Najpiękniejsze jest to, co sobie wyobrażam

Paulina Błaszkiewicz 16 maja 2014

Rozmowa z JERZYM STUHREM, aktorem, reżyserem i profesorem sztuki.

Fot.: MWMedia


„Albo mnie pokochają, albo zlinczują” - tak Pan powiedział w kontekście filmu „Obywatel”. Zapowiada się ważny czas dla Pana jako aktora i reżysera?


Tak, to będzie ważny rok. Za chwilę po raz pierwszy skonfrontuję ten film z ludźmi, którzy nie uczestniczyli w pracy nad nim. Piarowcy wezmą mnie w swoje szpony, a ja będę się musiał opiekować swoim dzieckiem. To straszna robota, ale nikt inny za mnie tego nie zrobi, ponieważ jest to film autorski, który opowiada życie reprezentanta mojego pokolenia. Od czterech lat, od chwili, kiedy zacząłem myśleć o tym filmie, cały czas towarzyszy mi niepokój, czy forma tego filmu będzie dla ludzi klarowna i zrozumiała. To w końcu 60 lat życia opowiedziane z przeskokami, niechronologicznie, które cały czas wymaga od widza śledzenia i uwagi. Dobrze byłoby znać pewne wątki historyczne. Boję się o młode pokolenie, a właśnie ono chodzi do kina.

Niedawno w Teatrze Polonia reżyserował Pan „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej. Krytycy mówią: „Jerzy Stuhr znowu moralizuje”. Myśli Pan, że po premierze „Obywatela” będzie podobnie?
Zawsze mi to wypominano, ale ja się tego nie wyzbędę. Chcę mieć własne zdanie. Szkopuł polega na tym, że młodzi twórcy wyzbywają się osądu. Najlepiej jest skrytykować, ośmieszyć czy sprowokować. Ja wolę zapytać: „Jakie jest twoje zdanie, młody twórco? Co mi dajesz w przesłaniu? Jak chciałbyś, żeby było?”. Różnica między dydaktyką a przesłaniem jest taka, że w przesłaniu twórca mówi: „Chciałbym, żeby ten świat był lepszy”, a dydaktyk: „Ja wam powiem, co zrobić, żeby ten świat był lepszy”. To cienka granica, ale ja cały czas pilnuję tego momentu, w którym widz może odczuć, że chciałbym... i po to zrobiłem ten film, żeby świat był lepszy, a nie gorszy i ośmieszony. Ludzie muszą mieć nadzieję.

Tę nadzieję daje kino?
Powinno. Gdyby zapytała pani o to Amerykanina, to on bez wahania odpowiedziałby: „Musi, tylko dobrzy wygrywają, prawda?”. Amerykanie mają coś zdrowego w sobie, że chcą, by było lepiej. W „Obywatelu” będzie dziwnie. Może trochę zaskoczę, ale chciałem powiedzieć, że moje pokolenie przeżyło burze i napory. Mieliśmy szczęście. Pomimo to, że wiatr historii nami miotał dość potężnie, to jesteśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy, i chyba przesłaniem filmu będzie to, że obroniliśmy siebie. Mam nadzieję, że dzięki opiniom widzów niebawem będę mógł potwierdzić te słowa. Jako twórca chyba mam prawo oceniać tylko samego siebie. Jeżeli ten mój osąd na samym sobie się zuniwersalizuje, to wtedy widz ma prawo powiedzieć, czy jest to film o całym pokoleniu. Czy mnie siedzącego na widowni on też dotyczy? Ja zawsze kierowałem się zasadą: „Oceniam samego siebie, samego siebie wystawiam, samego siebie pokazuję”.

Czy „Obywatel” będzie takim trochę portretem Jerzego Stuhra?
Dobrze Pani powiedziała: „trochę”, bo zawsze jest trochę. Każdy mój film jest trochę. Trochę ja, trochę z tego, co zaobserwowałem i sfotografowałem... Najpiękniejsze jest jednak to, co sobie wyobrażam, co by było, gdybym znalazł się w takich, a nie innych okolicznościach. Ktoś może powiedzieć: „No, proszę pana, ale pan pokazuje internowanie, a przecież nie byłem internowany”. No, nie byłem, ale sobie wyobrażam, co by się działo, gdybym był...

Co takiego dało Panu kino?
Kino pozwoliło mi wypowiedzieć się bardziej od siebie. Mogłem wziąć odpowiedzialność nie tylko za swoje umiejętności, ale również za poglądy, za to, co myślę o Polsce i świecie. Mogłem to wszystko powiedzieć swoim językiem, a nie językiem Szekspira - to jest fascynujące. Kino dało mi też szansę uwolnienia się od pewnych kompleksów. Pierwszy mój film - „Spis cudzołożnic”, był nie tylko o męskim przemijaniu, które łapie mężczyznę w wieku czterdziestu paru lat, ale również o przemijaniu pewnej epoki. Wiedziałem, że to już nie wróci, że za chwilę nie będzie się z kim podzielić naszą wiedzą i doświadczeniem. Zielona budka telefoniczna ze „Spisu cudzołożnic” znikała na zawsze, zastępowała ją komórka. Z kolei „Historie miłosne” były o tarapatach mężczyzny w miłości, kiedy raz chce ją przyjąć, a innym razem się jej boi. Jeden boi się odpowiedzialności i utraty wolności, a drugi się nie boi i bierze, mimo że siedzi w więzieniu zakuty w kajdanki. Za każdym razem omawiam inną stronę mojego bohatera. „Tydzień z życia mężczyzny” dotyczył męskich upadków i problemów z sobą. „Pogoda na jutro” ukazywała problemy ojcostwa, z czym zresztą sam miałem kłopot w życiu.

Pan?
Tak, miałem z tym problem przez permanentne nieuczestniczenie w wychowaniu moich dzieci. Kariera zabrała mi te szczęśliwe dla każdego ojca chwile, kiedy może patrzeć, jak dzieci dorastają. To dotyczy każdego artysty, który w stu procentach nie może poświęcić się... miłości.

Ale może poświęcić się pasji, którą później może przekazać dzieciom. Tak było w Pana przypadku?
Tak, to było u mnie naturalne. W tych rzadkich chwilach, które miałem, dzieci się do mnie garnęły, syn chodził ze mną dzień w dzień do teatru.

Nie odradzał mu Pan aktorstwa?
Nie, bo zobaczyłem, że on ma ku temu zdolności. Gdyby nie miał, to by była straszna wojna w domu.

Wojna? Ale dlaczego? Bał się Pan, że młody Stuhr popsuje nazwisko?
A nie, to bzdura. Ja się bałem, że uczynię go nieszczęśliwym, że będzie taki, jak wielu moich kolegów w tym zawodzie, którzy nie zrobili kariery i dziś narzekają, że nikt ich nie bierze, że nie mają za co żyć, że grają ogony albo że są permanentnie upokarzani. No przecież to jest nieszczęście! Nie chciałbym tego zobaczyć u swojego dziecka. Wie pani, ile dzieci kolegów odwalałem z egzaminów wstępnych?

Może po prostu nie miały talentu?
To nie to. Trzeba mieć umiejętności i zdolności ku temu. Specjalnie nie używam słowa „talent”. Chodzi o umiejętność zapamiętywania w sobie stanów nerwowych i odtwarzania ich na zawołanie - taka jest moja definicja aktorstwa. Jak ktoś to potrafi, a wystąpienie przed ludźmi go nie peszy, a wręcz mobilizuje, to ten może być aktorem. Mój syn to miał, dlatego na wszystko patrzyłem spokojnie z boku.

Jest Pan perfekcjonistą?
Chciałbym być i dążę do tego, ale film jest pod tym względem denerwujący, bo patrzysz i mówisz: „Psiakrew, tu się pomyliłem, tu trzeba było inaczej zareagować, ale już tego nie poprawię”.

Nie dość, że perfekcjonista, to jeszcze pracoholik. Ma Pan czas na to, by zadbać o siebie?
Mam taki organizm, że jak za dużo wypoczywam, a to jest powyżej tygodnia, to on zaczyna się denerwować i gorzej funkcjonować. Staram się utrzymywać higienę życia. To nie tak, że jak zachorujesz, to ta choroba osłabia cię do końca życia. Nie, ona na razie odeszła i jej nie ma, a to oznacza, że jesteś w pełni sił. Ludzie mnie tak czasem pytają: „Czy może pan podnieść tę walizkę?”. Na co ja odpowiadam: „A dlaczego nie?”. „No bo pan był chory”. No właśnie - byłem. To nie jest tak, że coś zostaje. Albo jest, albo nie ma. Na dzisiaj nie ma...

PS Wywiad nieautoryzowany

Teczka osobowa


Jerzy Oskar Stuhr - człowiek wielu talentów

- Aktor filmowy i teatralny, reżyser i scenarzysta, profesor sztuki. „Ich czworo” to jego najnowszy spektakl w Teatrze Polonia. Z kolei 7 listopada na ekrany kin wejdzie jego najnowszy film „Obywatel”.
- Absolwent PWST w Krakowie. W latach 1990-1996 i 2002-2008 by rektorem tej szkoły teatralnej.
- Ma dwoje dzieci: syna Macieja - aktora i córkę Mariannę z wykształcenia malarkę.
- Przewodniczący Rady Fundacji Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci im. księdza Józefa Tischnera, którą wspiera od dziesięciu lat.