Pod skrzydłami anioła sztuki [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 9 maja 2014

„W jednym ze spektakli mam taką kwestię, kiedy mówię zwracając się, między innymi, do publiczności: „Chciałbym tu jeszcze trochę pozostać. Tak bardzo to wszystko kocham”. Pada pytanie, ale co takiego, co? Odpowiadam jednym słowem, robiąc przed nim bardzo dużą pauzę, jak gdybym zastanawiał się, co chciałbym przez to słowo wyrazić, i odpowiadam nie bez pełnego wzruszenia: „Życie”. Jedno słowo: „Życie”, w którym zawarte jest wszystko”.

Fot.: Jarosław Antkowiak/MW Media

Rozmowa z IGNACYM GOGOLEWSKIM, aktorem.



Spektakl „32 omdlenia” jest oparty na słowie. Mamy w nim troje aktorów, spośród których dwoje jest na tak zwanym topie. To Pana słowa. Pan już nie jest na topie?
Nie, ponieważ czuję, że jest to czas powolnego odejścia. Przekroczyłem 83 lata, z czego 60 spędziłem na scenie. Myślę, że spełniłem już swoje obowiązki wobec tego zawodu. Zbyt długie przebywanie na scenie wiąże się z pewnymi komplikacjami, a ja nie chciałbym doczekać tego momentu, kiedy człowiek zaczyna być coraz bardziej niesprawny.

Moja niesprawność polega na tym, że wchodząc na scenę muszę korzystać z laseczki. Czasem z niej rezygnuję, ale to wymaga ogromnego wysiłku. Mogę operować głosem, ale to już kwestia radiowa. Czasem zaproszą mnie do udziału w jakiejś telewizyjnej dyskusji, ale zajęć mam mniej i muszę się z tym pogodzić. Jestem bardzo wdzięczny kierownictwu Teatru Polonia za to, że zaprosiło mnie po raz drugi do współpracy. Poza „32 omdleniami” mam w repertuarze nieśmiertelne „Grube ryby” Romana Bałuckiego. Można powiedzieć, że jestem na łaskawym chlebie u Krystyny Jandy. Moi pedagodzy dawno temu przyuczyli mnie w różnych kierunkach, jeśli chodzi o aktorskie emploi. Zetknąłem się z tak zwanymi rolami charakterystycznymi, które gram do dziś i to sprawia mi największą przyjemność w teatrze.


Mówi Pan o przyjemności w teatrze w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, którzy coraz częściej głoszą, że jest to rzemiosło...
Bardzo mnie drażni, bo jeśli to jest tylko rzemiosło, to po cóż jest tyle pięknych zawodów, które można uprawiać i udoskonalać? Aktorstwo to strefa fascynacji. Parę razy zawadził o mnie swoimi skrzydłami anioł sztuki i jestem za to wdzięczny opatrzności. To gdzieś się, niestety, zatarło. Paru moich znakomitych kolegów mówi: „A, to jest rzemiosło”, na co ja odpowiadam: „Boże kochany, jeśli to rzemiosło, to po co mamy się doskonalić, wysilać?”. Mówię, mam wszystkie litery alfabetu w ustach, wychodzę i gram, ale to nie wzrusza widzów, to ich nie interesuje. Obserwuję reakcje widowni w różnych miastach. Byłem ciekawy, jak Toruń zareaguje na Czechowa, który w tej bardzo oszczędnej formie stworzył małe, dwudziestominutowe utwory. Są one czymś najpiękniejszym, ponieważ jest to komedia w najszlachetniejszym stylu. Siedzi trójka aktorów i rozmawia, publiczność słucha, a czasem zaśmiewa do łez, i to jest piękne. Trzy krzesła na scenie, kotary - nic więcej nie trzeba, by teatr wzbudził zainteresowanie.


Co aktor musi zrobić, żeby wzruszyć widza? Odkrył Pan ten patent?
Tak, musi możliwie jak najmniej sam wzruszać się na scenie. Owszem, to jest bardzo atrakcyjne i czasami coś takiego nam się zdarza. Może nawet sami chcemy odreagować pewne nasze przeżycia, ale trzeba je dawkować bardzo oszczędnie, z umiarem. Jeśli sam zacznę płakać na scenie, to widzowie przestaną się wzruszać. Aktor powinien wysyłać sygnały pewnych emocji.

W jednym ze spektakli mam taką kwestię, kiedy mówię zwracając się, między innymi, do publiczności: „Chciałbym tu jeszcze trochę pozostać. Tak bardzo to wszystko kocham”. Pada pytanie, ale co takiego, co? Odpowiadam jednym słowem, robiąc przed nim bardzo dużą pauzę, jak gdybym zastanawiał się, co chciałbym przez to słowo wyrazić, i odpowiadam nie bez pełnego wzruszenia: „Życie”. Jedno słowo: „Życie”, w którym zawarte jest wszystko. Wiem, że widownia przyjmuje to skupiona, jest absolutna cisza i kiedy światło gaśnie, bardzo często odzywają się oklaski. To scena podsumowująca wielką postać administratora, organizatora i wychowawcę, jakim był kardynał Mazarin z pochodzenia Sycylijczyk. Była to osoba, która zgarniała do siebie, a proszę mi wierzyć, że miała co zgarniać. On sam siebie określa w tej sztuce, patrząc w lustro, jako najstraszliwszego łajdaka stulecia i się uśmiecha. To łajdactwo ujęte w cudzysłów. Mazarin ma do tego dystans, ale trzeba sobie przypomnieć, że (pełniąc tego rodzaju funkcje, a zresztą dotyczy to prawie każdego człowieka) jest takie mądre powiedzenie, które trzeba właściwie rozumieć: „Dzień bez kłamstwa jest dniem straconym”.


Zagadkowe...
Tak, i można to rozumieć na różne sposoby, ale proszę zwrócić uwagę, jak bardzo często nie tylko aktorzy grają. Grają też zwykli ludzie, bo wszyscy jesteśmy aktorami z wyjątkiem paru dobrych komediantów. Kiedy zapytano mnie: „Panie Gogolewski, czy pan cały czas gra?”. Odpowiedziałem: „Nie, proszę pana, w życiu nie mogę i nie gram, bo ja się wygram na scenie”.


Ciężko aktorowi w życiu?
To zależy, jak mu się potoczy to życie. Ja miałem wiele szczęścia, spotkałem wspaniałych ludzi, którzy mi pomogli, począwszy od szkoły teatralnej, którą ukończyłem. Aleksander Zelwerowicz wręczał mi dyplom z pewnym bardzo mądrym powiedzeniem, które mnie zmobilizowało jako młodego człowieka: „No, panie Gogolewski, skończył pan te studia, ma pan dyplom aktora dramatycznego, ale jak na razie pana tablica jest biała, niczym niezapisana karta, proszę to wziąć pod uwagę”.

I wziąłem to pod uwagę, dlatego że pochodziłem z małego miasteczka, na studiach byli już ludzie po studiach prawniczych, polonistycznych. To były cztery lata moich wielkich uniwersytetów. Od 1949 do 1953 roku całe dnie poświęcałem na naukę, na przebywanie w bibliotece. Sądzę, że uzupełniłem wiedzę, która mi bardzo pomogła w tym zawodzie, bo będąc aktorem czasami, podkreślam - nie zawsze, trzeba myśleć, pomimo tego, że w ogromnym stopniu ten zawód opiera się na pewnego rodzaju intuicji. Jeżeli tej intuicji nie poszukamy i ona nas nie zaskoczy, to sam pomysł na to, jak rozwiązać scenę, to jest za mało. Intuicja jest motorem tego zawodu. Miałem szczęście, że po skończeniu studiów do Teatru Polskiego rekomendował nas nasz opiekun roku. To były cztery osoby, w tym również ja. Miałem w garderobie obok kolegę Żabczyńskiego, którego mogliśmy oglądać w dawnym kinie - to od niego w okresie międzywojennym uczono się, jak powinien się zachowywać mężczyzna. Mieć kogoś takiego w garderobie i słuchać opowieści na temat obyczajów to było coś, a teraz te obyczaje się rozluźniły.


Sztuka już nie jest nauczycielką życia?
Przed wojną było mało inteligencji, ogromna część społeczeństwa zaliczała się do analfabetów, a elegancję i sposób zachowania czerpano z filmów. Do dzisiejszego kina wkroczyła ulica i różnego rodzaju określenia. Będąc na jednym ze współczesnych filmów przez pierwsze dwadzieścia minut usłyszałem ponad dziesięć słów na „k”. Pomyślałem: „I o czym ja mam rozmawiać z moimi kolegami?”. Wstałem i wyszedłem. To jest współczesność. Recenzję z „Grubych ryb” złożyła nam pewna dama w słusznym już wieku, ale bardzo elegancka: „Chciałam państwu podziękować za to, że zrobiliście mi ogromną przyjemność. Bawiłam się dwie godziny razem z moim towarzystwem i nie słyszałam żadnego brzydkiego słowa, nikt się nie rozbierał do naga, a było tak przyjemnie”. To pokazuje, że jest widownia, która preferuje ten rodzaj teatru. Zwietrzyła to Krystyna Janda. Teatr, choć nie zawsze mu się chce, musi poszukiwać adresata. Nieważne czy to będzie rozhukana młodzież, która poszukuje jakiegoś motta, czy ludzie w średnim wieku.


Czy ten zawód, poza tym, że wiele Panu dał, coś też zabrał?
Dał, ale jednocześnie popodcinał różnego rodzaju korzenie, związki rodzinne i wiele skomplikował. Coś za coś. Jak to się mówi: za wszystko trzeba płacić, a w tym przypadku ta zapłata dotyka boleśnie.


Czy jest Pan idealistą?
Tak, ale jakoś bym ten idealizm skrzyżował. Chyba z powiedzeniem, którego swego czasu używałem. Chodzi mi o umiejętność dostosowania się do otaczającej nas rzeczywistości. Podobno to świadczy o inteligencji. Jeżeli te dwie sprawy pożenimy, to wtedy możemy mówić o ideałach, ale pamiętajmy, że to rogate dusze.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 24-01-2015 00:20

    Brak ocen 0 0

    - historia wspólczesna : Pamiętam pana z 1-Majowych pochodów .Stał Pan na trybunie honorowej obok pierwszego z KC

    Odpowiedz