Polska jak z horroru, czyli inna strona macierzyństwa

Paulina Błaszkiewicz 27 maja 2014

Rozmowa z JUSTYNĄ BARGIELSKĄ, poetką, pisarką, autorką głośnej powieści „Obsoletki”, w której porusza problem poronień.

Fot.: Archiwum


Gdy cztery lata temu wydała Pani głośną powieść „Obsoletki”, mówiło się o przełomie, jeśli chodzi o „inną stronę macierzyństwa”. Co się zmieniło?
Tego przełomu nie ma. W momencie, kiedy coś zaczynało się zmieniać i było to związane z kampanią „Rodzić po ludzku”, mówiło się o zorganizowaniu kampanii „Ronić po ludzku”. Na mówieniu, jak widać, się skończyło. Niedawno spotkałam się z koleżanką, z którą kiedyś współpracowałam w Stowarzyszeniu Rodziców po Poronieniu. Ona jest jeszcze na bieżąco w tym temacie, dlatego wiem, jak to dziś wygląda. Zamiast ewoluować, to wszystko się cofnęło i jest fatalnie.

Powstanie „Obsoletek” było wynikiem Pani osobistych doświadczeń?
Tak, nigdy nie ukrywałam swoich autobiograficznych doświadczeń i zawsze starałam się pisać o rzeczach, na których się znam, które są mi bliskie i które sama przeżyłam. Stąd wzięły się m.in. „Obsoletki”, ale z drugiej strony obserwowałam to zjawisko w szerszym kontekście będąc działaczką Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu.

Czyli nie można mówić o tej książce jak o monologu?
Myślę, że można, chociaż jest tam więcej różnych historii kobiet. One są w 90 proc. prawdziwe, ponieważ musiałam trochę pozmieniać, by ewentualne bohaterki nie czuły się do końca wykorzystane. W „Obsoletkach” nie ma jednak szarżowania i nieprawdy. Niczego nie zmyśliłam. To rzeczywistość widziana ze strony kobiety, jak również szpitali.

Jaka jest ta kobieca rzeczywistość?
Próbujemy się odnaleźć w obowiązujących trendach. Na przykład teraz za wszelką cenę staramy się udowodnić, że macierzyństwo nie jest różowe. Według mnie to kompletnie błędna taktyka. W większości jesteśmy inteligentnymi ludźmi i z tego powodu powinniśmy starać się pokazywać obie strony wszystkich zjawisk, które nas dotyczą. Jeśli chodzi o macierzyństwo czy poronienie, to jako kobiety mamy wiedzę z pierwszej ręki. Dlaczego więc staramy się widzieć je tylko w lukrowanych barwach albo od tej czarnej strony niepowodzeń prokreacyjnych? Dlaczego skupiamy się tylko na tym, co do nas pasuje?

Przegrane macierzyństwo to w Polsce kolejny temat tabu. Mamy tendencję do formułowania pochopnych ocen i problem z empatią?
Kiedy próbujemy ocenić drugą osobę, to nie ma innego wyjścia niż postawić się w jej sytuacji. Tylko wtedy będziemy wiedzieli, że ocena to ostatnia rzecz, jakiej ta osoba potrzebuje. Dokładnie to samo dotyczy aborcji. Wydaje mi się, że osoby, które nie dokonały aborcji, nie powinny mieć prawa wydawania ocen moralnych na temat kobiet, które to zrobiły. Tak to widzę. Oczywiście, są poglądy religijne. Ja mam dosyć jasno sprecyzowany światopogląd i przy takim - umówmy się - dość prawicowym podejściu, jestem ostatnią osobą, która oceni kobietę, która dokonała aborcji. Jeżeli będziemy myśleć o innych tak, jak sami o sobie, wówczas nie będziemy formułowali niepotrzebnych ocen, bo te mogą tylko ranić. Sytuacja emocjonalna kobiety po poronieniu jest w jakiś sposób kuriozalna. Te kobiety są często grobami własnego dziecka. To coś, co nie mieści się w naszych głowach. W książce pojawia się też zdanie: „W konstytucji naszego państwa istnieje zapis, że dziecko jest dzieckiem od poczęcia...”.

To prawda, ale kiedy kobieta roni, bardzo często ten zapis jest kwestionowany. Problemy z pochówkiem albo z zobaczeniem dziecka wcale nie należą do rzadkości, chociaż mówi się, że jest to prawo każdej ciężarnej...
To nie do końca tak jest. W niektórych przypadkach te kobiety widzą swoje dzieci, ale są też sytuacje traumatyczne, kiedy na przykład każe im się rodzić, a raczej ronić dwunastotygodniowe płody do toalety. Mówię o sytuacjach rodem z horroru, ale taka jest polska rzeczywistość. Mamy też drugą stronę, bo są dwa ekstrema i w tym na przykład celuje województwo świętokrzyskie. Kobiecie, która myśli o poronieniu jako niepowodzeniu prokreacyjnym, każe się nadawać imię i robić pogrzeb sześciotygodniowemu płodzikowi, a ona ma prawo tego nie chcieć! Z kolei z drugiej strony mamy sytuację, kiedy odmawia się godnego pożegnania z dzieckiem kobiecie, która urodziła w 32. tygodniu. Problemem, jeśli chodzi o sytuację kobiety roniącej w Polsce, jest to, że służba zdrowia uzurpuje sobie absolutne prawo do decydowania w każdej kolejnej sytuacji z tym związanej. Bardzo często dominuje takie podejście, że pielęgniarki czy lekarze będą wiedzieć, co jest dla kobiety lepsze. Nie, to jest taka sytuacja, w której trzeba przedstawić kobiecie różne możliwości.

Najczęściej pada zdanie: Będzie pani miała jeszcze dzieci...
Tak, będzie miała pani następne, ale proszę zauważyć, że takie zdanie to już jest standard. Wiem, że są inne czasy i zegary biologiczne biją nam inaczej, ale ostatnio moja 39-letnia przyjaciółka, która poroniła trzecią ciążę, usłyszała: „Jest pani młoda, będzie pani miała jeszcze dzieci”. Wszystkim mówimy to samo. Wydaje nam się, że jesteśmy pomocne - mówię o położnych i pielęgniarkach, bo przy profesjonalnym podejściu do pracy człowiek chce być pomocny i serdeczny - ale stosując utarte formułki można wyrządzić dużo zła. Po co? Lepiej nie powiedzieć nic lub zapytać kobietę, co mogłoby jej pomóc? Tyle i aż tyle wystarczy.

A gdzie w tym wszystkim jest ojciec dziecka? Mówiąc o przegranym macierzyństwie trudno nie zauważyć, że jest to kobiecy problem...
Bo w tym wszystkim nie ma kompletnie ojca. Ronienie, dbanie o antykoncepcję i bezpieczeństwo prokreacji to absolutnie kobiecy problem. To schizofrenia, która prędzej czy później zemści się na mężczyznach, ponieważ coraz częściej zdarzają się sytuacje, kiedy kobieta chce usunąć ciążę, a mężczyzna nie ma w tej kwestii absolutnie nic do powiedzenia. Bo nie ma. Taki jest status mężczyzny. Z jednej strony mamy patriarchat i szklane sufity, a z drugiej strony kobieta w ciąży ma na pewnym poziomie wyłączne prawo decydowania o dziecku w stosunku do ojca tego dziecka. I to kolejne kuriozum, które powstaje dlatego, że za bardzo skupiamy się na kwestiach związanych z aborcją, a mniej na tym, co teraz będzie dla nas bardziej palące, bo związane z naturalnymi poronieniami.