Wódą jechało od niego z daleka

Piotr Schutta 9 maja 2014, aktualizowano: 09-05-2014 10:45

Kiedy zatrudniał sie w Wąbrzeźnie, nie chwalił się bujną przeszłością. Prawda wyszła na jaw, gdy zamiast ratować życie pacjentki, prawie się na nią przewrócił. Kobieta zmarła nazajutrz, a 61-letni lekarz Marek L. stanął przed prokuratorem. Po raz dziewiąty w swoim życiu.

Lucyna Jamróz (na zdjęciu) wezwała policję do pijanego lekarza Marka L. Od poniedziałku doktor nie jest już kontraktowym pracownikiem szpitala w Wąbrzeźnie. Natychmiast rozwiązano z nim kontrakt.

Fot.: Piotr Schutta

Niedziela, 4 maja, zaczęła się dla pana doktora pracowicie. Dyżur w zespole ratowniczym szpitala w Wąbrzeźnie podjął o siódmej rano, a już 30 minut później jechał na wezwanie do 93-letniej pacjentki z objawami udaru mózgu.


Kiedy zespół dotarł do wioski Niedźwiedź, a 61-letni chirurg Marek L. wytoczył się z karetki, wszystko stało się jasne. Jak wykazało późniejsze badanie alkomatem, lekarz miał w organizmie prawie 3 promile alkoholu. Według ostrożnych szacunków, musiał przed dyżurem wlać w siebie co najmniej pół litra wódki.

Łeb za oknem


- Doktor, ja wezmę torbę - mruknął tylko jeden z ratowników, widząc, że medyk nie panuje nad własnym ciałem.

- W karetce okno miał otwarte, łeb na zewnątrz. Pewnie się wietrzył całą drogę. Ale nic to mu nie dało, bo jechało od niego wódą z daleka i w schody w bloku się nie mieścił - nazywa rzeczy po imieniu Lucyna Jamróz, jedna z opiekunek 93-letniej Kazimiery Zulewskiej z Niedźwiedzia. Kiedy zobaczyła, że lekarz zaraz się przewróci na chorą, wezwała policję.

- Pochylił się nad babcią i odniosłam wrażenie, że ją skubie. Zwróciłam mu uwagę, że się chwieje, a on na to, że musi coś wytłumaczyć. Powtarzał to bez końca. Wytłumaczyć, wytłumaczyć... - opowiada Anna Stennicka, opiekunka prawna staruszki. W końcu stanęła naprzeciwko pijanego i kazała mu usiąść na wersalce. Pomogli ratownicy, którzy mieli już dośc pijanego medyka.
Na wersalce Marek L. spędził resztę wizyty. - Przecież pan jest pijany - zauważyła wprost jedna z opiekunek.
- Skoro pani tak uważa - odparł lekarz i popadł w zadumę. Miał jeszcze później chwile ożywienia, w czasie których walił pięścią w stół i wykrzykiwał: „Ja muszę pani wytłumaczyć, muszę wytłumaczyć...”.

- Nie podobało mu się, że wzywamy policję. Cały czas twierdził, że jest trzeźwy - mówią opiekunki chorej.
Kazimiera Zulewska zmarła na drugi dzień w grudziądzkim szpitalu.

- Nie wiem, czy zachowanie lekarza przyczyniło się do śmierci babci. Ale wiem, że liczyła się każda minuta. A on to wszystko zaprzepaścił. Powiedział, że to koniec, że babcia jest umierająca i wcale nie miał zamiaru zabierać jej do szpitala. Na moją prośbę wypisał nawet takie oświadczenie. Nie próbował jej ratować. Przecież nawet jej nie zbadał. Zrobili to za niego ratownicy, do których nie mamy żadnych pretensji. Chłopacy robili co mogli - dodaje Anna Stennicka.

W poniedziałkowe południe, kiedy Kazimiera Zulewska żegnała się z życiem, Marek L. trzeźwiał w policyjnej izbie zatrzymań.
- Trudno uwierzyć, że człowiek z dyplomem lekarza może doprowadzić się do takiego stanu. Zmarnowany facet - mówią w wąbrzeskiej prokuraturze.

Przed prokuratorem Marek L. przyznał, że pił. Ale nic więcej.
- Nie przyznał się do odmowy udzielenia pomocy pacjentce. Stwierdził, że był w stanie tej pomocy udzielić, ale przeszkodzili mu policjanci - mówi prowadzący postępowanie Michał Goldyszewicz z Prokuratury Rejonowej w Wąbrzeźnie.

Sam się zgłosił


Po przesłuchaniu Marek L. został wypuszczony za kaucją w wysokości 5 tysięcy złotych. Ma też czasowy zakaz wykonywania zawodu. Nasz reporter odwiedził hotel pielęgniarski, przypominający blok socjalny, w którym miał się zatrzymać w Wąbrzeźnie Marek L., ale nie zastał tam lekarza.

- Marek L. pracował u nas od miesiąca. Sam się zgłosił - mówi Tomasz Ławrynowicz, dyrektor Nowego Szpitala w Wąbrzeźnie. Nie kryjąc zakłopotania przyznaje, że podczas zatrudniania 61-letniego chirurga dyrekcja szpitala nie miała żadnych wątpliwości, co do osoby pana doktora. Sprawdzano czy ma prawo do wykonywania zawodu i polisę odpowiedzialności cywilnej.

- Tłumaczył, że zmienia miejsce zamieszkania ze względów rodzinnych. W życiorysie albo w podaniu napisał, że zatrudniony był przez wiele lat tylko w jednej placówce, w szpitalu w Iławie. To potwierdzało jego wiarygodność - dodaje Tomasz Ławrynowicz. Zapewnia, że nie miał pojęcia o skłonnościach doktora do alkoholu i jego licznych wyskokach w przeszłości, kończących się kilka razy na salach sądowych w Biłgoraju, Iławie, Łęczycy i Włocławku. Marek L. karany był za kradzież, fałszerstwo, jazdę po pijanemu i spowodowanie kolizji w tym stanie, wykonywanie zawodu mimo zawieszenia w czynnościach, prowadzenia auta wbrew sądowemu zakazowi itp.

W rzeczywistości pijący chirurg nie zagrzał długo miejsca w iławskim szpitału. Po 2 latach mieli go tam dość. Potem pracował jeszcze w Zakładzie Karnym w Iławie i szpitalu w Szczytnie. Stamtąd również odchodził nagle.

W 14-tysięcznym Wąbrzeźnie teraz już wszyscy znają Marka L. i jego historię.

- Chce pan zobaczyć jego zdjęcie? - pyta właścicielka lumpeksu położonego niedaleko szpitala. - Jak pan wpisze w internecie „pijany lekarz z Wąbrzeźna” , to pan znajdzie. Wszystko rozumiem, ale żeby 3 promile? Ludzie, dajta spokój - przeżywa kobieta.
Szpital wąbrzeski dysponuje dwoma zespołami ratowników. Dwaj z nich za niedzielny dyżur dostali po kieszeni. Dyrektor szpitala nie chce mówić o wysokości kary finansowej. - Jest dotkliwa - podkreśla tylko.

Ratownicy nie rozmawiają z dziennikarzami. Tymczasem wszyscy, łącznie z prokuraturą, zastanawiają się, jak to możliwe, że kierowca karetki i ratownik nie wyczuli od doktora L. woni alkoholu ani nie zauważyli, że ten buja się od ściany do ściany.
- W sobotę ktoś widział doktora na stacji benzynowej. Kupował wódkę. Wysiadł z karetki - mówi Anna Stennicka.

Tomasz Ławrynowicz przyznaje, że w Wąbrzeźnie były w przeszłości incydenty alkoholowe z udziałem lekarzy. Dlatego od jakiegość czasu sprawdzana jest trzeźwość personelu. Marka L. też badano. Dwa razy. Za każdym razem był trzeźwy.

- Ratownicy mówią, że zorientowali się dopiero na miejscu, gdy wytoczył się z karetki. Ja im wierzę - zapewnia były kierowca ambulansu wąbrzeskiego szpitala. - Często tak było, że szedłem do auta, a lekarz już siedział. Albo się podjeżdżało pod rampę, lekarz wsiadał i już. Nawet gdyby go podkablowali, to oni by stracili pracę, a on jeździłby dalej. Wiem, co mówię. Już raz tak było, za poprzedniego dyrektora.

Nie zasłużył na łaskę


- Jak to możliwe, że dyspozytor nie widzi lekarza i nie rozmawia z nim? A ratownik i kierowca nie zauważają, że im się ktoś plącze pod nogami? Zatem co to jest? Ja panu powiem. To nasza polska tolerancja dla alkoholików - nie ma wątpliwości Kazimierz Warnel, szef wąbrzeskiej prokuratury.

Słysząc o ostatnim wybryku doktora, reporter „Kuriera Iławskiego”, Krystian Knobelzdorf, wcale się nie dziwi. Wielokrotnie opisywał wybryki lekarza. - Wszystko jasne - mówi. - Kiedy odszedł z Iławy, odetchęliśmy z ulgą. Nawet jak został przyłapany podczas jazdy po pijanemu, zachowywał się, jakby nic się nie stało. Typ ignoranta. Dziwny, toksyczny człowiek - dodaje dziennikarz.

O licznych sprawach karnych doktora reporter dowiedział się w 2012 roku na sali rozpraw iławskiego sądu, gdzie toczyła się sprawa o ułaskawienie prezydenckie.

- Akta nawet do prezydenta nie trafiły. Sąd odrzucił ten wniosek, uznając, że Marek L. nie zasługuje na łaskę - dodaje reporter.