Punkty za właściwe pochodzenie

Krzysztof Błażejewski 27 czerwca 2014, aktualizowano: 27-06-2014 13:16

Dziś, gdy studia stały się dla młodzieży codziennością, a uczelnie istniejące w każdym większym mieście, tak państwowe jak i prywatne, rywalizują ze sobą o studentów, trudno uwierzyć, że kiedyś sztuką było się na studia dostać.

Ostatnie chwile przed egzaminem wykorzystywane na powtórkę nabytej wiedzy

Fot.: Archiwum cyfrowe

Podanie o przyjęcie na studia możliwe do złożenia tylko raz w roku i tylko na jeden kierunek w jednej uczelni. Rejonizacja szkół wyższych w zależności od miejsca zamieszkania. Specjalne komisje sprawdzające preferencje kandydatów. Osobne limity miejsc dla... kobiet i mężczyzn. Nie, to nie powieść science-fiction, tylko polska rzeczywistość akademicka czasów PRL-u.

Kandydacie, czy jesteś aktywny?


W Polsce międzywojennej egzaminów wstępnych na studia nie było. Na naukę stać było tylko najzamożniejszych, uczelnie nie były oblegane, choć funkcjonował system stypendiów dla najzdolniejszych. Kandydatów przyjmowano na podstawie wyników matury, która była o wiele trudniejsza do uzyskania niż w Polsce powojennej.

Powszechne egzaminy wstępne wprowadzono po II wojnie wraz z gwałtownym wzrostem liczby kandydatów, bowiem Polska Ludowa obiecywała bezpłatną naukę dla każdego. By umożliwić studiowanie różnym osobom i wyrównać poziom merytoryczny, organizowano m.in. kursy przygotowawcze.


Zdanie egzaminów nawet na bardzo dobre oceny nie gwarantowało jeszcze miejsca na uczelni. Specjalna komisja ZMP-owska oceniała aktywność społeczną i pochodzenie kandydata, odpowiednio rekomendując jego przyjęcie bądź odrzucenie kandydatury. „Szeroko otwarte są drzwi na wyższe studia dla młodzieży, przede wszystkim robotniczej i chłopskiej” - pisała ówczesna prasa.
Komisje te zlikwidowane zostały po 1956 roku. „O przyjęciu na uczelnie zdecyduje tylko i wyłącznie stopień przygotowania kandydatów” - mówił prorektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, prof. Bronisław Włodarski latem 1957 roku. Kandydatów z rodzin chłopskich i robotniczych było wówczas jednak tylko po około 20 proc.

Wszyscy chcieli być lekarzami


Pozostawiono na szczeblu kuratoriów szkolne komisje rekrutacyjne, które miały pilnować, aby młodzież wybierała się na uczelnie najbliżej swojego miejsca zamieszkania i aby jak najbardziej „równomiernie” obłożyć studentami dostępne kierunki kształcenia. W końcu studia nie miały być osobistym kaprysem młodego człowieka, ale centralnie zaplanowanym trybikiem w machinie rozkwitającej gospodarki socjalistycznej. „Ta sprawa nie jest jeszcze dobrze zrozumiana przez rodziców, nauczycielstwo, a nade wszystko młodzież województwa” - pisała wiosną 1953 roku „Gazeta Pomorska”. „760 osób zapisało się na uniwersytety i szkoły pedagogiczne, 329 na kierunki ekonomiczne rolnicze. To dobrze. Ale aż 514 uczniów zgłosiło się na akademie medyczne i tylko 712 na politechniki i do szkół inżynieryjnych (...) A przecież nasz marsz do socjalizmu potrzebuje coraz więcej specjalistów przemysłu ciężkiego, który jest przecież podstawą budowy socjalizmu”. Młodzież obwiniano o „owczy pęd”, uleganie przelotnym modom, o brak rozeznania i chodzenie na łatwiznę.

W czasach stalinowskich egzaminy na studia rozpoczynały się 15 sierpnia, a rok akademicki - wzorem Kraju Rad - już 1 września. Kto nie zdał - na następną szansę musiał czekać cały rok. Po 1956 roku wrócono do tradycyjnego kalendarza. Egzaminy na początku lipca, inauguracja roku - 1 października.

W kolejnej dekadzie sytuacja ustabilizowała się. Studia dzienne były bezpłatne, ale miejsc w skali kraju było niewiele, warunkiem dostania się było złożenie z dobrym wynikiem egzaminu z określonych kierunkowych przedmiotów. Rygorów było więcej. Egzamin można było poprawiać tylko raz, na I roku nie było żadnych „warunków”. Kto nie zdał, wylatywał - mężczyźni lądowali na dwa lata w wojsku, kobiety szły do pracy. Nadzieją były za to dodatkowe egzaminy na nieobsadzone w całości kierunki, które urządzano zwykle we wrześniu. Na UMK były to najczęściej chemia, fizyka, matematyka i... filologia klasyczna. Szli tam praktycznie wszyscy, którym nie udały się egzaminy lipcowe.

Nauczka Władysława Gomułki


Jednocześnie na szeroką skalę wprowadzono studia zaoczne bez egzaminów wstępnych, na zakładowe skierowanie dla pracujących, zgodnie z ideami socjalistycznego państwa. Do tego dochodziły studia wieczorowe (pierwszą wyższą uczelnią w Bydgoszczy była Wieczorowa Szkoła Inżynierska, która powstała w 1951 r.), a później tzw. studia przemienne. Kolejną nowinką były tzw. studia wstępne, gdzie pracownicy mogli zapoznać się z zasadami studiowania i przypomnieć sobie swoją wiedzę ze szkoły.
W ten ustablizowany obraz zgrzytem wdarły się protesty studentów warszawskich w marcu 1968 roku. W środowisku władzy ludowej zawrzało.

Buntowniczym intelektualistom, rozwydrzonej bananowej młodzieży nauczkę postanowił dać osobiście Władysław Gomułka. 14 maja 1968 roku z jego inspiracji ogłoszono wprowadzenie podczas egzaminów punktów za pochodzenie społeczne, by zmienić dotychczas istniejące proporcje i ułatwić młodzieży robotniczej i chłopskiej dostanie się na studia. Za oceny z przedmiotów kierunkowych na egzaminie wstępnym dawano wówczas 12 pkt za bardzo dobry, 7 za dobry, 4 za dostateczny, a za egzamin z języka 4-2-1. Do tego dochodziły punkty za stopnie na świadectwie maturalnym (od 1 do 3), za przepracowanie przed studiami co najmniej pół roku lub odbycie zasadniczej służby wojskowej (2) i za właściwe pochodzenie (5). Dodatkowo na medycynę przyjmowano kandydatów obu płci po równo w obawie przez sfeminizowaniem tego zawodu. Na weterynarię i kierunki rolnicze limit przyjęć wynosił nawet po 3/4 miejsc dla płci męskiej.

Czas szkolnych prymusów


W 1969 roku w Polsce do egzaminów wstępnych przystąpiło około 100 tys. osób, w tym 70 tys. świeżych maturzystów. Miejsc było ledwie 47 tys. Tradycyjnie na psychologię, socjologię było po 10 i więcej kandydatów na miejsce, a na niektóre techniczne kierunki - mniej chętnych niż miejsc.

- Z mojej klasy maturalnej na studia wybierali się niemal wszyscy, jednak dostała się tylko połowa - wspomina bydgoszczanka, absolwentka V LO, Dorota Kasińska. - W tym czasie były już czynne szkoły pomaturalne, więc chłopcy, którzy nie dostali się, poszli tam, żeby uniknąć powołania do „woja”. Po roku próbowali jeszcze raz, ale udało się tylko niektórym.
Kasińska zdawała na socjologię do Warszawy. Musiała zrzec się prawa do mieszkania w akademiku, bowiem obowiązująca wówczas rejonizacja nakazywała jej studiować w Poznaniu. Było 13 kandydatów na jedno miejsce. Dostała się. Na roku była najmłodsza, prawie wszyscy zdali dopiero za drugim, trzecim, czwartym razem...

Na początku lat 70. wprowadzono zasadę przyjmowania bez egzaminów tzw. prymusów. Każda szkoła miała prawo do wytypowania dwóch, a potem trzech najlepszych uczniów, ale tylko jeden z nich miał prawo ubiegać się o miejsce na dowolnej uczelni w kraju, drugi mógł iść tylko na kierunek nauczycielski, trzeci natomiast na tzw. studia deficytowe (farmacja, matematyka, fizyka, rolnictwo). Bez konieczności składania egzaminu, ale tylko na odpowiedni kierunek, przyjmowano laureatów olimpiad szczebla centralnego. Obowiązywało jasne kryterium, że wszyscy, którzy zdadzą egzamin z przedmiotów kierunkowych z określoną średnią (zwykle od 4,1 do 4,5), mają zagwarantowane miejsca. Wprowadzono również zasadę, że egzaminy do szkół artystycznych odbywają się 2-3 tygodnie wcześniej, aby przegrani mieli okazję zdawać w terminie na inny kierunek.

- UMK był w tym czasie trochę szansą dla „wiecznych” kandydatów z Warszawy - wspomina Marian Śliwiński z Torunia. - U mnie na roku było kilku takich, którzy mieli możliwości wymigania się od woja, dość pieniędzy, by sobie żyć beztrosko, dostawali się po kilka razy od nowa, nawet na różne kierunki. Byli tacy, którzy zdawali po kilka razy na ASP albo do szkoły aktorskiej i tu przychodzili na rok czy dwa, aby przeczekać. Kilku z nich stało się później znanymi ludźmi...

Żołnierze też bez egzaminu


W latach 80. zasady rekrutacji na studia rozpatrywano na specjalnych posiedzeniach Komitetu Społeczno-Politycznego Rady Ministrów. Nadal utrzymywano preferencje dla osób z „odpowiednim” pochodzeniem społecznym, pojawiły się też kolejne bonusy. W 1982 roku, w związku ze stanem wojennym, nakazano przyjmowanie bez egzaminów wstępnych tych żołnierzy służby zasadniczej, których objęło przedłużenie służby. Z 68 osób, które zgłosiły się na UMK, większość wybrała pedagogikę i sztuki piękne. Na matematyczno-przyrodnicze studia nie zgłosił się ani jeden były żołnierz...

Miejsca na pierwszym roku zapewnione miały też osoby, które w poprzednim roku nie dostały się i rok przepracowały w Ochotniczych Hufcach Pracy. Preferencje jednak nadal nie skutkowały. W 1982 roku na Wydziale Sztuk Pięknych w Toruniu o 55 miejsc ubiegało się 330 kandydatów. Na fizykę z kolei zgłosiło się tylko 50 chętnych (na 90 miejsc). Przyjęto wszystkich bez egzaminu... Na studia rolnicze w bydgoskiej Akademii Techniczno-Rolniczej przyjmowano wszystkich, którzy zdali egzamin (bez zwracania uwagi na oceny) i mieszkali na wsi...

Punkty za pochodzenie i inne bonusy zlikwidowane zostały dopiero pod koniec lat 80. wraz z przemianami w kraju i wprowadzeniem większej samodzielności i autonomii szkół wyższych.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 21-10-2016 22:57

    Oceniono 5 razy 4 1

    - danuta: A jakie te dzisiejsze studia ,nawet pies z kulawa noga może je skończyć, kończą parę fakultetów a rozum kaczuszki ,a najlepiej im wychodzi darcie ryja w rynku

    Odpowiedz

  2. 06-03-2015 14:39

    Oceniono 8 razy 8 0

    - D....a: Mozna tez bylo dostac sie na studia za pieniazki-- np 10.000 tys

    Odpowiedz

  3. 24-07-2014 13:17

    Oceniono 5 razy 4 1

    - gość: W latach 80-tych tak było. Punkty za pochodzenie, za sieroctwo, itp. Aplikować można było na 1 kierunek, a jak się nie udało to rekrutacja we wrześniu na mało intratne kierunki .I pomyślec , że farmacja była kierunkiem deficytowym, a dziś po kilkanaście osób na miejsce. Chociaż. przeciętnemu mgr farmacji (bez koligacji rodzinnych) coraz trudniej o zatrudnienie na etat. Wprawdzie niektóre kierunki do dziś są modne i oblegane np.wydział lekarski. Tam nie ma dodatkowej rekrutacji, no chyba, że na studia wieczorowe-dzienne w 'słonej"cenie?

    Odpowiedz

  4. 22-07-2014 22:34

    Oceniono 18 razy 16 2

    - JP: Kończyło studia 50% przyjętych na pierwszy rok, ale absolwenci coś umieli

    Odpowiedz