Czencz many, u mnie jest gud prajs

Krzysztof Błażejewski 23 maja 2014

W czasach PRL-u w zasadzie obywatele nie mieli prawa posiadać złota, platyny i obcych walut, a już w żadnym razie nie wolno było nimi handlować. Nic dziwnego, że kwitł czarny rynek, a ci, którym zabrakło szczęścia, lądowali w więzieniu

Fot.: Thinkstock

Bezpośrednio po II wojnie obywatelom nowej Polski władze zakazały obrotu obcymi walutami, rzekomo w ich interesie, co ludzi, przyzwyczajonych do przedwojennych swobód w tym zakresie, szczerze dziwiło. Szczególny kłopot mieli ci powracający z Zachodu z funtami i dolarami, kiedy dowiadywali się o różnicy w cenie między sprzedażą walut oficjalnie i na czarnym rynku. Nic dziwnego, że ten drugi obrót cieszył się wzięciem, ale, niestety, zaprowadził wielu Polaków przed oblicze sądów ludowych.

Pod sąd za „świnki”


W ówczesnej prasie niemal codziennie można natknąć się na komunikaty o wyrokach za handel dewizami. Np. w maju 1947 roku w Toruniu skazano Zofię C., mieszkankę ulicy Bydgoskiej, pracownicę banku, za handel obcymi walutami na pół roku więzienia i 10 tys. zł grzywny, a jej wspólników na odpowiednio niższe kary. Kilka dni później „cała Bydgoszcz” mówiła o aferze związanej ze sprzedażą domu przy ul. Krakowskiej przez znanego w mieście bibliotekarza Teodora B. zamożnym warszawiakom za pośrednictwem jednego z dyrektorów wydziału w Urzędzie Wojewódzkim. Zapłata w dolarach, funtach brytyjskich, złotych florenach holenderskich i rosyjskich „świnkach” zaprowadziła i sprzedającego, i kupujących na ławę oskarżonych. Wyroki opiewały na kilka miesięcy pobytu za kratami i grzywny.


Bony towarowe banku PeKaO służyły do legalnego zakupu niedostępnych w zwykłej sieci handlowej towarów, nawet mieszkań i samochodów. Na czarnym rynku były wyceniane niewiele niżej niż „prawdziwe” dolary. W latach 70. i 80. wolno było je odsprzedawać, stąd

Bony towarowe banku PeKaO służyły do legalnego zakupu niedostępnych w zwykłej sieci handlowej towarów, nawet mieszkań i samochodów. Na czarnym rynku były wyceniane niewiele niżej niż „prawdziwe” dolary. W latach 70. i 80. wolno było je odsprzedawać, stąd


Jeszcze większym zainteresowaniem w mieście cieszyła się sprawa małżonków O., utrzymujących się z handlu walutami i złotem. Jeździli oni po Polsce, przewożąc towar w... wydrążonych jabłkach i złożonych kromkach chleba. Zatrzymany wraz z nimi Józef S. miał złote monety w... podeszwach butów. Przed sądem tłumaczył się, że jako żołnierz zdobył je w czasie wojny na Niemcach. Został uniewinniony, ale małżonkowie O. zarobili po parę lat odsiadki.

Kolejna decyzja władz była jeszcze bardziej zaskakująca. Na początku lat 50. nastąpiła denominacja, czyli wymiana złotówki na nową, ponoć silniejszą. Wielu ludzi straciło w ten sposób znaczną część swoich oszczędności. Surowo zakazano wówczas posiadania złota i platyny (z wyjątkiem przedmiotów użytkowych, czyli biżuterii) oraz obcych walut. Ustawa weszła w życie 28 października 1950 roku i obligowała wszystkich w terminie do 13 listopada do odsprzedaży Narodowemu Banowi Polskiemu posiadanego złota i walut po wyjątkowo niskich cenach.

„Ten, kto w wyznaczonym terminie nie zgłosi walorów do sprzedaży, staje się przestępcą wobec prawa. (...) Obecnie - gdy złoty jest jedną z najsolidniejszych walut świata - nie ma żadnych podstaw do tolerowania przez Państwo pozostawiania waluty w rękach prywatnych, co jest na rękę tylko wrogom naszego kraju” - wyjaśniał na łamach prasy prezes NBP.

Ustawa dodatkowo straszyła: „Każdy, kto w przyszłości otrzyma walutę obcą w przesyłce z zagranicy, obowiązany jest w ciągu tygodnia odsprzedać ją NBP lub złożyć w depozyt banku” - głosił jeden z zapisów.

Ten, kto ośmieliłby się nie zastosować do powyższych paragrafów, miał podlegać „surowej karze”: za samo posiadanie zakazanych rzeczy groziło do 15 lat pobytu za kratami, grzywna oraz konfiskata złotego czy dewizowego mienia. Z kolei kary za handel złotem czy obcą walutą drakońsko zaostrzono, aż do kary śmierci włącznie i przepadku całego posiadanego majątku.

Mimo zapowiedzi, że przed punktami skupu złota i walut ustawią się kolejki, w prasie po kilku dniach entuzjastycznych komunikatów zapanowało milczenie. Akcja zakończyła się klapą. Obywatele nie ufali jedynej słusznej partii i powołanemu przez nią rządowi, reprezentującemu masy w najlepiej pojętym ich interesie. Swoje oszczędności w „twardych” i „zielonych” schowali jeszcze głębiej.

Bydgoszczanin Florian M., kupiec, ukrył złoto i dolary pod pryz-
mą węgla w piwnicy domu przy ul. Niedźwiedzia, gdzie mieszkał. Schowek odkryła korzystająca z tej samej piwnicy sąsiadka, Józefa R. Zaoferowała ona 100 dolarów Florianowi M., a następnie cichaczem podpatrzyła, co z nimi robi. Potem zażądała zapłaty za milczenie. Kiedy sąsiad odmówił, napisała anonim do milicji. Rewizja zakończyła się odkopaniem słoja ze złotem i dolarami wartości pół miliona złotych. Za kratki powędrowali właściciel skarbu i wścibska sąsiadka - za szantaż i sprzedaż stu dolarów.

Załączniki do listów


W Toruniu nagłośniono w tym czasie sprawę właścicielki sklepu jubilerskiego przy Szerokiej i pracującego tam złotnika, którzy skupowali, przerabiali i sprzedawali złoto „na lewo”. Obydwoje zarobili po dwa lata pobytu w więzieniu. Głośna też była sprawa grupy listonoszy i pracowników poczty, którzy przez lata opróżniali starannie koperty, nadsyłane do mieszkańców miasta z Zachodu, w które zagraniczni krewni czy znajomi wkładali drobne sumy w banknotach dolarowych.

Przez całą dekadę lat 50. władze usiłowały przekonać obywateli, że wszystko to działo się dla ich dobra. Prasa wyśmiewała ciułaczy wkładających obce waluty i złoto „do pończochy”. Gromadzenie dewiz odsądzano od czci i wiary, wmawiając ludziom, że przysparza to dochodu kapitalistom, którzy marzą o tym, by polską gospodarkę zniszczyć. Każdy argument był dobry, by zastraszyć i skołować zdrowo patrzących na sytuację gospodarczą obywateli.

Posiadanie obcych walut i handel nimi „dopisywano” oskarżanym w pokazowych procesach o szkodnictwo społeczne dyrektorom wielkich firm, np. bydgoskiego Zachemu czy Kauczuku. O handel dolarami oskarżono również Henryka Ś., dyrektora przedsiębiorstwa elektryfikującego Pomorze i Kujawy, który, aby zrealizować narzucony mu plan, posuwał się do wręczania łapówek producentom drutu i izolatorów albo kupował ten deficytowy sprzęt za dolary. Czarny rynek kwitł, na czym korzystali oszuści z Romami na czele, którzy masowo sprzedawali naiwnym wyroby z tombaku zamiast złota.

Ustawę złagodzono dopiero w 1960 roku. Od 1 stycznia waluty, które ludzie przetrzymywali jeszcze sprzed wojny albo te, które przywieźli wracając z Zachodu, skupował państwowy bank, wydając specjalne bony zamiast dolarów, natomiast złoty złom można było „opchnąć” w państwowych sklepach jubilerskich po cenie zbliżonej do rynkowej. Niebawem placówki te popadły w tarapaty z powodu braku gotówki na skup złomu, tak dużo złotych sztabek i monet nagle znaleźli w swoich domach obywatele PRL-u.

Opony pełne srebra


Bonami towarowymi można było płacić wyłącznie w sklepach banku PeKaO (później Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego Pewex). Drugą siecią sklepów była Baltona, przeznaczona dla marynarzy i rybaków, emitująca inną wersję bonów dolarowych.

W latach 60. bony i dolary na czarnym rynku kupić można było za 70-80 zł. Państwo od cudzoziemców skupowało dolary za 25 złotych. Na różnicy tej można było dorobić się fortuny. Podobnie jak na wywozie wyrobów z metali szlachetnych i dzieł sztuki na Zachód. Koniec lat 50. i lata 60. to czas wielkich afer, w które często zamieszane były ówczesne elity. W 1963 roku ujawniono np. 18 wielkich afer przemytniczych. Zamieszani w nie byli właściwie wszyscy, którzy mogli w miarę często wyjeżdżać za granicę: dyplomaci polscy i z ambasad obcych państw, pracownicy central handlu zagranicznego, artyści, dziennikarze, sportowcy. Szczególnie głośne były sprawy dotyczące tych ostatnich. Przyłapywani na granicy na wywozie złota i srebra w zbiornikach paliwa czy oponach, szli „do paki” na kilka lat nawet olimpijczycy i idole całej sportowej Polski.

W czasach Edwarda Gierka na handel obcymi walutami patrzono już przez palce. Sieć sklepów Peweksu i Baltony rozrosła się, zwiększył się znacząco asortyment towarów. Nic dziwnego, że zawód cinkciarza był jednym z najbardziej intratnych. „Czencz many, u nas gud prajs” - takie słowa wypowiadano szeptem w centrach miast na widok cudzoziemców. Zakaz obrotu „zielonymi” dotrwał niemal do końca PRL-u.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-06-2014 12:03

    Oceniono 2 razy 0 2

    - bydgoszczak : Jestes glupsza niz ustawa przewiduje. Nie chodzi tu o jakies jubilerskie blyskotki, ale o zloto inwestycyjne czyli kilogramowe sztabki- takie jak trzymaja w podziemiach banki.

    Odpowiedz

  2. 28-05-2014 18:13

    Brak ocen 0 0

    - Ewa: Bzdury. Nikt nikomu nie zabranial kupowac zlota . Sama w latach 70 kupilam pierscionek u jubilera na Dlugiej. Owszem, handel dolarami byl zabroniony.

    Odpowiedz

  3. 25-05-2014 12:01

    Brak ocen 0 0

    - jasio : Lądowali ? mam nadzieje ze nie bylo to na obcej ziemi

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz