Akt świadomej refleksji, czyli muzyk zostaje ojcem

Paulina Błaszkiewicz 23 czerwca 2014

Rozmowa z ADAMEM NOWAKIEM, liderem zespołu Raz Dwa Trzy i ojcem czworga dzieci: Barbary, Zofii, Stanisława i Jana

Adam Nowak - muzyk, mąż, ojciec. Lider, gitarzysta i wokalista zespołu Raz Dwa Trzy, z którym zdobył najważniejsze nagrody polskiej fonografii. Pochodzi z Poznania. Ma dwójkę rodzeństwa. Mieszka pod Toruniem z żoną Dorotą i dziećmi: Zofią, Barbarą, Janem

Fot.: Facebook/raz dwa trzy


Pierwsze skojarzenie, kiedy słyszy Pan słowo „ojciec” to...
Mój tata. Brzmi banalnie, ale to pierwsze skojarzenie.

Jaki był Pana tata?
Był dynamicznym, inteligentnym i wykształconym lekarzem weterynarii. Był też wynalazcą, mechanikiem, znał cztery języki, grał na instrumentach. Wspaniale opowiadał bajki. Po prostu niezwykły człowiek.

Słuchał go Pan?
Byłem bardzo autonomicznym dzieckiem, które raczej nie konsultowało swoich decyzji. Wszystko robiłem w taki sposób, żeby nikt nie miał wpływu na to, co robię. Tak mam od urodzenia. Prawdopodobnie nie byłem łatwy w obsłudze dla moich rodziców. Z tatą się boksowałem, ale wszystko skończyło się dobrze. Po latach dostrzegłem w życiu to, co on uważał za ważne. Z kolei tato zobaczył, że wybrana przeze mnie droga nikogo nie krzywdzi i pozwala mi robić to, co kocham.

Powiedział Pan, że tata był człowiekiem wielu talentów. Chciał mu Pan dorównać?
Ja nigdy nie myślałem w ten sposób. Imponowało mi, że tata robił wiele rzeczy, ale nie umiał robić tego, co ja. Umiałem bardzo dobrze grać w piłkę i koszykówkę, a tego nikt poza mną nie robił w naszej rodzinie. Rodzice musieli się pogodzić z tym, że jest tak, a nie inaczej. Takim podobnym dzieckiem do mnie jest moja młodsza córka - Barbara. Ona powiela moją postawę życiową, ale ja postępuję trochę inaczej niż mój tata. Też się boksujemy, ale jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni

Ma Pan czworo dzieci. Bycie ojcem to rola czy może jakiś rodzaj misji?
Kiedy byłem na naukach przedmałżeńskich usłyszałem od katechety, że „ojcostwo jest aktem świadomej refleksji”... Do dziś nie wiem, co to oznacza, ale zapamiętałem i przekładam na prostsze, mniej enigmatyczne przeżycie. Z czasem i z kolejnymi dziećmi nabieramy doświadczenia. Jeden ze znajomych, który ma więcej dzieci ode mnie, powiedział, że najtrudniej jest do szóstego. Nie chciałem tego sprawdzać i wierzę mu na słowo. Dla mnie bycie ojcem jest czymś naturalnym. Ani przez chwilę nie miałem w sobie lęku. Pamiętam, kiedy wziąłem na ręce pierwsze dziecko. Byłem zdziwiony kontaktem z kimś bardzo kruchym i delikatnym, i myślę, że ta kruchość i delikatność znajduje potwierdzenie w silnych męskich, a zarazem wrażliwych dłoniach. Ten mężczyzna kojarzony z pewną nieopatrznością czy nieostrożnością daje zupełnie inny rodzaj czułości i wrażliwości dziecku.

Był Pan przygotowany do roli ojca? Wielu mężczyzn się tego boi...
Nie ma złych czasów na rodzenie dzieci i ich wychowywanie. Życie to życie. Czasami ludzie budzą się w środku życia. Okazuje się, że spełnili swoje marzenia, ale one zamiast radości przynoszą pustkę. Gdyby ktoś mnie zapytał w wieku dwudziestu lat czy chcę być ojcem, to bez wahania odpowiedziałbym, że nie. Ja do 25 roku życia nie przewidywałem tego, że kiedyś będę ojcem czy mężem. Miałem inny plan na życie. Myślałem, że będę samotnym wykonawcą, który poświęci się temu, co kocha. Jestem wdzięczny opatrzności za ten rodzinny, życiowy zakręt.

Ojciec artysta. Jakiś czas temu miałam przyjemność rozmawiać z Jerzym Stuhrem, a wcześniej z Michałem Urbaniakiem. Obaj Panowie zgodnie twierdzili, że artysta nie może w stu procentach poświęcić się rodzinie, a nawet miłości. Pan jest tego zaprzeczeniem?
Nie jestem zaprzeczeniem tego. Teraz mam mniej koncertów, ale od połowy lat 90. do 2004 roku przeżywaliśmy z żoną ciężkie chwile. Był taki rok czy dwa, kiedy dzieci były małe, a mnie nie było w domu przez ponad 250 dni w roku. To był dobry czas zawodowy, ale na pewno nie rodzinny. Rodzina musi funkcjonować ze wszystkimi członkami i na swoich prawach. Czasami myślę, że bycie muzykiem jest gorsze od bycia marynarzem - on ma zaplanowane, czy jedzie na miesiąc, czy dwa, a później ma wolne. Nasz grafik (z zespołem Raz Dwa Trzy) się zmieniał. Mówiłem: Wracam w niedzielę, później, że we wtorek, a na końcu okazywało się, że nie we wtorek, a w piątek. Tak wyglądało nasze życie, ale udało nam się przetrwać. Wydawało się wtedy, że budujemy coś na przyszłość. Obecnie wcale nie jest łatwiej. Rozumienie tej nieobecności, rozłąki, akceptacja własnej roli - to rzeczy, które pozwalają na budowanie relacji opartych na większej tolerancji i akceptowaniu przez obie strony tego, co się kocha.

Coś Panu umknęło w tym czasie? Dla kogo to był najtrudniejszy czas: dla Pana czy żony?
To był trudny czas dla wszystkich. Przy najmłodszym synu umykały mi ważne rzeczy: na przykład kiedy siadał czy raczkował. Nie było mnie też w momencie, kiedy po raz pierwszy stanął. Ta permanentna nieobecność jest bardzo negatywną częścią mojego zawodu. U nas zdarzyło się tak, że byłem przy porodzie młodszej córki Basi. Na narodziny Stanisława pędziłem z Jeleniej Góry. Dojechałem, ale lekarz mnie odesłał, powiedział, że to jeszcze potrwa, więc pojechałem do domu, w którym zasnąłem ze zmęczenia. Obudził mnie telefon i okazało się, że syn już jest na świecie.

Mówi Pan o nieobecności w domu, ale było i jest wiele dobrych momentów. Zmiana pieluchy była problemem?
Nie, mam to wszystko za sobą. Przewijałem, kąpałem, czesałem włosy (śmiech). Z młodszym synem było tak, że on nie płakał tylko wtedy, kiedy ja go kąpałem. Starszej córce tylko ja mogłem czesać włosy, bo nikt inny nie umiał tego zrobić w odpowiedni sposób. Ona miała takie loki, że z dramatyczną sytuacją mieliśmy do czynienia każdego wieczoru. To były normalne czynności. Pamiętam też, że prałem i prasowałem pieluchy, bo jeszcze na początku lat 90. tej jednorazowej używało się tylko w niedzielę. Pielęgnuję dobre chwile. To właśnie dzieci powodują, że wspólnie przeżywane chwile są najprawdziwsze, a jeśli dołożymy jakieś zwierzę, to prawdziwiej być nie może. Bycie ojcem to coś najpiękniejszego, co mi się przytrafiło w życiu.

Myśli Pan, że dzieci są mądrzejsze od rodziców?
Bezwzględnie. Podam przykład z życia. Nasz jedenastoletni syn Staś po dość solidnej rozmowie między małżonkami powiedział: „Po co wracać do rzeczy z przeszłości, których nie można zmienić?”. Wysnuł wniosek na temat tego, co wyprawialiśmy.