Rozdarty świat Dominiki

Grażyna Ostropolska 30 maja 2014

Mając 28 lat zrobiła doktorat, habilitację przerwała choroba. Ze schizofrenii można wyjść, właściwie leczony chory nie musi rezygnować z pracy. Dominice nie dano takiej szansy. Zwolniono ją z uczelni, a szpital, zamiast ją leczyć, ograniczył się do postawienia diagnozy.

Fot.: Thinkstock

- Córka nie chce zażywać leków, a jej stan gwałtownie się pogarsza. Szukam dla niej pomocy i odbijam się od muru obojętności. Boję się, że gdy stanie się coś złego, padną stereotypowe pytania: „Gdzie była rodzina, sąsiedzi?” Stąd mój apel:

Błagam, pomóżcie mojej córce!


Słowa matki Dominiki brzmią jak ostatni krzyk rozpaczy. Kobieta pukała już do drzwi wielu instytucji deklarujących pomoc chorym i wszędzie słyszała: „Córka musi się leczyć”. - Niestety, nikt mi nie powiedział, co zrobić, by Dominika zechciała się poddać leczeniu - ubolewa pani Wanda. Jest schorowaną 73-letnią kobietą, brakuje jej sił do walki o zdrowie i życie ukochanej jedynaczki. - Wciąż słyszę publicznie wypowiadane slogany, że chorych psychicznie należy wspierać, a nie izolować i stygmatyzować, i płaczę z bezsilności - wyznaje.

Schizofrenia często dopada młodych ludzi o wybitnych umysłach, a Dominika jest tego przykładem. Jej szkolne i zawodowe życie układało się w pasmo sukcesów. Wygrywała konkursy i olimpiady, bez problemów skończyła studia i dostała pracę na jednej z największych w regionie uczelni. Błyskawicznie zrobiła doktorat z filozofii i zabrała się za habilitację. Nie zdążyła jej dokończyć, bo szybsza okazała się choroba. Zapanowała nad jej umysłem, odsunęła od realnego świata, zamknęła w czterech ścianach pokoju.


Matka zrzucała to początkowo na karb jej zawodów miłosnych. Dominika była piękną dziewczyną i na brak adoratorów nigdy nie narzekała. Wyszła za mąż w wieku 21 lat za kolegę ze studiów. Połączyło ich gorące uczucie i intelekt, poróżniły... charaktery. Matka też mogła mieć w tym udział, bo przyznaje, że tego związku nie popierała. - Wybranek córki nie miał pracy; ona finansowała jego zaoczne studia, spłacała długi, szukała dla niego etatu na uczelni, ale to ją przyjęli, a nie jej męża - wspomina pani Wanda. Małżeństwo Dominiki trwało 7 lat z przerwami, a jego owocem jest udane dziecko. - Potem był nieudany romans z kolegą z pracy i toksyczny związek ze studentem chorym na schizofrenię.

- Student nie tolerował mojej wnuczki. Zamykali się w pokoju Dominiki na klucz i nie reagowali, gdy mała dobijała się do drzwi - opowiada matka i przyznaje, że wówczas jej kontakt z córką bardzo się popsuł. Dziś wie, że już wtedy coś złego działo się z umysłem jedynaczki, ale...

- Myślałam, że jest taka wredna


- mówi pani Wanda. Sądziła, że córka jest rozpieszczona, bo była dla niej nadopiekuńczą matką. Jeszcze przed śmiercią męża oboje przepisali na córkę swój dom (ze służebnością wobec pani Wandy), potem Dominika otrzymała rentę po ojcu, który był człowiekiem majętnym, więc o pieniądze nie musiała się martwić. Na utrzymanie domumatka z córką łożyły po połowie. Do czasu, zanim kontakt Dominiki z rzeczywistością całkowicie się urwał.

Pani Wanda dobrze pamięta, kiedy to się stało: - Odebrałam telefon z uniwersytetu. Dzwonił przełożony Dominiki. Pytał, co się z nią dzieje, bo nie przyszła na umówione spotkanie - wspomina. Weszła do pokoju córki i usłyszała: „Powiedz, że mam ich w d...” - Byłam przerażona. Wybłagałam, by Dominika poszła na uczelnię, a potem sama zadzwoniłam do jej szefa kłamiąc, że córce samochód się popsuł - wyznaje pani Wanda.

Była w szoku, gdy po powrocie z uniwersytetu córka oznajmiła: „Zwolnili mnie, bo jestem amoralna i zadaję się ze studentami”. Ubłagała, by córka poszła do lekarza po zwolnienie. - Weszłam wtedy do pokoju Dominiki i oniemiałam, bo na jej biurku leżało pismo od rektora: „W związku z przedłożeniem zaświadczenia od lekarza psychiatry udzielam pani urlopu zdrowotnego na okres jednego roku”- relacjonuje pani Wanda. To był dla niej szok, bo o tym, że córka chodzi do psychiatry, nic nie wiedziała. Nie powiedziała Dominice, że widziała pismo, bo dostałoby się jej za „grzebanie w cudzych papierach”.

- Dałam jej pieniądze na odpoczynek w Kołobrzegu. Wyjechała, ale dzień później zadzwoniła, że wraca. „Chcę być przy tym, jak będą mnie z pracy zwalniać” - tłumaczyła, bo żyła już w innym, wyimaginowanym świecie - tłumaczy matka Dominiki.

„Coś złego się z nami dzieje”


- oświadczyła córce po jej powrocie i zaproponowała, by obie poszły do psychiatry. - Dopiero wtedy Dominika wyznała, że już się leczy i podała imię lekarza z poradni zdrowia psychicznego - wspomina pani Wanda. Odszukała tego psychiatrę i po dwóch szczerych rozmowach usłyszała: „Pani córka jest chora, spróbuję jej pomóc”.

- To był jedyny człowiek, który wyciągnął do nas pomocną dłoń i próbował do Dominiki dotrzeć - ocenia z perspektywy ostatnich lat. Widziała, jak odsunięta od pracy w uczelni Dominika traci sens życia i kontakt z realnym światem. - Nagle zaczęła mówić, że ktoś ją śledzi i podsłuchuje. Odcinała kable; najpierw od telefonu, a potem od radia i telewizora, bo sobie uroiła, że ktoś ją nagrywa - wspomina pani Wanda.

Wpadła w popłoch, gdy córka obłożyła telewizor mokrymi ciuchami z pralki. - Potem było coraz gorzej. Oskarżyła syna sąsiadów, że jest dealerem narkotyków, a swoją najlepszą przyjaciółkę o kradzież roweru - opowiada matka. Zdecydowała się wezwać pogotowie, gdy Dominika słysząc, że matka rozmawia o niej z sąsiadką, chwyciła za młotek i rozwaliła nim nowy telewizor. - Zanim przyjechało pogotowie i wezwana przez sąsiadów policja, córka uciekła przez... balkon. Zjawiła się po północy, a ja byłam szczęśliwa, że wróciła - wspomina pani Wanda. Zaczęły się kolejne urojenia i fobie. Monika zagłuszała wewnętrzne głosy, które do niej mówiły, gdy spuszczała wodę z kranu, i kilka razy dziennie prała jedną rzecz bez użycia proszku.

Rachunki były astronomiczne, więc ktoś poradził jej matce, by odcinała wodę, zakręcając kurek w piwnicy. - Ja zakręcałam, ona odkręcała, a gdy zamknęłam drzwi piwnicy na klucz, ona rozwaliła je młotkiem - pani Wanda wspomina moment, w którym zdecydowała się na przymusowe umieszczenie córki w szpitalu. Poradził jej to psychiatra, który mimo że przychodził na wizyty do ich domu, nie był w stanie nawiązać z Dominiką kontaktu. - Obrażała go, nazywała konowałem, a do mnie mówiła: „To ty jesteś chora”, więc

wystąpiłam do sądu o jej
przymusowe leczenie.


Na badanie przez biegłych sądowych musiała ją doprowadzić policja. Psychiatrzy rozpoznali u Dominiki schizofrenię paranoidalną i orzekli, że przymusowe leczenie w szpitalu w Świeciu przyniesie poprawę.

Nie przyniosło. Dominika po 2,5 miesiącach pobytu w świeckim szpitalu wyszła z potwierdzoną diagnozą choroby oraz zaleceniem leczenia w poradni zdrowia psychicznego i zażywania określonych leków. Leczenia nie podjęła do dziś, a matki nie słucha - Powiedziała, że nigdy mi nie wybaczy „zesłania do psychiatryka” i nie odezwie się do mnie do końca życia. Potwornie schudła, przestała o siebie dbać. Chodzę do lekarzy i słyszę jedno: „Córka musi się leczyć”. Liczyłam na pomoc uczelni, bo praca naukowa była dla Dominiki wszystkim i mogła ją zmotywować do leczenia. Zaniosłam szefowi instytutu zaświadczenie o jej chorobie psychicznej, ale kilka miesięcy później córkę zwolniono z uczelni, a w kwietniu skończyło się jej ubezpieczenie. „Nic nie wiemy o jej chorobie psychicznej, córka może się starać o zasiłek i ubezpieczenie w urzędzie pracy albo w MOPS”, usłyszałam w kadrach - wspomina pani Wanda. Napisała

błagalny list do rektora


z prośbą, by osobiście zainteresował się sprawą Dominiki. - Odpisał krótko, że „rozwiązano z nią stosunek pracy zgodnie z prawem” - matka pokazuje odpowiedź i przyznaje, że najbardziej zabolało ją kolejne zdanie: „Ponadto informuję, że nie legitymuje się pani pełnomocnictwem udzielonym przez córkę do występowania w jej imieniu ani dokumentem świadczącym o pełnieniu roli przedstawiciela ustawowego, w związku z czym nie nie będą Pani udzielane dalsze informacje, a kolejne pisma pozostaną bez odpowiedzi”.

Próbujemy dociec, dlaczego uczelnia, która kształci m.in. psychologów i nauczycieli nie wyciągnęła pomocnej dłoni do chorej pracownicy. Dyrektor instytutu odmawia rozmowy, powołując się na „dobro osoby zwolnionej i uczelni”, a rzecznik rektora przekonuje, że trudno było pomóc Dominice, skoro nikt z przełożonych nie wiedział o rodzaju jej choroby. - Pani doktor przez 2 lata korzystała z urlopów zdrowotnych i zwolnień lekarskich, a po tym okresie nie stawiła się w pracy. Kilkakrotnie podejmowaliśmy próby skontaktowania się z nią przez telefon i mail, by ustalić przyczyny absencji, ale ona ani nikt z rodziny ich nie odebrał.

- Przełożony Dominiki wiedział ode mnie o jej chorobie i o tym, że córka nie odbiera telefonów ani korespondencji - zapewnia jej matka.

PS Personalia zmieniono.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 21-11-2014 10:14

    Oceniono 2 razy 1 1

    - ania: Ta choroba to jakaś blokada. Widziałam osobiście jak wyciągano ludzi ze schizofrenii na ustawieniach systemowych w instytucie świadomego życia przy ul mostowej w toruniu. Ustawienia są raz na miesiąc - Pani tam pójdzie i poprosi o ustawienie. Ja zabrałam koleżankę rok temu i jest spokój. Jeśli to nie pomoże to już tylko zwyczajowe odprowadzanie dusz które w tak natarczywy sposób ją dręczą - tu polecam Annę Atras z Gdańska. Wiem, że się uda.

    Odpowiedz

  2. 30-06-2014 12:28

    Oceniono 1 raz 1 0

    - ania: ludzie w tym wieku często na to zapadają , moim zdaniem powinni dać se spokój już z nauką, bo to za duże obciążenie dla mózgu plus jeszcze obowiązki domowe, złamane serce. Często właśnie na studiach to ich dopada, coś w tym jest. Przeciążenie chyba.

    Odpowiedz