Kobiety Majdanu na tyłach rewolucji

Dorota Witt 20 kwietnia 2014

O Ukrainkach, które jechały na Majdan, bo uważały, że mają obowiązek stanąć u boku swoich demonstrujących mężczyzn i o tym, że snajperzy precyzyjnie trafiali w szyję, mówią BEATA TADLA i MARIA STEPAN, dziennikarki telewizyjne.

Fot.: Jacek Smarz


Czy kobiety na Majdanie to były matki i żony demonstrantów, które ich wspierały, karmiły i opatrywały rany, czy też raczej zaangażowane manifestantki?
Maria Stepan: Młode dziewczyny, szesnasto-, osiemnastoletnie nie chciały być inaczej traktowane niż pozostali uczestnicy demonstarcji. One tam były, bo taką czuły wewnętrzną potrzebę. W styczniu, kiedy zaczęły się przepychanki z Berkutem, coraz bardziej okrutnym, dojrzałe kobiety, które miały już swoje rodziny, przyjeżdżały, by pomóc swoim mężczyznom. One zabezpieczały tyły: donosiły chłopakom jedzenie, napoje, dbały o to, by mieli jakieś znośne warunki do spania. Były i typowe rewolucjonistki. Pod koniec demonstracji utworzono nawet sotnię kobiecą, gdzie ćwiczono moment odpychania szturmu Berkutu. Mnie najbardziej ujęły te kobiety, które, gdy zobaczyły, co dzieje się w ich mieście, w ich stolicy, wsiadały do autobusów, pociągów i przyjeżdżały na Majdan. Uważały, że tu jest ich miejsce, że skoro tu są ich mężczyźni, to one też powinny tu być.
Beata Tadla: Moją uwagę przykuły kobiety, które przenosiły wyłupywane kostki brukowe do budowania barykad. Tworzono w tym celu żywe łańcuchy, a w nich stawały kobiety, które albo miały na ramionach torebki, albo przed chwilą gdzieś odłożyły zakupy, by móc pomóc. Niektóre wyglądały jakby właśnie wracały z pracy.
M.S.: Kiedy przyjechaliśmy tam w grudniu, gdy na Majdanie płonęły opony, sygnałem do boju demonstrantów było uderzanie w różne rzeczy: kosze na śmieci, latarnie, spalony autobus. Widziałam tam kobiety na obcasach, z torebkami przewieszonymi przez ramię, które waliły wielkimi kijami w ten autobus. Miałam wrażenie, że one gdzieś tam przypadkiem przechodziły i nagle poczuły, że muszą być właśnie w tym miejscu.
B.T.: Było też grono kobiet robiących kanapki, roznoszących ciepłe napoje; dla nas również, gdy nasz hotel zamienił się w szpital polowy. W czasie specjalnego wydania „Wiadomości”, kiedy widzowie oglądali materiał, a po nim miało być moje wejście, podeszła do mnie kobieta z tacą pomarańczy, mówiąc: „Proszę, zjedz, potrzebujesz witamin”.
M.S.: Tak, były bardzo opiekuńcze. Następnego dnia po rzezi na Majdanie robiliśmy tam zdjęcia. Nie było co jeść. Kobiety, które przyjechały ze wsi, z różnych miejscowości, przywiozły sało, tradycyjną ukraińską potrawę mięsną, kiszone ogórki i czosnek, który obłupywały spracowanymi rękoma. Częstowały tym chętnie także nas. Jedna z nich wsunęła mi coś do kieszeni, mówiąc: „Bierz, bierz, bo ty potrzebujesz witamin”. To były suszone jabłka.

Czy Berkut był dla demonstrujących kobiet tak okrutny jak dla mężczyzn?
M.S.: Tak!Tak...

A czy w jego szeregach były milicjantki?
M.S.: Wszyscy mieli kominiarki, ale rozmawiałam z samymi mężczyznami.

Czy manifestanci widzieli dla siebie jakąś szansę w obecności zachodnich dziennikarzy?
M.S.: Ludzie chcieli od nas jednego - powtarzali, szarpiąc nas za kamizelki: „Mówcie prawdę!”. Od pomocy humanitarnej mieli tam swoich ludzi, więc nie mieliśmy dylematu: robić zdjęcia czy opatrywać rannych.
B.T.: Ten szpital polowy, w który zamienił się nasz hotel, bardzo sprawnie działał, tam musiał być jakiś człowiek od logistyki…
M.S.: Zajmowała się tym Olga Bohomolec, ta, która teraz startuje w wyborach prezydenckich, jedna z głównych twórczyń medycznego Majdanu. Lekarka. Bardzo mądra kobieta. Rozmawiałam z nią już po wszystkim. Zapytałam, czy nie ma do siebie pretensji, że nikogo nie uratowała. Ona na to: „Gdybym nawet miała najlepiej wyposażony OIOM, nie uratowałabym żadnego z nich. To były śmiertelne strzały: w tył głowy, w serce, w szyję”.

Czy jeśli kobiety wystartują w wyborach, może się coś zmienić w ukraińskiej polityce?
M.S.: Problemem są już same wybory. Ukraińcy zapowiadają wybory prezydenckie, a nie mówią o parlamentarnych. Bez tych drugich będzie trudno zbudować silny, zwarty rząd. A o wybory parlamentarne aż się prosi. Partia Regionów, największa, tak naprawdę się rozpadła. Tworzyli ją ludzie, którzy nie mają żadnych kręgosłupów politycznych. Byli w partii, bo partia była u władzy. Po pomarańczowej rewolucji wybrano prezydenta, a nie ludzi do parlamentu. Prorosyjski obóz Janukowycza wykorzystał kłótnie i tak to się skończyło. Już po rzezi na Majdanie demonstranci żądali wyborów parlamentarnych. Przywódcy, politycy są to winni tym, którzy stali na barykadach. Na 25 maja zaplanowane są wybory prezydenckie. Elity boją się, że na wschodzie do głosowania może nie dojść.

W tak ekstremalnych warunkach pracy jak na Majdanie czasem chyba trudno o zachowanie pełnego profesjonalizmu?
M.S.: Niezależnie od tego, jak dużo biegam po ulicach, zbierając materiał, nigdy nie widziałam śmierci na własne oczy. Kiedy się pracuje, wydziela się adrenalina, trzeba zdać relację, nie ma czasu na analizowanie sytuacji. Któregoś dnia to córka mi uświadomiła: - Wiesz mamo, ty na antenie TVP Info powiedziałaś „O Jezu!”. Myślę sobie: „Naprawdę? To skrajnie nieprofesjonalne!”. Tak, przypadkowo mi się wymsknęło. Poproszono mnie o relację, kiedy patrzyłam na mężczyznę, którego koledzy wyciągają zza tarczy, ciągną i pod spodem jest… „O Jezu, krew!”. Przy nas konali ludzie, ale te zdjęcia nie ukazały się na antenie, bo były zbyt drastyczne. Potem pobiegliśmy do tych, którzy kryli się za barykadami i budowali kolejne. Operator pyta: „Maryś, staniesz tam?”. A to miejsce było pod obstrzałem snajperów. Jednego widziałam kątem oka, nadając materiał. Drugi był na hotelu „Ukraina”, trzeci na budynku banku. Stanęłam. Później usłyszałam, że śmiesznie wyglądałam w hełmie i kamizelce.
B.T.: Wieczory były jeszcze wtedy całkowicie ciemne, do tego nie było latarni, bo wytłukli je demonstranci (po ciemku snajperowi trudniej), a dziennikarz, by wejść na antenę, musi stanąć w słupie światła. W ciemności to cel idealny. W czarny czwartek prowadziłam dwa specjalne wydania „Wiadomości” ze schodów hotelu. Dalej nie wolno nam było się ruszać. I nie wolno było wychodzić bez kamizelki i hełmu. Operator wozu, Ukrainiec, zastrzegł, że nie ruszy, dopóki ich nie założymy. Zarzuty, że robimy to dla sensacji, są głupie. Choćby dlatego, że jesteśmy kobietami, a która kobieta chciałaby wyglądać głupio na antenie?
M.S.: Snajperzy strzelali w szyję, tam, gdzie skończył się hełm, a nie zaczęła się kamizelka. Trafiali. Mogliśmy ryzykować, ale po co?

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 24-04-2014 18:44

    Brak ocen 0 0

    - Joanna: co za dbilny lead: kobiety na Majdanie były by "stać u boku swoich mężczyzn"??? pogięło kogoś

    Odpowiedz

  2. 20-04-2014 20:52

    Oceniono 4 razy 2 2

    - Tylko_polski_interes!: Banda banderowców obaliła wybranego w powszechnych wyborach prezydenta. Ukrainiec to fałszywiec tak jak i Litwin. Nasi politykierzy spali na lekcjach historii. Wołyń pamiętamy!

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 20-04-2014 14:24

      Oceniono 2 razy 2 0

      - ewa: Tej propagandy to już wystarczy

      Odpowiedz