W każdej paczce leży pieniądz

Piotr Schutta 25 kwietnia 2014

Zwykły śmiertelnik nie dałby rady obskoczyć 80 stopów dziennie. Stop to adres, pod którym kryje się nierzadko humorzasty klient. Ten klient to jednak ogromne pieniądze. Wartość rynku usług kurierskich w Polsce wycenia się w tym roku na 4,5 mld zł.

Fot.: Thinkstock

Każdy dzień rozpoczyna się tak samo i kończy podobnie. Około siódmej rano kurier podjeżdża do magazynu i ładuje na samochód przesyłki, które będzie musiał rozwieźć danego dnia po swoim rejonie. Dziesięć lub dwanaście godzin później zjeżdża na bazę i rozlicza się z paczek, które doręczył, oraz tych, które odebrał. Jeśli dobrze się postara, zarobi miesięcznie około trzech tysięcy złotych miesięcznie na rękę. Proste, łatwe i przyjemne.

Tak się tylko wydaje...

Orka na swoim


- Tak myśli każdy, kto nie ma pojęcia o tym zawodzie. Przychodzą młodzi i sądzą, że kurier to jest taki facet, który jeździ sobie samochodem po mieście, roznosi paczki i nic go więcej ni obchodzi. To proszę, można spróbować. Zobaczymy, ilu wytrzyma taką orkę - mówi Tadeusz, w zawodzie kuriera od 14 lat. Zaczynał jako 23-letni chłopak w jednej z dużych ogólnopolskich firm kurierskich. Dziś jest rutyniarzem z własną jednoosobową firmą i własnymi zmartwieniami.


- Na czysto wychodzi około 3200 złotych miesięcznie. Ale niech się coś przytrafi, na przykład awaria samochodu, to leżę i liczę straty. Jakiś czas temu musiałem zapłacić za naprawę auta ponad tysiąc złotych. Łatwo obliczyć, ile mi zostało. Gdy wstawiam samochód do warsztatu, to nie zarabiam, bo nie mam czym jeździć, chyba że pożyczę pojazd. Ale to też nie za darmo - opowiada mężczyzna.

Samochód ma własny (nie starszy niż 5 lat, taki jest wymóg firmy). Spółka spedycyjna, dla której świadczy usługi, płaci mu jedynie co miesiąc za reklamy, którymi auto jest oklejone. Na pace muszą się mieścić co najmniej 4 palety. Marka pojazdu nie jest istotna.
- Żadna firma, nawet z tych największych, nie daje w Polsce kurierom samochodów służbowych. Auto trzeba mieć własne - mówi Paweł. W „kurierce” od 12 lat. Kilka lat temu przeżywał kryzys i zlikwidował własną działalność. - Miałem dosyć. Chciałem to wszystko rzucić - przyznaje. Dziś jeździ dla jednego z podwykonawców. To coraz powszechniejsza praktyka w dużych firmach kurierskich. Kurierzy, którzy zaczynali kilkanaście lat temu od jednego samochodu, dziś mają po kilka aut i zatrudniają innych kierowców. Sami już nie jeżdżą.

- Nie wiem, czym się zajmują. Tego nikt nie powie. Może siedzą w domu, a może prowadzą inne biznesy - mówi Tadeusz.

Oficjalnie nikt nie prowadzi rankingów szybkości i liczby doręczanych przesyłek, ale w środowisku kujawsko-pomorskich kurierów wieść niesie, że do Tadeusza należy rekord. W ubiegłym roku w okresie świątecznym doręczył i odebrał w jeden dzień blisko 130 przesyłek.

- Na każdy adres jest maksimum pięć minut. Ani minuty dłużej. Wchodzisz i wychodzisz. Nie zastanawiasz się, gdzie zaparkować samochód. Nie ma takiej opcji, żebym szukał wolnego miejsca do zaparkowania albo zatrzymywał się sto metrów dalej i leciał z paczką. Podjeżdżam jak najbliżej i włączam światła awaryjne. Może być na jezdni, może być na chodniku - opowiada kurier.

Klient - nasz marudny pan


Grudzień to dla kurierów najbardziej morderczy okres. - Przed świętami trzeba zapomnieć o 10-godzinnym dniu pracy. Pracuje się po 12 godzin dzień w dzień. Z każdą przesyłką trzeba zdążyć. Jeżeli zostanie na następny dzień, to człowiek zakopie się w zleceniach - opowiadają kurierzy. Ich największą zmorą, jak zgodnie przyznają, wcale nie są korki w mieście, brak miejsc postojowych czy awarie samochodu.

- Największy problem to ludzie. Klienci. Są tacy, którzy z samego rana potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi. Siódma dwadzieścia, dzwonię do babki, żeby się umówić na przekazanie przesyłki. Wielce zdziwiona, że tak wcześnie. Przepraszam, ale właśnie rozpocząłem dzień pracy i mam mnóstwo paczek do dostarczenia. Ona nie rozumie. Zaczyna z grubej rury: „Proszę pana, do godziny 8.30 jestem u siebie, potem jadę pod ten adres i będę tam do 12.00, a później będę tam i tam aż do 15.00”. Mówię, że to nie mój rejon i że przekażę przesyłkę koledze, tylko muszę go zapytać. Jej to już nie obchodzi, bo zapłaciła i ma być dostarczone - opowiada Paweł.

- Zawsze staram się dzwonić do klienta i umawiać na odbiór. Mam firmową komórkę i nawet nie wydzwaniam całego abonamentu. A jeśli kogoś nie zastanę, zostawiam w drzwiach awizo. Ale klient potrafi zadzwonić do bazy i skłamać, że zawiadomienia nie było. Dlatego od jakiegoś czasu, gdy zostawiam kwit, to zawsze robię zdjęcie i przy najbliższej okazji pokazuję klientowi. Większość nabiera wody w usta. Słowa „przepraszam” nikt nie powie - mówi Tadeusz.
Kurierzy mówią, że do tej pracy trzeba się urodzić. Zwykły człowiek nie obskoczy około stu adresów dziennie (to średnia w normalnym dniu roboczym) i nie poradzi sobie ze stresem, który jest bliskim przyjacielem kuriera.

- Kiedy zaczynałem pracę kilkanaście lat temu jeździło się osobówkami i człowiek miał do rozwiezienia i odbioru maksymalnie 40 przesyłek dziennie. Nie było też ścisłego przypisania do rejonów. Na początku jeździło się po całym mieście, bo nie było aż tylu zleceń. Dzisiaj każdy jest przypisany do swojego rejonu. Inaczej człowiek nie dałby rady - wspomina Paweł.

Pierwsza rzecz to fachowy załadunek. Paczki układa się w samochodzie zgodnie z kolejnością dostarczania. Tę kolejność każdy kurier ustala sobie samodzielnie, bazując na swoim doświadczeniu, znajomości topografii miasta i harmonogramie. Niektóre przesyłki trzeba doręczyć do określonej godziny. Jedne do dziewiątej lub ósmej, inne do dwunastej i tak dalej.

Oprócz dostarczania paczek i listów, każdy kurier ma zlecone odbiory, które również musi zaplanować na swojej trasie przejazdu.
- Wozi się wszystko. Elektronikę małą i dużą, części samochodowe, farby, meble, zabawki, książki, lekarstwa, ważne dokumenty, rowery, lampy. Zdarzają się nawet urny z prochami i rybki w akwarium, choć żywych zwierząt oficjalnie nie powinniśmy przewozić. Nie przyjmujemy też łatwopalnej chemii - opowiadają kurierzy.

- Każdego dnia ładuję paczki według ustalonego schematu i zaczynam trasę od tego samego punktu. Po tylu latach w jednym rejonie znam na pamięć każdy adres. Wiem, która to będzie brama, a nawet które piętro i jakie drzwi - mówi Paweł. Jego rejon, ścisłe centrum miasta, nie należy do najgorszych.

Codziennie dostarcza i odbiera w sumie około 150 przesyłek, ale większość z nich związana jest z działalnością firm, w których do godzin popołudniowych zawsze ktoś jest. Gorzej z adresami prywatnymi. Bydgoski Fordon czy toruńskie Rubinkowo to rejony, o jakich nie marzy żaden kurier. Większość zleceń w takich dzielnicach dotyczy adresów prywatnych odbiorców i nadawców, z którymi nie zawsze da się bezproblemowo umówić.

Kryzys ich nie dotknął


- Gdy mi klient podpadnie, to odbiera sobie paczkę w magazynie. Po mnie to wszystko spływa jak deszcz, ale nie każdy jest tak odporny. Często się nas wyzywa od najgorszych. Ludzie potrafią wszystko skrytykować, nawet nasz wygląd
- mówi Tadeusz.

Jak szacują eksperci, rynek usług kurierskich w Polsce wart będzie w tym roku ok. 4,5 miliarda złotych. Trzy lata temu jego wartość wyniosła o połowę mniej. Rozwój tej branży dla znawców nie jest żadnym zaskoczeniem. Jego siłą napędową jest e-commerce, czyli wszystko to, co można kupić i zamówić przez Internet.

- Byliśmy jedną z niewielu branż, której nie dotknął kryzys. Przeciwnie, firmy kurierskie zanotowały wzrost obrotów, ponieważ w obliczu kryzysu spora część handlu przeniosła się do Internetu - mówi 28-letni Michał Kudła z Lublina. Trzy lata temu jako świeżo upieczony absolwent prawa razem z kolegą założył swój pierwszy biznes, który okazał się strzałem w dziesiątkę.

Za jedyne 5 tysięcy złotych stworzyli internetowy serwis usług kurierskich o nazwie epaczuszka.net. Nie mają samochodów ani magazynów, nie potrzebują kurierów. Ich spółka to typowy broker kurierski, zajmujący się pośrednictwem pomiędzy klientami a dużymi firmami spedycyjnymi. Na początku byli typowym serwisem przeznaczonym dla indywidualnego klienta, szukającego jak najtańszej możliwości nadania przesyłki. Dzisiaj 70 proc. ich obrotu dotyczy umów z dużymi klientami korporacyjnymi.

Jak obliczył portal branżowy kuriero.pl, w Polsce działa już około 100 firm świadczących usługi brokerskie.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-05-2014 18:32

    Oceniono 3 razy 3 0

    - db: co za sciema. zaczynam prace o 6:00 z terminala wyruszam 8-9 powrot 18-19 za 2000zl

    Odpowiedz

  2. 01-05-2014 15:27

    Oceniono 2 razy 1 1

    - DHLek w DE: 80 stopów to nic, rozwieź 200 paczek w ok.9 godzin pod ok. 180 adresów.

    Odpowiedz

  3. 25-04-2014 14:27

    Oceniono 1 raz 1 0

    - real: Robota ciężka. Mróz , deszcz ,śnieg - nikogo to nie interesuje każdy chce przesyłkę na dziś a najlepiej na wczoraj. U mnie na Koniuchach w jednej z takich firm ma rejon młoda laska - nie mogłem się nadziwić jak targała do mnie na drugie piętro zamówione prze zemnie z Alledrogo opony. Nie zdążyłem zejść na dół a ona już był pod moimi drzwiami.

    Odpowiedz

  4. 25-04-2014 12:32

    Oceniono 3 razy 2 1

    - adasd: Proste,latwe i przyjemne...akurat...ciezka tyrka od rana do nocy za coraz mniejsza kase...ale wymagania za to coraz wieksze...

    Odpowiedz