Śmieci specjalnej troski

Katarzyna Bogucka 30 maja 2014

Odkąd zaczęli w nich grzebać socjologowie, odpady jakby wyszlachetniały. Są przedmiotem pożądania nie tylko badaczy, ale i zbieraczy, miłośników ciuchów, ceramiki i zabawek z dawno przekroczoną datą ważności.

Fot.: Thinkstock

Nie zawsze, nie wszystkie odpady są brudne i odrażające, choć jako takie też bywały wykorzystywane, np. przez artystów dla przełamania tabu (Piero Manzoni - „Gówno artysty”, Marc Quinn „Self” - krew, Liliana Piskorska - włosy po depilacji w CSW Toruń). Zazwyczaj jednak śmieci są pokonsumpcyjnym odpadem, który coraz częściej zamiast do spalarni trafia w drugie, pomysłowe ręce. Pozornie nieprzydatne odpady zyskują w ten sposób drugie, funkcjonalne życie, a niektóre nawet status dzieła sztuki (np. Hiszpan Francisco de Pájaro przekształca stare kartony, worki na śmieci, meble i inne odpady w fantastyczne stworzenia). Wydaje się, że w tradycyjnej definicji śmiecia mieszczą się już wyłącznie tzw. odpady zielone, resztki, z których prawdopodobnie nic się już nie wyrzeźbi, choć naukowcy przekonują, że śmieć to bardzo pojemne kulturowo pojęcie. Kora Tea Kowalska, doktorantka na Uniwersytecie Gdańskim, archeolożka i kulturoznawczyni, z zamiłowania jest zbieraczem kuriozów i śmieci. - O ile w osobistym gospodarstwie domowym rolę śmiecia przejmuje albo odpadek kuchenny, albo niepotrzebny rupieć, to w kontekście kultury synonimem śmiecia staje się wszystko to, co znajduje się na marginesie ogólnie przyjętych ram: kicz, wszelka tandeta, jarmarczne pamiątki, postrzegane jako kulturowe odpadki, których należy się pozbyć.

O 5. rano przy śmietniku...


- Od lat zbieram celuloidowe figurki - zabawki z lat 50. i 60. XX w. - mówi o swoich skarbach Kora Tea Kowalska, artystka, która niedawno przedstawiła swoją kolekcję w toruńskiej „Wozowni”. - Figurki wytwarzali głównie tzw. prywaciarze, sprzedawano je w kioskach „Ruchu” za ówczesną złotówkę. Ze względu na niską cenę chętnie kupowały je dzieci, nie tylko do zabawy, ale może przede wszystkim do robienia wybuchów, bo celuloid jest materiałem niezwykle łatwopalnym. Jeszcze kilka lat temu warte były kilka złotych. Teraz na rynku kolekcjonerskim osiągają zawrotne ceny, nawet do 600 zł za sztukę.


Kowalska grzebiąc od 5. rano na ulicznych wystawkach, przeszukując aukcje lub zaglądając do osiedlowych śmietników, czuje się jak archeolog niedalekiej przeszłości - Z gdańskich śmietników przez lata nazbierałam sporo przedwojennych mebli, płyt gramofonowych (w tym jedną szczególnie ciekawą, z pieczątką sklepu z okresu wolnego miasta Gdańska), zastawy kuchennej (nawet rosenthale!) - wymienia swoje znaleziska.

Jednym z ulubionych jest obraz - oleodruk w złotej ramie z lat 30. Przedstawia mit o śpiącej królewnie i jest w klasycznie kiczowatym stylu, w cukierkowych kolorach. Najciekawsze kryje się na jego odwrocie: niemieckie nazwisko i dokładny adres w jednej z dzielnic przedwojennego Gdańska. - Przejrzałam książki adresowe z lat 30. i 40., poznałam zawód ówczesnego właściciela obrazu, wiem, z kim mieszkał. Przypadkowe znalezisko połączyło mnie z nieznanym mi skromnym robotnikiem stoczni, jego zapewne już nie ma, ale pozostał obraz, który stał się swoistym epitafium.

Socjolożka podkreśla, że niegdyś grzebanie w śmietnikach uznawano za objaw biedy, teraz zrobiła się z tego także swoista moda, zbierają niemal wszyscy, a konkurencja poszukiwaczy ciekawostek na rynkach, targach i wystawkach jest ogromna. - Ostatnio, gdy zaglądałam do mojego ulubionego kontenera na Starym Mieście, zastałam przy nim innego zbieracza, który z satysfakcją oznajmił, iż nie mam czego szukać, bo on już wszystkie starocie wybrał - śmieje się Kora Tea Kowalska.

30 lat grzebania


Śmieci w naukowej dyskusji to nie tylko starocie. Podczas gdańskiej konferencji „Śmieć w kulturze” badacze definicję słowa śmieć odnieśli, m.in., do ludzi bezdomnych, chorych na autyzm, do zbiorów muzealnych, dotknęli także bardziej pragmatycznych sfer, np. recyklingu czy sentymentu do domowych klamotów. Nad tym ostatnim zagadnieniem pochylił się mgr Maciej Brosz z Instytutu Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa UG („Gromadzenie, obrastanie, „recykling” i wyrzucanie. O domowym obiegu rzeczy”), który badał śmieciowe zwyczaje swoich respondentów.

Usłyszał od nich, m.in., historię o ciuchach noszonych w nieskończoność i przekierowywanych do innych życiowych zadań, o wieńcach pogrzebowych z odzysku, o gromadzeniu dóbr na czarną godzinę, o problemie nadmiaru rzeczy w obliczu częstych przeprowadzek.

Podobne analizy są wykonywane na świecie od lat. Zespół antropologów z USA od ponad 30 lat bada (do 2012 r. pod kierunkiem szefa „Projektu śmieci”, prof. Wiliama Rathje, który w tym właśnie roku zmarł) odpadki z amerykańskich domów. Naukowcy przeszukują tysiące kontenerów, kubłów, sortują, opisują, jednocześnie przeprowadzają z mieszkańcami wywiady o gospodarce śmieciowej. Wnioski są zbyt obszerne, by je tu przytaczać, ale jeden na to zasługuje. Ponoć każde amerykańskie gospodarstwo domowe wyrzuca rocznie średnio 212 kilogramów jedzenia, z czego ok. 14 procent to produkty nierozpakowane i nieprzeterminowane...