Trzynaście lat śledztwa

Grażyna Ostropolska 6 czerwca 2014

W 2001 roku Mirosław Szoch, autoryzowany dealer Toyoty z Brzozy pod Bydgoszczą, usłyszał zarzuty, ale dochodzenia w sprawie domniemanego przestępstwa lubelska prokuratura nie zakończyła do dziś.

Renacie i Mirosławowi Szochom trudno się pogodzić z utratą salonu i serwisu Toyoty, które zmuszeni byli zamknąć, gdy lubelska prokuratura postawiła im zarzuty. - Nieprawdziwe! - twierdzą i czekają na zakończenie 13-letniego śledztwa.

Fot.: Dariusz Bloch

- Wrzucono mnie do jednego worka z groźnymi przestępcami, oskarżanymi o napady, oszustwa i morderstwa. Postawiono mi zarzuty, których nie da się udowodnić, bo są nieprawdziwe - twierdzi Mirosław Szoch. Przez 16 lat prowadził wraz z żoną Renatą salon i serwis Toyoty w Brzozie. Byli uważani za ludzi sukcesu. Mieli wszystko i nagle



wszystko stracili.

To była w latach 2001-2002 głoś-
na sprawa. Spadła wówczas głowa komendanta bydgoskiej policji, Romana K. Lubelska prokuratura postawiła mu zarzut przyjęcia od Szocha korzyści majątkowej w postaci nieodpłatnego i bezumownego korzystania z samochodu Toyota Avensis w zamian za udaremnienie postępowania karnego w sprawie posłużenia się sfałszowanym upoważnieniem notarialnym podczas rejestracji Lexusa.

Komendant miał podobno nadużyć swych uprawnień, polecając podwładnym z KP Szwederowo szybkie umorzenie postępowania i wyjednanie zatwierdzenia tej decyzji w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz - Południe. Temat był medialnie nośny, ponieważ sprawę Romana K. i Mirosława Szocha włączono do śledztwa, dotyczącego zlecenia (w 1999 r.) zabójstwa dyrektora bydgoskiego PZU, Piotra Karpowicza, o które był podejrzewany inny dealer z Brzozy, Tomasz G. Powodem do połączenia obu spraw były zeznania jednego z anonimowych świadków (w sprawie Karpowicza), który sugerował powiązania komendanta K. z przestępcami.

- Wymieniano w mediach nasze nazwisko jednym tchem z pseudonimami największych gangsterów, więc trudno się dziwić, że Toyota wypowiedziała nam umowę - żalą się Szochowie. Czekają na umorzenie sprawy lub na akt oskarżenia, bo, jak mówią, wszystko jest lepsze od zawieszenia, ale lubelskiej prokuraturze się nie spieszy. Prowadzi śledztwo od 13 lat; zawiesza je i odwiesza, szuka pomocy prawnej za granicą i latami czeka na opinię grafologa. - Żyjemy jak w matni - mówią Szochowie. On jest po zawale serca i dwóch udarach, ona po bardzo ciężkiej chorobie, są na utrzymaniu jednej z córek, mają długi i komornika na karku.

„Zostaliśmy ukarani za coś, czego nie zrobiliśmy. Nie sprowadziłem do Polski Lexusa, nie miałem nic wspólnego z rejestracją tego samochodu, nie dałem Romanowi K. żadnej łapówki i mam na to dowody, ale prokuratura nie bierze ich pod uwagę” - to fragment listu, jaki Mirosław Szoch wysłał w marcu do ministra sprawiedliwości, żaląc się na opieszałość lubelskich śledczych i prosząc o zainteresowanie się jego sprawą.

Znajomi Szochów mówią, że zgubna dla dealera Toyoty okazała się jego

przyjaźń z komendantem policji.

- Miała spaść głowa Romana K., więc z Mirka zrobiono kozła ofiarnego - oceniają.

- Znaliśmy się z Romanem od lat, a jego żona była moją wspólniczką; prowadziłyśmy lokal gastronomiczny - mówi Renata Szoch. Nie uważa, by było coś niestosownego w tym, że komendant korzystał przez jakiś czas z ich Toyoty Avensis. - To było testowe auto, użyczane klientom na jazdy próbne. Roman nie wiedział jeszcze, czy kupi u nas ten model, czy może zdecyduje się na corollę. Sprzedał swoje stare auto przez nasz komis i otrzymane pieniądze przekazał do naszej kasy jako zaliczkę na nowy samochód. Jeździł testowym autem miesiąc, może półtora, zanim wybuchła ta afera z Lexusem - tłumaczy pani Renata i pokazuje dowód wpłaty przez Romana K. 42 tys. zł na nowe auto oraz kopie firmowych rachunków, przekazanych prokuraturze. Według niej sprawa z Lexusem wyglądała tak: - Moja kuzynka sprowadziła go w 1999 r. do Polski jako mienie przesiedleńcze z USA, bo wyszła za mąż za mieszkańca Brzozy i chciała tu zamieszkać. Jest na to dokument - pokazuje kwit celny z Gdyni, gdzie na czele przesiedleńczej listy 24 przedmiotów figuruje Toyota Lexus.

Potem sprawa się komplikuje, bo owa kuzynka, Katarzyna U., dowiaduje się, że jej wybranek siedział w więzieniu, ma kolejny wyrok i postanawia się z nim rozstać. Dowodu osobistego w Polsce nie wymienia, choć po ślubie występuje jako Katarzyna B., bo, jak twierdzi, w USA nie jest to jej potrzebne. Upoważnia Mirosława Sz. do zarejestrowania jej Lexusa w Polsce, zostawiając mu niezbędne dokumenty. - Idę z jej pełnomocnictwem do urzędu w Nowej Wsi Wielkiej, a tam odmawiają mi rejestracji auta - wspomina Szoch.

„Stwierdza się, że Katarzyna B., posługując się przy rejestracji samochodu nazwiskiem Katarzyna U.,

wprowadziła organ w błąd

co do swojej tożsamości” - orzekł wójt. Szoch zapewnia, że z kolejną próbą rejestracji Lexusa nie miał już nic wspólnego, bo kuzynka zameldowała się u krewnego w Bydgoszczy i tam bez problemu uzyskała dowód rejestracyjny.

- Auto stało na naszym placu, ponieważ Kasia przebywała w USA i była w trakcie rozwodu, więc zdecydowałam się je odkupić - opowiada Renata Szoch. Dopełniła formalności i z racji zamieszkania próbowała zarejestrować auto w Nowej Wsi Wielkiej, ale wójt był pamiętliwy i znów odmówił. Sprawa trafiła do starostwa powiatowego, stamtąd do Wydziału Komunikacji UM w Bydgoszczy, a tam dostrzeżono nieprawidłowości w rejestracji i wystąpiono do KP Bydgoszcz - Szwederowo o wszczęcie dochodzenia. - Dostaję wezwanie na policję, więc dzwonię do Romana, bo nie wiem, o co chodzi. Pyta mnie, czy samochód sprowadzono legalnie. Potwierdzam, a on mówi, że w takim razie nie ma się czego bać - wspomina Szot.

Śledczy postrzegli to inaczej. Według nich na wniosku o bydgoską rejestrację podpisał się Szoch, a na dodatek posłużył się on sfałszowanym pełnomocnictwem notarialnym, wystawionym przez Zofię Rewers. Pani notariusz już nie żyje, a śledczy nadal badają ten wątek.

- Podpis pod wnioskiem rejestracyjnym nie był mój. Wiem, kto go podrobił, ale ta osoba się nie przyznaje - twierdzi Mirosław Szoch.

W 2010 r. prokuratura zleciła laboratorium kryminalistycznemu KWP w Lublinie sprawdzenie prawdziwości pieczęci i podpisu zmarłej notariusz oraz ustalenie, czy podpis Szocha pod wnioskiem o rejestrację Lexusa w Bydgoszczy był autentyczny. Ze wstępnych analiz wyszło, że jednak Szoch się pod trefnym wnioskiem nie podpisał.

„To korzystne dla podejrzanego ustalenie obliguje prokuraturę do podjęcia dalszych czynności, zmierzających do wykrycia sprawcy fałszerstwa” - czytamy w postanowieniu z maja 2012 r. To wówczas Prokuratura Okręgowa w Lublinie decyduje o powołaniu grafologa jako „indywidualnego biegłego w celu zakończenia badań i pozyskania ostatecznej opinii”. Zleca mu pobrać próbki ręcznego pisma od dwóch osób, które mogły podrobić podpis Szocha oraz porównać wzory pieczęci nieżyjącej już notariusz Zofii Rewers, zachowane w bydgoskim archiwum ksiąg wieczystych. Badania grafologiczne trwają kolejne dwa lata. Wcześniej lubelska prokuratura

dwa razy zawiesza śledztwo.

Pierwszy raz robi to w 2006 roku „z uwagi na oczekiwanie na wyniki, prowadzonego w drodze międzynarodowej pomocy prawnej przez Konsula RP w Chicago, przesłuchania w charakterze świadka Katarzyny B. oraz z uwagi na niemożność wykonania czynności procesowych z udziałem podejrzanego Jurija Ł., którego miejsce pobytu jest nieznane”.

Jurij Ł. miał namawiać Romana K., gdy ten był naczelnikiem
wydziału przestępstw gospodarczych w bydgoskiej KWP, by udzielił jego znajomemu „pomocy w doprowadzeniu PZU do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie 115 tysięcy złotych poprzez udzielenie sprawcom przestępstwa rady, co do jednostki policji, w której należy zgłosić fikcyjną kradzież samochodu osobowego marki Opel Frontera, wiedząc o jej upozorowaniu oraz poprzez wywarcie wpływu na przebieg wykonywanych w tej sprawie czynności”- tak brzmi zarzut.

Jurij Ł. ukrywa się przed organami ścigania, a Roman K. nie przyznaje się do winy. Odszedł z policji i zajmuje się własnym biznesem, a na temat śledztwa prowadzonego przez lubelską prokuraturę nie chce rozmawiać.

Skargę Mirosława Szocha do ministra sprawiedliwości na przewlekłość działań Prokuratury Okręgowej w Lublinie przekazano Prokuraturze Generalnej, a ta wysłała ją do Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie „celem stosownego załatwienia”.

Pytamy rzecznika tej instytucji, dlaczego sprawa sprzed 13 lat tak się ślimaczy i słyszymy, że jest nadzieja, iż pewne rozstrzygnięcia nastąpią jeszcze w tym miesiącu.

Opinia


Beata Syk-Jankowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Lublinie:

Długotrwałość wynikała z faktu, że postępowanie to było pierwotnie prowadzone w ramach wielowątkowego śledztwa, a potem sprawa wątku dotyczącego m.in. Mirosława Sz. była dwukrotnie zawieszana postanowieniami z 29 września 2006 r. i 30 czerwca 2010 r. z uwagi na niemożność kontynuowania czynności procesowych. Te czynności to m.in. pozyskanie materiałów w drodze pomocy prawnej z USA oraz zasięgnięcie opinii biegłego z zakresu badań pisma ręcznego po wcześniejszym uzyskaniu niezbędnego do jej wydania materiału dowodowego i porównawczego od notariusza, co wymagało uzyskania stosownych zgód Sądu Okręgowego w Bydgoszczy. Nadto ustalano miejsce pobytu istotnego świadka w sprawie, przebywającego w USA , który następnie został przesłuchany. Opinia grafologa wpłynęła już do prokuratury i aktualnie trwają czynności techniczne (kserowanie akt) związane z wyłączeniem materiałów przeciwko Mirosławowi Sz., celem podjęcia śledztwa na nowo. Decyzja merytoryczna kończąca śledztwo przeciw wyżej wymienionemu zostanie podjęta do końca czerwca.