Taki chłopak z sąsiedztwa [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 30 maja 2014

„Dla mnie każda rola, która wymaga znalezienia się w innym i zupełnie różnym od mojego świecie, jest wyzwaniem i czymś najpiękniejszym w tym zawodzie - w swoim życiu mogę przeżywać inne życie. Skłamałbym też, gdybym powiedział, że wychodzenie z roli jest dla mnie traumatyczne. To podróż, która sprawia mi przyjemność i zostawia wspomnienia. Odkrywam rejony w swojej głowie, których dotąd nie znałem”.

Fot.: Jacek Smarz


Dziś na ekrany kin wchodzi „Dżej Dżej” z Pana udziałem. To komedia, ale czy jest się z czego śmiać? Coraz więcej dżej dżejów wśród nas...
To jest rodzaj komedii, który lubię. Są momenty śmieszne, ale nie takie, w których widz będzie rechotać, i chwile zmuszające do refleksji, do zastanowienia się nad tym, jak żyjemy. Każdy zobaczy w tym filmie siebie, każdy z nas ma taki czas, że siedzi z telefonem i dużo łatwiej jest mu skomunikować się z kimś wirtualnie niż w cztery oczy. Ten film opowiada o tym, jak to dzięki wirtualnej osobie można cokolwiek poczuć. Serce Jurka zaczyna bić mocniej, a paradoksem jest to, że chodzi tu nierealną osobę, która występuje tylko pod postacią głosu, choć... Nie mogę zdradzić końca.



Borys Szyc w komedii jest gwarancją sukcesu, ale nie unika Pan też trudnych ról...
To prawda, ale nie można grać tylko takich ról. Jedenaście lat występuję na teatralnej scenie, mam na swoim koncie dwa Feliksy, jestem szczęśliwy, ponieważ niedawno po raz 104. zagrałem Hamleta, a to jest znaczne wydarzenie w życiu. W szkole nikt tego nie da zagrać, co najwyżej parę scenek. Trzeba być dojrzałym aktorem, by zagrać Hamleta. Jak się z tym człowiek zetknie i przeżyje szkołę aktorską, jaką jest spotkanie z tą postacią, to faktycznie coś może powiedzieć o tym zawodzie i uważać, że coś już wie.


Po Hamlecie aktor może już zagrać wszystko?
Wszystko to właściwie znaczy nic. To dwa słowa, które są na tym samym poziomie. Staram się nie wchodzić do szuflad. Jak mi próbują przyszyć jakąś łatkę, to zawsze staram się zrobić coś w kontrze. Tak samo „Dżej Dżej” jest z zupełnie innej bajki. Zagrany i nakręcony bardzo formalnie, wręcz komiksowo. Głównym zadaniem, a jednocześnie trudnością, było zachowanie tej formy przez cały film - dla Macieja Pisarka było to utrzymanie nas wszystkich grających w tym filmie w jednej konwencji, a dla mnie prowadzenie tego filmu twarzą i ciałem. Na szczęście było mi dane w trakcie scen słyszeć na żywo moją partnerkę Justynę Sieniawską, która użycza głosu Carmen. Była pomiędzy nami interakcja, co mi bardzo pomagało.


Dzieci, które biegały na planie i krzyczały za Panem „Borys - człowiek z Bydgoskiego Przedmieścia”, też pomagały?
Dla mnie to było urocze. Tak się wtedy czułem i zacząłem się z nimi utożsamiać. One z kolei utożsamiały się ze mną i, mam nadzieję, że przyjdą na film. Jurek nie pochodzi z wyżyn społecznych, z elit - to taki chłopak z sąsiedztwa, którego wszyscy znają i będą się do niego przyznawać. To postać trochę podobna do bohatera „Symetrii”, bo Albercik też był chłopakiem, którego wszyscy lubią i kimś, kto mieszka obok.


Mówi się, że mamy w Polsce dobre kino społeczne, czego nie można już powiedzieć o kinie historycznym. „Bitwę warszawską” krytycy nazywali dramatem...
Nie uważam tego filmu za dramat, natomiast paru recenzentów w tym kraju uważam za dramatycznych. Niedawno zakończył się festiwal w Cannes, gdzie wszyscy żyją filmem, gdzie prowadzi się bardzo burzliwe dyskusje. W momencie, gdy z okazji 20-lecia filmu „Pulp Fiction” przyjechał Quentin Tarantino, te spory i niesnaski zniknęły. On z tą swoją nadenergią przypomniał wszystkim, po co tak naprawdę się tam zebrali - mianowicie z tego powodu, że kochają kino - czy to jest śmieszne spaghetti westerns, czy różne „klasy b”, w których się Tarantino lubuje. Zbieramy się wokół rzeczy, które kochamy, które sprawiają, że dzieciaki wchodzą na dach i nie mogą oderwać oczu od planu, a ci mądrale - ja o nich mówię jednonodzy teoretycy skoku - są albo niespełnionymi aktorami albo reżyserami. To, co piszą, jest streszczeniem filmu albo streszczeniem i wytknięciem błędów. Nie ma w tym konstruktywnej krytyki, a już na pewno nie widać żadnej miłości do filmu. Takich, którzy kochają kinematografię, jest naprawdę niewielu. Ja kocham film za każdy element, który się na niego składa. Uwielbiam całą atmosferę planu filmowego, która przypomina cygański obóz, a w mojej przyczepie mam swój miniświat. Kocham film za spotkania z kolegami, których podziwiałem będąc małym chłopcem. Daniel Olbrychski czy Boguś Linda byli kiedyś moimi idolami. Tak jak teraz te dzieci biegały wokół mnie na planie „Dżej Dżeja”, tak pewnie i ja czułem coś podobnego oglądając wymienionych panów na małym lub większym ekranie.


Wymienił Pan Olbrychskiego, Lindę. Myśli Pan, że dziś już nie mamy ikon w kinie?
To wszystko się spauperyzowało. Z jednej strony, są plusy, bo jest większy rynek pracy i wielu aktorów, którzy wcześniej byli zagrzebani, nagle dostaje swoją szansę, i to jest fajne. Pamiętam, że kiedyś pojawiły się takie zarzuty, że gra tylko Boguś, Czarek i Olaf. Później, że jest Adamczyk, Karolak i ja. Teraz powstaje coraz więcej filmów i koprodukcji, które powinny się rozwijać. Marek Żydowicz, który od zawsze szukał kontaktu z zagranicznymi twórcami, jest tego genialnym przykładem. On wie, że to jest target, w który trzeba uderzyć, żebyśmy mogli zaistnieć, a nie być zaściankiem. Spójrzmy na Czechów, którzy w porównaniu z nami są małym narodem, ale ich kino istnieje na całym świecie. U nas to jeszcze kuleje, ale, mam nadzieję, że to się zmieni. Właściwie te pozytywne zmiany już można dostrzec. Wypłynąć na największych festiwalach zawsze jest bardzo miło. Ja miałem szczęście dostać główną nagrodę w Montrealu, ale, jak widać, ruchu wielkiego w tym kierunku nie ma.


Może dobrze? W końcu głodny aktor to dobry aktor...
Głodny - płodny. W połowie lipca wrócę do Torunia i dołączę do ekipy serialu „Lekarze”. Zagram Przemka Karskiego, chirurga, który trafia pod skrzydła Alicji. Za chwilę zaczynam też pracę nad dwoma filmami. Pierwszy to „Demon” Marcina Wrony, drugi - „Chemia” znanego operatora Bartka Prokopowicza, który chce zamknąć ten rozdział w swoim życiu i zacząć reżyserować filmy. Myślę, że dla Bartka to będzie próba rozliczenia się z przeszłością i odsłonięcie tego, co, niestety, dzieje się wokół nas. Scenariusz jest poruszający i robi piorunujące wrażenie. Kiedy go czytałem, od razu wiedziałem, że będzie trudno. Dobrą rolę poznaję po tym, że kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać. To dobry punkt wyjścia, kiedy zaczyna się od zera, ma się czystą kartkę i wszystkiego uczy się od nowa. Oczywiście, trzeba wszystko przepuścić przez siebie, bo nie da rady inaczej, ale chodzi o to, żeby nie szukać w sobie czy swoich przeżyciach, w tym, co jest dobrze znane i bliskie. Unikam takiego myślenia, że jak coś jest obce, to znaczy, że jest złe i niefajne.


Pójście na oddział chemioterapii będzie elelmentem przygotowań do roli?
Tak. Przy „Symetrii” spałem w więzieniu. Dla mnie każda rola, która wymaga znalezienia się w innym i zupełnie różnym od mojego świecie, jest wyzwaniem i czymś najpiękniejszym w tym zawodzie - w swoim życiu mogę przeżywać inne życie. Skłamałbym też, gdybym powiedział, że wychodzenie z roli jest dla mnie traumatyczne. To podróż, która sprawia mi przyjemność i zostawia wspomnienia. Odkrywam rejony w swojej głowie, których dotąd nie znałem. Oczywiście, kiedy jestem dość długo z daną postacią, to pojawiają się różne dziwne myśli. Nagle zachowuję się lub wykonuję jakiś gest jak Albercik albo ktokolwiek inny, a to przecież nie jestem ja. To śmieszne, bo nagle można poczuć w sobie kogoś innego - trochę tak jak w ciąży. Rola dla aktora to taka męska ciąża, której nigdy nie doświadczymy jak kobiety.