Granice nakreślone fajką Stalina [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 27 czerwca 2014

„Obawiam się, że Ukraina może się rozpaść. Jest tylko jedno pytanie: Czy będzie to aksamitny rozpad jak w przypadku Czechosłowacji, czy też krwawy jak w Jugosławii, z której powstało siedem państw. Niestety, dzisiaj bardziej prawdopodobny wydaje się ten drugi scenariusz”.

Fot.: Paweł Wiśniewski

Rozmowa z ks. TADEUSZEM ISAKOWICZEM-ZALESKIM




Większość polskich historyków i politologów przekonywała, że Ukraina jest jedna i nie ma podziału na część zachodnią i wschodnią. Rzeczywistość okazała się jednak inna...
Wynikało to przede wszystkim ze względów politycznych, żeby za wszelką cenę traktować Ukrainę, zgodnie z koncepcją Józefa Piłsudskiego, jako państwo buforowe, oddzielające Polskę od Rosji. Taka opinia może też wynikać z niedostatecznej znajomości ukraińskich realiów. Ukraina jest bowiem nowym państwem, którego do 1991 roku nie było na mapie świata. Państwem o dużym potencjale, które od początku swojego istnienia przeżywa ogromne problemy wewnętrzne.


Jak można ocenić politykę Polski wobec konfliktu na Ukrainie?

Oceniam ją bardzo źle. Polska po 1989 roku nie ma jasnej koncepcji polityki wschodniej, uparcie trzyma się przestarzałych schematów, zwłaszcza mitu Jerzego Giedroycia. Giedroyć swoją teorię oparł na sytuacji, kiedy istniał Związek Radziecki, który jednak rozpadł się w 1991 roku. Oczywiście, bardzo się z tego cieszę, bo to była korzystna okoliczność dla Polski, ale w miejsce ZSRR powstały skłócone ze sobą państwa, w których dochodzą do głosu ruchy nacjonalistyczne, bardzo często przeciwne Polakom. Wyraźnie widać to na Litwie, która korzysta z pomocy Polski, a jednocześnie prześladuje ludność polską. W trudnej sytuacji znajdują się również Polacy na Białorusi oraz w zachodniej i centralnej Ukrainie.


Czego więc nie robimy, a co powinniśmy robić?
Uważam, że najpoważniejszym błędem naszej polityki wschodniej jest brak odpowiedniej troski o Polaków mieszkających na dawnych kresach. Zawsze zresztą tak było, bez względu na to, czy rządziła Platforma, PiS czy SLD. Jak już wspomniałem, błędem jest także traktowanie Ukrainy jako państwa buforowego, chociaż jest ona dwukrotnie większa od Polski. A najnowszym błędem, nazwałbym to fantazją ułańską, było nieodpowiedzialne zachowanie niektórych polityków polskich, którzy jeździli na Majdan, bo były tam kamery telewizyjne, i schlebiali ukraińskim nacjonalistom. A to będzie w przyszłości rzutowało na relacje nie tylko między Polską a Ukrainą, ale również między Polską a Rosją.


Czy gdyby tuż po obaleniu prezydenta Janukowycza ustawowo nie ograniczono językowych praw Rosjan, południowa i wschodnia Ukraina też by się zbuntowały przeciwko władzy w Kijowie?
Ta ustawa była tragicznym posunięciem. Uderza ona nie tylko w mniejszość rosyjską, która dominuje w bardzo wielu obwodach wschodniej i południowej Ukrainy, lecz także w inne narodowości, m.in. w Węgrów i Polaków. Na tę dyskryminację zareagowały stanowczo tylko dwa państwa. Rosja, która uważa się za kuratora mniejszości rosyjskiej w każdym państwie, oraz Węgry. Premier tego kraju Victor Orban stwierdził, że 200 tys. Węgrów mieszkających na Rusi Zakarpackiej ma prawo do własnego języka i samorządu. Natomiast polskie władze w ogóle nie mówią o trudnej sytuacji naszych rodaków żyjących na Ukrainie.


Spodziewał się ksiądz takiego rozwoju sytuacji?
Już od dawna spodziewam się, że Ukraina nie utrzyma się w obecnych granicach, ponieważ są one sztuczne. Mówiąc obrazowo, zostały one kiedyś wyznaczone na mapie fajką Józefa Stalina, który dowolnie przyłączał do sowieckiej Ukrainy tereny zabrane innym państwom. Polsce skradziono Wołyń i Galicję Wschodnią, czyli Małopolskę Wschodnią, Czechosłowacji zabrano Ruś Zakarpacką, gdzie żyją mniejszości węgierska i słowacka, natomiast Rumunii Bukowinę Północną. Dopełnieniem tej sztuczności była decyzja Nikity Chruszczowa, który w 1954 roku przyłączył do Ukrainy Krym, zamieszkały przez Rosjan i Tatarów. Obawiam się, że Ukraina może się rozpaść. Jest tylko jedno pytanie: Czy będzie to aksamitny rozpad jak w przypadku Czechosłowacji, czy też krwawy jak w Jugosławii, z której powstało siedem państw. Niestety, dzisiaj bardziej prawdopodobny wydaje się ten drugi scenariusz.
Czy po tym, co się stało w ciągu ostatnich kilku miesięcy w południowo-wschodniej części kraju, po masakrze w Odessie, bombardowaniu przez gwardię narodową miast i szpitali, zabijaniu cywilów, dostrzega ksiądz jeszcze możliwość „sklejenia” Ukrainy?
Myślę, że sytuacja na Ukrainie wymaga interwencji ONZ, która doprowadziłaby do wstrzymania krwawych walk. Jeżeli po obydwu stronach codziennie giną ludzie, to z każdym dniem będzie coraz trudniej to wszystko zakończyć. Jesteśmy świadkami rozpadania się Ukrainy, niezależnie od tego, co polscy politycy usiłują nam wmawiać. Sytuację utrudnia to, że na Ukrainie krzyżują się interesy gospodarcze wielkich mocarstw. Nie mam cienia wątpliwości, że prezydent Rosji Władimir Putin będzie dążył do destabilizacji i podsycał separatystyczne nastroje. Ale z drugiej strony, popierani przez Stany Zjednoczone i inne państwa zachodnie banderowcy dalej będą parli do konfrontacji. Już w tej chwili wielu uczestników Majdanu bierze udział w walkach na terenie Donbasu, a masakra w Odessie świadczy o tym, że nie będzie litości.


Czy coś w ogóle łączy mieszkańców zachodniej i wschodniej Ukrainy?
Myślę, że nigdy nic ich nie łączyło. Oni na fali entuzjazmu w 1991 roku w większości byli za odłączeniem się od Związku Radzieckiego, nie za bardzo zdając sobie sprawę, co to przyniesie. Wielką nadzieją była pomarańczowa rewolucja w 2004 roku. Byłem wtedy na Majdanie w Kijowie i widziałem na własne oczy, jak w dniu ogłoszenia zwycięstwa Wiktora Juszczenki ludzie naprawdę cieszyli się, była wielka nadzieja. Ale niestety, rok później liderzy Majdanu, czyli prezydent i premier Julia Tymoszenko skoczyli sobie do gardeł i to oni zniszczyli owoce tej rewolucji. M.in. dlatego podziały na Ukrainie są tak silne. Zachodnia część będzie dążyła do wejścia do UE, natomiast wschodnia będzie identyfikowała się z Rosją. Jak się popatrzy na mapę według głosowań w ostatnich wyborach, to granica między częścią proeuropejską a prorosyjską przebiega wzdłuż granicy przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Według mnie, na Ukrainie żyją co najmniej dwa różne narody, które nie identyfikują się ze sobą i nie będą chciały za wszelką cenę być razem.


Czy powinniśmy obawiać się odrodzenia banderyzmu?
Oczywiście, bowiem kolejnym błędem Polski jest kompletny brak reakcji na odradzający się na Ukrainie Zachodniej banderyzm. Oparta o niemiecki nazizm ideologia Bandery jest dla nas bardzo groźna, bo jest antypolska i antysemicka. Już na początku lat 90. przy finansowym wsparciu ukraińskiej emigracji z Kanady i USA, zaczęły powstawać ugrupowania, które wprost odwołują się do tej ideologii. Za prezydentury Wiktora Juszczenki doszło do gloryfikacji zbrodniarzy z UPA i SS Galizien. To on ogłosił bohaterem narodowym Ukrainy Romana Szuchewycza, dowódcę UPA, który był katem polskiej ludności na Wołyniu w 1943 roku, a później także samego Banderę. Partia Swoboda, odwołująca się do narodowego socjalizmu, zdobyła władzę we wszystkich samorządach Ukrainy Zachodniej, a w 2012 roku weszła do parlamentu w Kijowie. Jestem zwolennikiem nienaruszalności Ukrainy, bo to leży w polskim interesie narodowym. Gdyby ona się rozpadła, graniczylibyśmy nie z wielką, wielonarodowościową i wielokulturową Ukrainą, ale z Hałyczyną, co po ukraińsku znaczy Galicja, małym państwem, opartym o ideologię banderowską.


Czy zbliżające się obchody 71. rocznicy ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu znowu będą miały bardziej społeczny niż państwowy charakter?
Biorę czynny udział w przygotowaniach do tych obchodów. Na najbliższe miesiące w rożnych regionach Polski zaplanowane są różne rocznicowe wydarzenia, w których wezmą udział przede wszystkim potomkowie pomordowanych przez Ukraińców Polaków i przedstawiciele organizacji patriotycznych. Są to głównie społeczne inicjatywy, popierane przez samorządy i Kościół, ale bez udziału prezydenta, premiera i szefów największych partii politycznych. Władze państwowe po raz kolejny ponad prawdę historyczną przedkładają interes polityczny. Myślę, że w Polsce brakuje takich polityków, jak węgierski premier Victor Orban, dla którego najważniejszy jest interes własnego narodu, a nie Brukseli.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 29-06-2014 13:00

    Brak ocen 0 0

    - iks: Co, emeryturki nie wystarcza? Czy taki mądrala?

    Odpowiedz

  2. 29-06-2014 12:05

    Brak ocen 0 0

    - ksiondz : jak wyzej napisano do kosciola z takimi !! ew.do walki z hot dogami w sztuce

    Odpowiedz

  3. 27-06-2014 12:41

    Oceniono 2 razy 2 0

    - emeryt21: Nie musze kupować Waszej gazety, żeby wiedzieć co ten sympatyczny ksiezulo chciał powiedzieć.... Przestancie z tymi propozycjami, bo nikt tego nie kupi....

    Odpowiedz