Sekret czerwonej skrzynki

Małgorzata Oberlan 30 maja 2014

Witajcie w dziale produktów świeżych hipermarketu! Znajdą tu państwo ser i wędliny, ryby i grzyby, mrożonki, pieczywo oraz ofiary mobbingu. Jeszcze jakoś żyją, choć kolejne biorą zwolnienia lekarskie „na głowę”.

Fot.: Łukasz Ciaciuch

Hipermarket jak to hipermerket. Moloch usadowiony w Toruniu przy drodze krajowej, z dużym parkingiem i takąż liczbą klientów. Z dziesiątkami sklepowych alejek, z promocjami w koszach, rozdrapywanymi przez ogarniętych manią polowania torunian i klientów z okolicznych gmin. Z personelem harującym na dwie zmiany za niewiele ponad krajowe minimum i... dwiema skrzynkami.

Senior manager ogarnia


- Do skrzynki niebieskiej klienci mogą wrzucać skargi na nas, sklepowy personel i wszystko, co im się w sklepie nie podoba. W tej zawsze coś się znajdzie. Czerwona skrzynka jest po to, żeby poskarżyć mógł się pracownik. Ta zawsze była pusta. Może i ktoś czasem chciał coś napisać, ale ostatecznie zwyciężał strach, bo po piśmie można ustalić autora - objaśnia Franka, lat trzydzieści kilka, ostatnio przerzucona z wędlin na mrożonki.

A jednak na początku maja w czerwonej skrzynce zrobiło się gęsto od skarg (anonimowych i w większości wydrukowanych). To pracownicy działu produktów świeżych powiedzieli „dość”. Każda ze skarg dotyczyła poczynań ich przełożonej - pani Matyldy, senior managera. To stanowisko ponad zwykłymi kierownikami. Bardzo odpowiedzialne, ale i dobrze płatne. Skuteczny senior manager ogarnia ser i wędliny, ryby i grzyby, mrożonki, pieczywo oraz cały ten „rozwydrzony personel, który do niczego się nie nadaje” (cytat z pani Matyldy). Aby sobie z tym poradzić, senior manager pracuje od rana do wieczora (jest singlem), unika urlopów i relaksu, nie szczędzi gardła, jak również rąk, gdy przyjdzie na przykład rzucić w personel rybą albo chlebem.

Najsłabsze ogniwa pękają


„Personel, który do niczego się nie nadaje”, opisał w skargach to, co boli go od wielu miesięcy. Jak senior manager Matylda wulgarnie wyzywa, także przy klientach hipermarketu. Jak jest nieobliczalna w swych reakcjach, doprowadzając słabsze psychicznie jednostki do rozstroju nerwowego i choroby. Jak potrafi rzucić w personel towarem, jak nieustannie straszy naganami i karami, i jak wytworzyła atmosferę strachu.


- Taką, że przekazujący sobie zmianę pracownicy boją się zamienić kilka słów, choć w zasadzie mają obowiązek przekazać sobie informacje - mówi Arleta z serów, które kroi coraz bardziej drżącą ręką.

Najsłabsze ogniwa w dziale produktów świeżych już popękały. Najpierw Wieśka dostała zwolnienie od psychiatry, potem ruda Aneta, teraz poszła Marlena. Ona akurat trafiła na niezbyt empatycznego doktora. - „Proszę pani, problemy w pracy trzeba niwelować, a ze stresem sobie radzić” - powiedział i zwolnienia jej nie dał. A dziewczyna ma już taką nerwicę, że rano z WC nie może wyjść - rozkłada ręce Frania.

Po tym, jak w czerwonej skrzynce zrobiło się gęsto, w hipermarkecie zapanował stan dodatkowego napięcia. Irracjonalny lęk, że ktoś jednak po czcionce dojdzie do autorów skarg, mieszał się z nadzieją. Cały dział produktów świeżych czekał jak na szpilkach.

Kadrowa wyjmuje kartki


I w końcu się dział doczekał... Zgodnie z procedurami, wyjąć skargi z czerwonej skrzynki przyjechała pani Lilianna, kadrowa z Dyrekcji Regionalnej w Gdańsku. Wyjęła i zamknęła się z nimi w gabinecie dyrekcji hipermarketu w Toruniu. Z personelem nikt nie rozmawiał.

- Niestety, nic się po tym nie zmieniło - dodaje Arleta z serów, wspierana przez zdenerwowanych współpracowników. - Senior manager dalej traktuje nas jak śmieci i regularnie upokarza. Dlatego postanowiliśmy uderzyć wyżej.

„Rozwydrzony personel” postanowił, że o sytuacji w hipermarkecie dowiedzieć musi się centrala w Warszawie. Siadł wspólnie do komputera i opisał wszystko jeszcze raz, ze szczegółami.

„Od dłuższego czasu w pracy jesteśmy mobbingowani przez przełożonego sektora produktów świeżych panią Matyldę (tu: nazwisko). Pomimo napisania i wrzucenia do skrzynki pracowniczej listów, sprawa nie została wyjaśniona. Jesteśmy w desperacji” - tak zaczyna się pismo do wierchuszki w stolicy.

Potem personel znów wylicza, jak traktowany jest przez senior manager Matyldę i pyta drukowanymi literami: PO CO JEST TA SKRZYNKA? Bo skoro pracownicy piszą o wielkim problemie, a nikt nie reaguje, to czemu niby służy? Czyżby temu, by zaalarmowana wreszcie Państwowa Inspekcja Pracy na własne oczy przekonała się, jak cudownie w tej sieci handlowej przeciwdziała się mobbingowi?

„Po nocach nie śpimy, bo myślimy, z jakim jutro przyjdzie humorem do pracy i za co nam się znów oberwie. Jeżeli dojdzie do jakiejś tragedii, bo pracownicy są bardzo zdesperowani, to może wtedy otworzycie oczy. Ale będzie już za późno. Do widzenia - pracownicy działu produktów świeżych” - tak zakończyli pismo.

Witamy w sieci


Skontaktowanie się z kimkolwiek z sieci handlowej graniczy z cudem. Zaczynam od numeru stacjonarnego pani Dyrektor Zarządzania Personelem w Warszawie. „Witamy w dyrekcji wykonawczej (tu: nazwa sieci). Pracujemy od poniedziałku do piątku, w godzinach od 9 do 17. Zapraszamy!” - mówi kobiecym głosem automat i się rozłącza. Kilkanaście połączeń i nikt nie podejmuje rozmowy.
Wielokrotnie wybieram też numer komórkowy pani Dyrektor Zarządzającej Personelem, ale nie odbiera. Wysyłam grzecznego SMS-a z wyjaśnieniem tematu i proszę o kontakt. Bez odzewu.

Próbuję zatem skontaktować się z panią Dyrektor Zasobów Ludzkich w Warszawie (funkcja wyżej). Znów zaczynam od numeru stacjonarnego. „Witamy w dyrekcji wykonawczej...” i tak dalej. Komunikatu wysłuchuję wielokrotnie. Próbuję na numer służbowej komórki, ale nikt nie odbiera. Pani Dyrektor Zasobów Ludzkich nie reaguje również na SMS-owe prośby o kontakt.

Jedyną osoba, która odbierze telefon, okazuje się pani Lilianna, czyli kadrowa z Gdańska. Głos sympatyczny, ale... - Proszę zrozumieć. Ja nic nie mogę pani na ten temat powiedzieć - mówi.

Usiłuję skontaktować się z biurem prasowym sieci. „Witamy w dyrekcji wykonawczej...” - słyszę znów kilkanaście razy. Daję spokój z dzwonieniem i wysyłam maila z zapytaniem, co dzieje się w sprawie skarg na mobbing pracowników toruńskiego hipermarketu. Biuro prasowe odpowiada tylko: „W nawiązaniu do Pani zapytania, pragniemy poinformować, że Spółka podjęła już wszelkie kroki mające na celu wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Posiadamy w tym celu odpowiednią procedurę”.

Bez wrzasku i biegunki


Dział produktów świeżych świętuje średnio raz na miesiąc, gdy senior manager Matylda odbywa służbową podróż do Gdańska. Wtedy „rozwydrzony personel” już dzień wcześniej czuje się lepiej. Bo wie, że przychodząc na godz. 5 do pracy, nic mu nie grozi.
- To są wspaniałe dni. Śpię wtedy spokojnie, nie mam biegunki i nie wrzeszczę bez powodu na dzieci - mówi Zośka, regularnie przerzucana z warzyw na ryby, a z ryb na pieczone kurczaki. Przerzucanie jest autorskim pomysłem senior manager Matyldy, mającym służyć wyższej wydajności w pracy. W myśl zasady, że jak gdzieś zagrzejesz miejsce, to się rozleniewiasz, nie starasz i rozmawiasz ze współpracownikami.

Niestety, jako się rzekło, święto wypada najwyżej raz w miesiącu. W pozostałe dni dział produktów świeżych komfortu pracy nie odczuwa.

Związki zawodowe? Są w sieci, ale w Warszawie. Może jeszcze gdzieś, ale nie w Toruniu.

Państwowa Inspekcja Pracy? „Rozwydrzony personel” od dawna myśli o zwróceniu się do niej, ale boi się dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że pod skargą trzeba się podpisać. Po drugie natomiast, że jak inspektorzy przyjdą do sklepu z ankietą badającą mobbing, to trzeba ją będzie wypełnić ręcznie. A pismo można rozszyfrować...

PS Imiona zostały zmienione.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-05-2014 20:33

    Oceniono 3 razy 2 1

    - A: w życiu nie czytałam większej bzdury nie wiem jak wy to robicie MASAKRA

    Odpowiedz