Wyborcze racje i emocje [WYWIAD]

Przmysław Łuczak 18 kwietnia 2014

„Spodziewałbym się frekwencji zbliżonej do średniej z ostatnich wyborów, czyli pomiędzy 20 a 24 proc. Z drugiej strony, wyrównana walka między liderami, z jaką mamy w tym roku do czynienia, może zachęcać do udziału w głosowaniu. Tego nie było pięć lat temu w poprzednich wyborach do Parlamentu Europejskiego”.

Jarosław Flis: - Kolejność na dwóch pierwszych miejscach pozostaje sprawą otwartą - na dziś sondaże wskazują na remis, którego przecież nie będzie

Fot.: Archiwum

Rozmowa z dr. JAROSŁAWEM FLISEM, socjologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.




Czy możemy już dzisiaj z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, kto wygra wybory do Parlamentu Europejskiego?
Co do części kandydujących osób możemy być w zasadzie pewni, że zostaną europosłami. Dotyczy to co najmniej połowy spośród 51 mandatów, które mamy do obsadzenia.

Są to doświadczeni kandydaci, umieszczeni na pierwszych miejscach list PiS i PO w dużych okręgach. Natomiast co do reszty, prognozy są mniej pewne i takie pozostaną aż do ostatniego dnia, kiedy poznamy wyniki głosowania. W tym wyścigu po mandaty uczestniczy grupa kandydatów PO i PiS, maksimum 6 osób, których los będzie zależny od ostatecznego wyniku wyborów, chociaż, z punktu widzenia tych partii, 3 mandaty w jedną lub drugą stronę nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Trzeba jednak pamiętać o specyfice europejskich wyborów. Tutaj wprawdzie nie ustala się, kto będzie rządził, ani kto zostanie premierem, ale dla partii ważna jest symboliczna wymowa zwycięstwa.


Lwią część całej puli zgarną dwie partie, ale która wygra?
O zwycięstwo walczą oczywiście tylko dwie partie - PiS i PO. Gdyby wynik wyborów był taki, jaki wskazują dzisiejsze sondaże, PiS i PO rozdzielą między siebie zdecydowaną większość mandatów, natomiast dla SLD i PSL pozostanie około 10. Kolejność na dwóch pierwszych miejscach pozostaje sprawą otwartą - na dziś sondaże wskazują na remis, którego przecież nie będzie.


Co się dzieje za plecami dwóch liderów?
Drugą ligę stanowią małe, ale stabilne partie parlamentarne, czyli SLD i PSL. Obydwa ugrupowania nie muszą obawiać się o swój wynik, chociaż ludowcy balansują na granicy 5-procentowego progu wyborczego. W wyborach jednak zwykle dostają więcej głosów niż wskazują sondaże. W przypadku tych dwóch partii zmiana wyniku o 3 proc. w górę lub w dół może mieć większe znaczenie. Kilku kandydatów SLD i PSL może być pewnych zdobycia mandatów.


Czy jeszcze jakieś inne ugrupowanie może wprowadzić swoich ludzi do PE?
Są cztery ugrupowania, które aspirują do PE i są warte uwagi. Mają bądź europosłów z rozłamów partyjnych w trakcie kadencji, bądź w sondażach raz przekraczają próg wyborczy, a innym razem nie. To Europa Plus, Nowa Prawica, Polska Razem i Solidarna Polska. Dla nich sukcesem będzie zdobycie 3 mandatów. Przypadną one najpewniej największym okręgom, a więc w Krakowie, Warszawie i na Śląsku. Mogą też nie dostać ani jednego mandatu. Dla tych ugrupowań jest to walka o przeżycie, a w przypadku Nowej Prawicy Korwin-Mikkego pierwsza od 23 lat nadzieja, że może wreszcie tych 5 proc. się uzbiera.


Czy w tym roku Polacy chętniej niż pięć lat temu pójdą głosować w wyborach do PE?
Trudno się tego spodziewać, wiele zależeć będzie od sytuacji na arenie międzynarodowej, zwłaszcza na Ukrainie. Spodziewałbym się jednak frekwencji zbliżonej do średniej z ostatnich wyborów, czyli pomiędzy 20 a 24 proc. Z drugiej strony, wyrównana walka między liderami, z jaką mamy w tym roku do czynienia, może zachęcać do udziału w głosowaniu.

Tego nie było pięć lat temu w poprzednich wyborach do PE. W Polsce dobrym wskaźnikiem frekwencji jest wynik drugiego ugrupowania. Jeśli jest silne, sprzyja to mobilizacji nie tylko jego zwolenników, lecz również lidera. To wyraźnie widać w wyborach samorządowych i parlamentarnych.


Jak tę niską frekwencję w wyborach europejskich pogodzić z tym, że ponad połowa Polaków darzy zaufaniem PE? Sejmowi ufa trzy razy mniej, a mimo to w wyborach parlamentarnych głosuje znacznie więcej osób...
Dzieje się tak, ponieważ w wyborach parlamentarnych podejmowane są ważne sprawy, coś się rozstrzyga. Natomiast w wyborach europejskich nasz udział jest tylko jednym z wielu. Nie od dziś wiadomo, że Polacy są krytycznie nastawieni do swojego państwa, ale to nie znaczy, że nie są nim zainteresowani. Kiedy mają poczucie swojego wpływu na ważne sprawy, to idą głosować.

Tak było np. w 2007 roku, kiedy frekwencja była wyższa niż zwykle. Polski wyborca jest racjonalny, dzięki czemu frekwencja zawsze jest wynikiem subiektywnej oceny wagi danego wydarzenia przemnożonej przez poczucie, że ma się na coś wpływ. I dlatego w wyborach samorządowych mieszkańcy dużych miast przeważnie uczestniczą mniej licznie niż w wyborach sejmowych, bo postrzegają te drugie jako ważniejsze.

Natomiast wyborcy z małych miejscowości i wsi chętniej chodzą na wybory samorządowe, bo tam czują, że mają wpływ na wynik. Nawet jeśli sprawy europejskie postrzegane są jako ważne, to jeszcze pojawia się pytanie, jaki jest nasz wpływ na to, kto będzie przewodniczącym Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego.

On zaś jest niewielki. Jakoś nikt nie słyszał, by ten czy ów przewodniczący choć raz był w Polsce gdzie indziej niż w warszawskich salonach. No, może poza komisarzem Januszem Lewandowskim, który przyjeżdża do swojego domu w Gdańsku. A gdy przychodzą wybory parlamentarne, to kandydaci na premiera starają się być może nie w każdym powiecie, ale w możliwie wielu. To jest różnica, którą biorą pod uwagę wyborcy.


Dlaczego politycy wolą mówić o zagrożeniu wojennym czy katastrofie smoleńskiej niż o tym, że znaczenie PE rośnie, że większość polskiego ustawodawstwa jest kopią prawa stanowionego w Brukseli? I że właśnie dlatego powinniśmy więcej uwagi poświęcić temu, kto nas będzie tam reprezentował?
Racjonalnie tak powinno być, ale do głosowania potrzebne są emocje. W samochodzie potrzebne jest paliwo i powietrze. W wyborach paliwem są racje, zaś powietrzem - emocje. Na samym paliwie nie pojedziemy, nawet jeśli miałyby nim być argumenty dotyczące wagi tego, o czym decyduje się w PE. Jak nie pojawi się to powietrze w postaci emocji, to ten silnik nie zapali, nie zaangażuje ludzi.

Powiedzą, tak, to rzeczywiście jest ważne, ale przecież mój wyjazd na majową wycieczkę jest ważniejszy, a kiedy sąsiad zaprosi na grilla, to trzeba jechać po kiełbasę. Gdyby jednak te wybory jakoś znacząco miały wpłynąć na tego grilla, to wtedy mogliby liczniej głosować. Ale jeśli wszystko jest w porządku i nie czujemy, że jakaś sprawa wymaga pilnego rozstrzygnięcia, to jedni angażują się w wybory z obywatelskiego przyzwyczajenia i obowiązku, a drudzy myślą, że inni jakoś sobie poradzą bez ich udziału.


Czy ordynacja wyborcza do PE powinna zostać zmieniona, żeby wygrywał ten, kto zdobył więcej głosów, aby o wyborze nie decydowała w tak dużym stopniu frekwencja, a fory dla dużych okręgów wyborczych nie były tak wielkie jak obecnie?
Jeśli ordynacja byłaby prostsza, to fory dla dużych okręgów byłyby jeszcze większe niż obecnie. Nasza ordynacja jest oczywiście źle skonstruowana. Ale trzeba było ją tak ułożyć, bo mandatów do PE jest tylko 51 i należało je jakoś rozdzielić między partie i poszczególne części kraju. Nie ma tutaj prostych rozwiązań, które zapewniłyby, że każdy region będzie miał europosła, a jednocześnie żadna partia nie będzie pokrzywdzona przy podziale mandatów. Przyjęto więc jakieś kompromisowe rozwiązanie. Nie jest ono najszczęśliwsze i wszystkich uwiera, ale z drugiej strony proponowane zmiany uwierałyby kogoś jeszcze bardziej.


Dlaczego partie tak często wstawiają na listy regionalne „spadochroniarzy”?
To, że w Polsce ten problem pojawia się w tak dużej skali, jest świadectwem pewnego braku równowagi w relacjach między centralami partyjnymi a ich lokalnymi strukturami. Ale jest też prawdą, że część kandydatów nie mieści się w swoich okręgach. Np. na warszawskiej liście PO jest na tyle tłoczno, że wstawienie na nią Jacka Rostowskiego na czwartym miejscu nie miałoby sensu, bo byłby bez szans na wybór. PO może w stolicy zdobyć maksymalnie trzy mandaty.

Większe szanse ma więc Rostowski startując z pierwszego miejsca w województwie kujawsko-pomorskim, choć i tutaj też nie są one szczególnie wielkie, bo za plecami ma dotychczasowego europosła z regionu Tadeusza Zwiefkę.