Jak nie ugotować się na scenie

Dorota Witt 2 maja 2014, aktualizowano: 07-05-2014 18:01

Rozmowa z ARTUREM BARCISIEM, aktorem i reżyserem, o całkiem poważnym podejściu do niepoważnych ról, aktorskich sypkach i kompleksach z dzieciństwa.

Artur Barciś odwiedził w tym tygodniu Bydgoszcz, gdzie spotkał się m.in. z dziećmi z zespołem Downa, podopiecznymi Stowarzyszenia „Na Przekór”

Fot.: Dariusz Bloch


Proszę opowiedzieć tę zabawną historię, jak został Pan aktorem?
Sam już nie wiem, czy ta historia jest zabawna, czy ja ją tylko zabawnie opowiadam… Zawsze byłem bardzo mały. Dręczyli mnie z tego powodu w szkole. Na dodatek byłem przekonany, że jestem najbrzydszy na świecie. Ale gdy wchodziłem na scenę, czułem się pewnie, jakby większy, nikt nie mógł mi nic zrobić, a do tego wszyscy bili mi brawo. Szybko odkryłem, że aplauz to wielka przyjemność. Bycie na scenie dawało mi poczucie bezpieczeństwa i satysfakcję, a że to miejsce pracy aktora, postanowiłem zostać aktorem. Miałem siedem lat.

I to cała historia?
Skąd. Po maturze (a nadal byłem najniższy!) trzeba było zdać do szkoły aktorskiej. Wtedy działały w Polsce trzy: w Krakowie, Łodzi i Warszawie. Do łódzkiej filmówki przyjmowali „nienormalnych”, to znaczy nietypowych. Po trzech etapach egzaminu i badaniu lekarskim (pani doktor na mój widok powiedziała „O Boże”, ale zważyła mnie i zmierzyła, stąd wiem, że wtedy przy tych moich 162 centymetrach ważyłem 48 kilogramów) dostałem się, jako drugi na liście. Po szkole nie chcieli mnie w żadnym łódzkim teatrze, więc pojechałem do Warszawy. Zechcieli w Teatrze na Targówku, dzisiejszej Rampie.

A teraz ma Pan tylu fanów, że na niektóre listy od nich pewnie nie nadąża Pan odpisywać. Znalazłam taki: „Dzień dobry, nazywam się Marcin Z., mam 19 lat. Bardzo chciałbym kupić sobie samochód, jednak nie mam na to pieniędzy. Bardzo proszę o pomoc. Przyda się każdy grosz…” - i tu numer konta bankowego. Odpowiedział Pan?
Nie, nie odpowiedziałem, bo nie mam czasu na odpowiadanie na wszystkie listy. Dostaję bardzo dużo listów z prośbą o pieniądze. Był też na przykład list od nastolatki, która chciała, żebym jej kupił kosmetyki, koniecznie Garniera. Na te wiadomości nie odpisuję, po pierwsze dlatego, że Artur Barciś to nie jest organizacja charytatywna, po drugie dlatego, że to mogą być przecież próby oszustwa. Często też dostaję prośby, żebym pomógł komuś w chorobie. Na te nie wiem, co odpowiadać.

W jednym z biogramów pisanych przez fanów przeczytałam, że Artur Barciś „grywa postaci dziwaków albo osób w jakiś sposób pokrzywdzonych przez los”. Dlaczego taki repertuar?
To się już zmieniło po roli Norka w serialu „Miodowe lata”, choć i on był w jakimś sensie krzywdzony przez los - i to notorycznie. A i mnie za jego sprawą się oberwało. Kiedy „Ranczo”, w którym gram Czerepacha, stało się już popularne, a „Miodowe lata” telewizja jeszcze powtarzała, podszedł do mnie widz, chyba lekko podchmielony, i wybełkotał: „Norek, ale z ciebie się szuja zrobiła”. I role komediowe, i poważne traktuję bardzo serio. Zresztą wyznaję zasadę Woody’ego Allena, że komedie to tragedie, które zdarzyły się komuś innemu. Nie lubię się wygłupiać.

Podczas wypełnionej spotkaniami, warsztatami i występami wizyty w Bydgoszczy znalazł Pan chwilę, by nagrać teledysk na płytę, przygotowywaną przez rodziców dzieci z zespołem Downa…
Nie chcę o tym mówić, bo uważam, że taka działalność powinna pozostać w cieniu. A pomagam, gdy mogę i gdy - tak jak w Bydgoszczy - znajdę okienko między innymi spotkaniami.

Osoba zajmująca się terapią niepełnosprawnych umysłowo chwaliła Pana w liście za autentycznie wykreowaną postać Janka, niedorozwiniętego umysłowo 40-latka w serialu „Doręczyciel”. Włożył Pan w pracę nad tą rolą dużo energii, dlaczego?
Bo takie role dostaje się bardzo rzadko. Mnie się trafiła i to było wyzwanie. Zwykle gramy charaktery, ale nasze ciało pozostaje takie, jakie mamy na co dzień. Kreując postać Janka musiałem pracować, wszystko zmienić, bo on zachowywał się zupełnie inaczej niż ludzie zdrowi - nie tylko inaczej myślał i mówił, ale inaczej chodził, inaczej gestykulował. To była wyjątkowa rola, ciągle o niej myślę. Jako profesjonalista umiem po pracy zostawić rolę w teatrze czy na planie, ale wtedy Janek był ze mną właściwie przez cały czas. Kręciliśmy zdjęcia bardzo dynamicznie, trwało to trzy miesiące. O godz. 22 schodziliśmy z planu, żeby o 6 rano na niego wrócić.

Mawia Pan, że wszyscy jesteśmy aktorami, ale niektórzy biorą za to pieniądze. To znaczy, że aktorzy są prawdziwsi od nieaktorów?
To znaczy tylko tyle, że każdy z nas gra siebie. Aktorstwo jest powszechne, bo ludzie mają naturalną potrzebę przedstawiania się takimi, jakimi chcą być widziani. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Zdejmujemy maskę dopiero, gdy zostajemy sami i nikt nas nie widzi.

Czy robi Pan kolegom żarty podczas pracy?
Nie nadaję się do tego. Pierwszy bym się ugotował, czyli zaczął prywatnie śmiać się na scenie. Zresztą ja cenię sobie to, że bardzo angażuję się w pracę, wychodzę na scenę poważny, skupiony, niezależnie od tego czy to farsa, czy tragedia. Ale są aktorzy, którzy lubią robić dowcipy innym. Pamiętam spektakl, w którym bohater urządzał pogrzeb matce. W smutnym monologu prosił, by choć na chwilę otworzyć wieko trumny, bo chce powiedzieć mamie to, czego nie zdążył, kiedy żyła. Publiczność nie widziała wnętrza trumny, więc powinno być puste. Nieraz koledzy wkładali tam przedmioty, na widok których aktor się gotował i nie był w stanie wydeklamować żadnego słowa, nie mówiąc już o ostatnim pożegnaniu ukochanej matki.

A co, kiedy na scenie zdarza się pomyłka?
Trzeba zrobić wszystko, by publiczność się nie zorientowała, ale to bywa trudne. Takie sceniczne wpadki to sypki. Najczęstsze są te pamięciowe, gdy aktor zapomniał kwestii, kolega nieżyczliwy nie podpowie, a sufler sam zgubił się w tekście. Bardziej spektakularne są sypki literowe, czyli sytuacje, kiedy aktor się przejęzyczy. Jest nawet teatralny zestaw niebezpiecznych słów, czyli takich, w których wystarczy zmienić jedną literę, by stała się katastrofa. Szczególnie złośliwe słowo to „tenis”… Może być jeszcze gorzej, kiedy aktor zamieni słowa w zdaniu i na przykład „przyjemność” wskoczy na miejsce „pracy” i odwrotnie. Zwłaszcza, że koledzy bywają pamiętliwi i zdarza się, że w kolejnych spektaklach z uśmiechem wyczekują momentu, w którym aktor kiedyś się pomylił. Stres jest więc podwójny. W teatrze stosunkowo łatwo o takie sytuacje, w filmie też, ale tam można zawsze coś wyciąć, zrobić dubel i widz niczego nie dostrzeże.

Czy zdarza się, że tych sypek nie udaje się ukryć przed publicznością?
Wszyscy staramy się je skrzętnie ukrywać - gotujący się aktorzy odwracają się plecami do publiczności lub wychodzą za kulisy. Koledze, który zapominał tekstu, podpowiadamy (suflerów jest coraz mniej, a nawet gdy są, to nie zawsze akurat w krytycznym momencie śledzą tekst), a kiedy w jakiejś naprawdę ekstremalnej sytuacji aktor nie pojawi się w odpowiednim momencie na scenie, doświadczony kolega po fachu albo obróci to w żart, albo inaczej zaimprowizuje. Uczą nas tego na studiach.

Czy aktorzy wykorzystują scenę do odgrywania się na sobie?
Słyszałem o takiej sytuacji. Wielka artystka, śpiewaczka, dała w kość współpracownikom: i artystom, i technicznym. Grając Halkę w operze Moniuszki miała zeskoczyć z dekoracji i wylądować na materacu poza wzrokiem publiczności. Kiedy w miejscu materaca pojawiła się trampolina, zasłuchana publiczność mogła oglądać pupę artystki, którą odsłoniła podniesiona do góry suknia.

Widzowie piszą w Internecie, że są rozczarowani przyjęciem przez Pana roli Kolędy w serialu „M jak miłość”...
Jedni są rozczarowani, a inni zachwyceni. Przyjąłem tę rolę, bo to pierwsza od lat rola niekomediowa. Kocham komedię, ale czasem mam potrzebę wejścia w inny klimat.

Można Pana oglądać też w „Ranczu” i, oczywiście, w teatrze. Niektórym to nie wystarcza, jak autorce listu, która pisze do Pana, że telenowel nie lubi, a do Warszawy ma za daleko. Pyta, co zrobić, by jednak Pana zobaczyć. Co robić?
Ranczo to nie jest telenowela, a bardzo dobry serial, który uwielbiam. Cieszę się, że będzie kontynuacja, bo miał się zakończyć na 8 serii. Dla tej pani mam zaproszenie na spektakle, z którymi występuję w całej Polsce np. „Old love”, czy „Dziwna para”. Tym, którzy chcą mnie oglądać, nie powinno zabraknąć do tego okazji.

Teczka osobowa


Znany i lubiany


- Artur Barciś urodził się w 1956 r. we wsi Kokawa pod Częstochową. Na teatralnych deskach, małym i dużym ekranie, jako reżyser
i aktor dubbingujący znany jest od 39 lat.
- Jedną z pierwszych ról zagrał w serialu „07 zgłoś się”. Najmłodsi widzowie znają głos aktora z dubbingowanych przez niego ról - ostatnio w filmie „Auta 2”.
- Beata, żona aktora, jest montażystką filmową.