Plątaniny uczuć u Beksińskich nie rozkmini nawet sam Freud

Paulina Błaszkiewicz 12 maja 2014

Rozmowa z MAGDALENĄ GRZEBAŁKOWSKĄ, dziennikarką i reporterką, autorką książki „Beksińscy. Portret podwójny”, w której opisuje mroczną historię wybitnego malarza i jego syna - dziennikarza radiowej „Trójki”, zafascynowanego śmiercią.

Magdalena Grzebałkowska - pisarka, reporterka, żona i matka. Absolwentka historii i archiwistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Dziennikarka i reporterka związana z „Gazetą Wyborczą”.

Fot.: Grzegorz Olkowski


Czy to prawda, że wcale nie chciała Pani pisać książki o Beksińskich?
Tak, po napisaniu książki o księdzu Twardowskim, bardzo długo broniłam się przed pisaniem. Praca nad podwójnym portretem Beksińskich była dla mnie ciężką robotą. Musiałam usiąść i to napisać, bez zbędnego rozpieszczania się, a proszę mi wierzyć, że miałam problem z tym, żeby zebrać wszystko w jedną całość. Szukanie informatorów, jeżdżenie po Polsce było bardzo przyjemne - to taka detektywistyczna robota, którą bardzo lubię. Niezwykłym przeżyciem było też słuchanie fonicznych listów Zdzisława. Czułam się, jakbym była we wnętrzu tej rodziny. Pamiętam, jak byłam u krewnej Beksińskich, w jej domu. Częstowała mnie herbatą, była miła. Krótko mówiąc, chodzące dobro, które w bardzo ciepły sposób opowiadało o swojej cioci Zofii, wujku Zdziśku i kuzynie Tomeczku. Siedziałam, słuchałam, a w głowie miałam myśli: „Boże, przecież oni nie byli samym dobrem, co ja teraz napiszę? Że Tomek to był Hitler, a Zdzisław straszny nudziarz?”. Bałam się, że zawiodę tę kobietę, że będę jedną z dziennikarek, które szukają sensacji. Na szczęście tak się nie stało. Po wydaniu Beksińskich pani Ewa zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Dziękuję, właśnie tacy, jak pani pisze, byli Beksińscy”.

Czyli cel został osiągnięty?
Tak, chciałam, żeby Beksińscy byli jak najbardziej realni, zbliżeni do tego, kim tak naprawdę byli. Nigdy ich nie widziałam i nie spotkałam. Okropnie zabrzmi to, co teraz powiem, ale to cudownie, że ich nie ma. Nigdy nie podjęłabym się napisania książki o osobie żyjącej, tak samo jak nie mogłabym napisać o swoim idolu, którego zwykle się kocha. Reporter czy biograf musi zdradzić swojego bohatera, być katem. Ja z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że byłam bezwzględna wobec Beksińskich.

Naprawdę zero emocji i refleksji? Powiedziała Pani, że bała się tego, iż będzie jedną z dziennikarek, które szukają sensacji...
Po skończeniu książki byłam czysta jak łza. Nie rozklejałam się, ale może dlatego, że zanim usiadłam do pisania, miałam te emocje przerobione. Czytanie listów było dla mnie dużym przeżyciem i przełomowym momentem, ponieważ przez pierwszy tydzień widziałam stereotypowe fatum nad rodziną Beksińskich. Było w tym myśleniu coś mistycznego, choć jako ateistka nie wierzę w nic. Na początku chciałam opisać historię Beksińskich przez pryzmat sanockiego domu, w którym przez wiele lat mieszkali. Ten dom był na początku piękny i zadbany, ale im bardziej ta rodzina traciła prestiż, tym bardziej dom zamieniał się w ruderę. Chciałam nawet zrobić taką paralelę - „Nie ma domu - Tomek się zabił”, ale po tygodniu stwierdziłam, że to bzdury. Zaczęłam postrzegać Beksińskich jak zwykłych ludzi.

Naprawdę myśli Pani, że oni byli zwykli?
Tak. Ludzie mnie pytają o fatum, ale ja mówię, że to nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który się przydarzył zwyczajnej rodzinie. Zwyczajnej przez to, że była matka, syn, ojciec i problemy emocjonalne, przez które nie potrafili się dogadać. W co drugiej rodzinie tak jest. Beksińscy byli niezwyczajni dlatego, że w rodzinie był słynny malarz i słynny dziennikarz - przez to byli na świeczniku.

Opinie o Beksińskich są dosyć skrajne. Jak postrzegają ich mieszkańcy Sanoka?
Teraz Sanok stoi Beksińskim, jest tam nawet ścieżka edukacyjna im. Zdzisława Beksińskiego, muzeum itp., ale jak traktowano go w latach sześćdziesiątych możemy się dowiedzieć z mojej książki. To nie była postać uwielbiana w Sanoku. O Beksińskim mówiło się negatywnie. Zdzisław był wytykany, bardzo krytykowany i obgadywany. Ludzie pytali: „Co to za mężczyzna, który rzuca pracę i zamyka się na całe dnie w domu? Nie kłania się ludziom na ulicy, tylko maluje obrazy, robi jakieś zdjęcia i w dodatku zakłada sweter na gołe ciało?”.

„I nie potrafi kochać swojego syna...” - taką łatkę przypięli Zdzisławowi Beksińskiemu dziennikarze?
To koszmarny absurd wymyślony przez tabloidy. Zdzisław, mimo że nie był prostym człowiekiem, był człowiekiem dobrym. Dyrektor muzeum w Sanoku wspominał taką rozmowę z matką Zdzisława: „Nawet pan nie wie, jakim dobrym człowiekiem jest mój syn, jak sąsiedzi go lubią, jak on pomaga”. Matka bardzo chciała, żeby o Zdziśku nie mówiono, że jest inny, że jest dziwnym malarzem, ale dobrym człowiekiem. Cała rodzina była przepełniona miłością do siebie, ale brakowało jej umiejętności wyrażania tego. Zdzisław nie potrafił wyrażać miłości do syna ani do matki, której się brzydził - to zresztą było jedno z jego natręctw, ale w jednym z listów napisał: „Jak w ogóle można przypuszczać, że ojciec może nie kochać swojego syna?”.

Przyzna Pani, że niewiele osób czuje ulgę po śmierci dziecka. Trudno to sobie wyobrazić. Może dlatego ten list Zdzisława szokuje...
To pozorny chłód. Zwróćmy uwagę na to, że Zdzisław pisze ten list dzień po śmierci syna. Być może jest to chłód wynikający ze strachu, żeby się nie rozpaść czy nie popłakać. Czytelnik może zapytać, czy w ogóle można wyrobić w sobie taki chłód, ale kiedy lepiej pozna Zdzisława, to zaczyna szybko dostrzegać, że on po prostu nie był najlepszy w wyrażaniu emocji. Uważam, że to, co napisał, było miłosnym listem do syna. To, że Zdzisław Beksiński pozwolił Tomkowi odejść, było aktem miłości ojca do syna.

Da się polubić Beksińskich?
Powiem tak: Tej rodziny nie rozkminiłby nawet sam Freud, bo to, co się dzieje wokół nich, to istna plątanina uczuć: miłość, nienawiść i pragnienie kontaktu z innymi. Bardzo łatwo polubić Zosię i Zdzisława, Tomka, który jest chodzącą nienawiścią, trochę trudniej, ale były momenty, kiedy go strasznie lubiłam i żałowałam. Pamiętam ten moment, gdy Beksińscy przeprowadzali się z Sanoka do Warszawy. Wtedy zaczęłam do nich mówić: „Kupcie mu mieszkanie gdzieś dalej, niech się usamodzielni, a wtedy wszyscy poczujecie ulgę”. Oni jednak nigdy nie wypuścili go ze swoich rodzicielskich szponów, chcieli mieć go pod kontrolą.

Trudno się dziwić...
Ale oni nie pilnowali go dlatego, żeby się nie zabił. Oni chcieli, żeby przyszedł na obiad do mamusi, żeby przyniósł to, co trzeba uprać, itp. To też były przejawy miłości, których bardzo często nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Patrzymy na to z boku i jesteśmy zdziwieni, ale bardzo często robimy we własnym domu to samo.