, że na miedzach rosło wiele gatunków roślin, stanowiących antidotum na choroby dzikich zwierząt i ptactwa, więc gdy ich zabrakło, te zaczęły chorować. Stąd program chowu tych gatunków i systematyczne wypuszczanie ich do lasu i na pola. - Zajęcy i bażantów jest coraz więcej, gorzej jest z kuropatwami, których wypuszczamy rocznie 2 tysiące - ocenia Sylwester Domek.

Namawiamy prezesa na rozmowę o modzie i „wyprawce” myśliwego. - Kurs to koszt ok. 1300 zł, do tego dochodzi wpisowe do koła PZŁ i składka. Używany sztucer lub kniejówkę można kupić za 1000 zł - wylicza Domek. Zaznacza, że broń może mieć nawet kilkadziesiąt lat pod warunkiem, że była konserwowana. - Są też sztucery za 10 i 50 tys. zł, a niektórzy kupują drogie drylingi na 3 lufy (dwie kulowe i jedna na śrut), a nawet broń ze złoceniami i grawerką - dodaje. W myśliwskim ubiorze dominują teraz tkaniny nowej generacji, np. gore-tex. Dobre buty kosztują kilkaset złotych,
podobnie spodnie i kurtki (niezmiennie w kolorze zielonym i khaki). Kolorytu dodają myśliwym nakrycia głowy. Jesienią: kapelusze, zimą czapki - uszatki z lisa lub jenota.

W toruńskich i bydgoskich obwodach łowieckich chętnie polują

dewizowcy i Warszawka


- Zagraniczni myśliwi najchętniej przyjeżdżają na rogacza, czyli samca sarny, których najwięcej mamy w powiatach wąbrzeskim i chełmińskim, zaś największe zbiorowe polowania na dzika i jelenia odbywają się na Pojezierzu Brodnickim - słyszymy w toruńskim PZŁ. Myśliwi z Warszawy mają w tym okręgu własne obwody łowieckie, a ministrowie chętnie pojawiają się w Grodnie (pod Toruniem), by zapolować na bażanta. Wieść niesie, że właśnie tam udało się przekonać jednego z ministrów środowiska, by zaniechał niekorzystnych dla PZŁ zmian w ustawie o łowiectwie. W bydgoskim okręgu PZŁ ma od lat swoje łowisko (w Borach Tucholskich) ministerstwo infrastruktury (dawniej: budownictwa). Polują: Waldemar Pawlak, Stanisław Żelichowski i Elżbieta Radziszewska. Zapalonym myśliwym był Bronisław Komorowski, ale po tym, jak Janusz Palikot napisał na swoim blogu, że polował z nim w Rosji na cietrzewie, co oburzyło ekologów, prezydent zadeklarował, że zamienia strzelbę na... aparat fotograficzny.