Droga Krzyżowa za jednego dolara

Krzysztof Błażejewski 18 kwietnia 2014

Via Dolorosa w Jerozolimie. Po łacinie to znaczy droga męki, droga cierpienia. Dziś nadal pozostaje ulicą głębokiej zadumy, żalu i płaczu. Ulicą świętą. Ulicą tajemnicy odkupienia. Dla chrześcijan wciąż jest najważniejszym miejscem na świecie.

Wielki fresk na ścianie, znajdujący się dokładnie nad ułożoną na podłodze tzw. płytą namaszczenia, jest jednym z niewielu malowideł we wnętrzu Bazyliki Grobu Świętego, na którym warto na chwilę zatrzymać wzrok

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Każdego dnia tysiące pielgrzymów szlifują bruk tej ulicy. Niektórzy z ciężkim krzyżem na plecach, inni na kolanach, kolejni całują błyszczące w słońcu, wypolerowane przez miliony stóp kamienie...



Więc to tu. Tu jest to miejsce. Wąska uliczka, która żadnego z chrześcijan nie może pozostawić obojętnym. Liczy sobie kilometr z małym okładem. Od budynku, w którym wydano najsłynniejszy w dziejach wyrok śmierci, aż do miejsca ukrzyżowania i złożenia do grobu.

Brzemię dwóch tysiącleci postrzegam tu w każdym kamyczku, nawet w grze światłocienia na murze, zadziwiającym swoją nietypową bielą z odcieniem żółci. Wiem, że to ułuda, że tamtej Jerozolimy już dawno nie ma. Że Drogę Krzyżową ułożono z wizji, snów i życzeń, nawet nie można było oprzeć się o ewangeliczne zapisy, bo ich zwyczajnie nie ma. Że umownie wybrano jeden z kilku możliwych wariantów trasy. A jednak czuję moc tego miejsca.

Jest poranek, pierwsi pielgrzymi zdają się popadać w skrajną egzaltację. Idą z różańcem w dłoni, miarowo poruszają ustami, mierzą ulicę nieobecnym wzrokiem. Z transu nie wyrywa ich nawet wrzask ganiających tuż obok palestyńskich dzieci, pokrzykiwanie handlarzy, otwierających swoje kramy (tak bardzo wydają się być tu nie na miejscu), turkot wózków, wiozących towar na stoiska czy wycie wentylatorów, którymi historyczne ściany są upstrzone. Via Dolorosa biegnie bowiem przez dzielnicę... muzułmańską.

Modły i śpiewy w różnych językach krzyżują się z odgłosami codzienności, zlewają się w kakofonię dźwięków. Dla arabskich mieszkańców Jerozolimy to tylko jedna z wielu uliczek. Pewnie drażnią ich te sznury modlących się chrześcijan. Nas też drażniłby w Polsce budzący o świcie swoimi pieniami muezin z minaretu.

Zion Goldberg, mieszkaniec Tel Awiwu, a zarazem przewodnik żydowskich wycieczek po... Polsce, przerywa moje skupienie, wdzierając się w nie przeszywającym głęboko dysonansem.

- Kamienie, na które patrzysz, pochodzą co najwyżej z końca XVIII wieku - mówi. - Przed dwoma tysiącami lat było tu miasto, z którego nic nie zostało. Nawet późniejsze, zbudowane po zburzeniu Jerozolimy na nowo rzymskie ulice biegły inaczej. Potem przyszli Arabowie, po nich Persowie, krzyżowcy, na koniec sułtan turecki. A wiesz, jak w czasach Konstantyna Wielkiego odnajdywano miejsce ukrzyżowania, grób Jezusa, drewno Krzyża Świętego albo włócznię Rzymianina, która miała przebić bok konającego? Helena, matka cesarza, miała wizje...

Poziom roku zero


Jestem zły na Ziona. Będzie musiała mi wystarczyć świadomość, że to było po prostu gdzieś tutaj. - Chodź, pokażę ci Jerozolimę z czasów rzymskich - zachęca Zion.

Odbijamy w bok, w stronę wzgórza świątynnego, kierując się na górującą nad miastem islamską Kopułę na Skale. Przy Bramie Damasceńskiej widać zejście. Schodzimy ostrożnie po stopniach kilka metrów pod poziom ulicy.

- To jest bruk z roku zero - wskazuje Zion. - Te kamienie ułożono z rozkazu Heroda Wielkiego. To po nich mógł stąpać twój Jezus. Zobacz, ile warstw zabudowy od tego czasu przybyło.

Wracam na Via Dolorosa. Pierwsza stacja Drogi Krzyżowej okazuje się być przesuniętą w bok o jakieś 200 metrów, na ścianę klasztoru franciszkanów. To dlatego, by nie drażnić muzułmanów. Na gruzach dawnej twierdzy Antonia, gdzie Piłat miał wydać wyrok, obecnie wznosi się bowiem islamska szkoła.

Przy „jedynce” i pobliskiej „dwójce” trudno o skupienie. Chodnik jest wąski, a z ulicy pielgrzymów płoszą trąbiące na nich samochody...

Stacje trzecia i czwarta udekorowane zostały przed laty przez Polaków, żołnierzy gen. Andersa. Wzruszają białe orły podtrzymujące ołtarz, obraz „Droga krzyżowa narodu polskiego” albo bursztynowa Matka Boża Częstochowska. Głośne modlitwy znów się jednak kończą, bowiem stacja numer cztery znajduje się podziemiach kościoła ormiańskiego. Silentium - głosi wielki napis nad drzwiami.

Wędrówka najpierw w dół, a potem pod górę wąziutką uliczką wkrótce zamienia się w slalom między kramami. Na Via Dolorosa panuje tłok, jest ciasno i ciemno. Arabowie nie nagabują pielgrzymów, nawet im się nie przyglądają. Jedzą śniadanie, parzą kawę, targują się. Ponoć kramy są zamknięte tylko w piątki, akurat wtedy, gdy miejscowi księża odprawiają Drogę Krzyżową. To nie ukłon w stronę chrześcijan, ale czysta pragmatyka, bo przecież muzułmanie swoją „niedzielę” mają właśnie w piątek.

Etiopczyk, Kopt czy jakobita?


Między dwiema kolejnymi stacjami drogę krzyżową nagle przegradza prawosławny klasztor. Trzeba się cofnąć i obejść go bocznymi uliczkami, przeciskając się między straganami.

Nagrodą za ten trud jest, czy też raczej miał być, widok Bazyliki Grobu Świętego. Moje wyobrażenia o wyjątkowości świątyni, wzniesionej w najważniejszym miejscu dla historii naszego świata, szybko rozsypują się w pył. To nie jest jedna bryła, ale zlepek kilkunastu różnych dobudówek, głównie kaplic. Przed fasadą, w rogu podwórza, stoją Etiopczycy przed swoim klasztorem, tam na murku przycupnęli Koptowie, zgrzyta zamek w drzwiach na piętrze, z których wyłania się czarno odziana brodata postać. Grek? Ormianin? Syryjski jakobita? Wszyscy oni mają tu swoje miejsce.

Golgotę, czyli „Czaszkę”, bo z tego podobieństwa wywodzi się nazwa, wyobrażałem sobie jako wzgórze, które można zobaczyć. Tymczasem próżno tu szukać widoków, jakiejś perspektywy, wzgórza i skał. Wszystko się miesza, nakłada na siebie, dopełnia.
Wejścia do bazyliki pilnują... muzułmanie. To oni mają przywilej otwierania i zamykania świątyni. Nie robią ponoć nikomu trudności. W przeciwieństwie do chrześcijan. Stara, zmurszała drabina na podwórzu to symbol sporów między franciszkanami a Grekami. Ci pierwsi chcieli zrobić u siebie remont, a że nie mogli dostać się inaczej niż stawiając sprzęt na ziemi należącej do Greków, pozwolili sobie na to „przestępstwo”. Wybuchła awantura. Wzajemna obraza trwa już długo. Remontu nie będzie, a obie zwaśnione strony czekają, aż się drabina rozleci.

Wnętrze bazyliki to istny labirynt. Wstyd mi, gdy oglądam nieodświeżone ściany, rozsypujące się tynki, brudne tkaniny, poniszczone obrazy. To też rezultat sporów o to, co jest czyje i kto co może zrobić. Wnętrze zostało bowiem podzielone pomiędzy wyznawców z centymetrową dokładnością przez... sułtana tureckiego przed wiekami, a i tak nie zapobiegło to konfliktom.
Katolickie kaplice należą do franciszkanów. W jednej z nich trwa msza święta. Grupa ludzi mówiących po rosyjsku przeciska się jednak między zajętymi ławkami. Z oddali dobiega donośny głos psalmisty, z drugiej strony jakiś pop intonuje głośne modły. Dźwięki nakładają się na siebie.

W ołtarzu kaplicy Najświętszego Sakramentu brzydki landszaft pokazuje zmartwychwstałego Jezusa, obejmującego swoją matkę. Takiego motywu jeszcze nie widziałem.

- Wiem, że nie ma tej sceny w żadnej z ewangelii - mówi płynnie po polsku sprzątający zakonnik - ale na pewno do takiego spotkania doszło. Na pewno. Tak mówi przecież tradycja.

W należącej do Greków kaplicy Ukrzyżowania pod szkłem widać skałę Golgoty. Do otworu wędrują dłonie pielgrzymów, różańce, krzyżyki, pamiątki...

Na płycie namaszczenia grupa prawosławnych pielgrzymów tonie w ekstazie. Wierzą, że bezpośredni kontakt z płytą przywróci zdrowie. Dotykają jej ustami, czołami, stawiają na niej bolące nogi, pocierają szalami, chustkami...

W samym sercu bazyliki stoi długa kolejka - to do rotundy kaplicy Grobu Świętego. Czeka się mniej więcej godzinę. Nikt nie rezygnuje, tę uciążliwość wszyscy przyjmują z pokorą.

W kolejce jakiś polski ksiądz głośno odzywa się do swoich „owieczek”: „Wiele różnych rzeczy słyszeliśmy tutaj od przewodników, o odkryciach archeologów, o tezach naukowców, że to się nie zgadza, że tamto to nieprawda. Nie możemy wierzyć w to, co mówili. My jesteśmy z Polski, my mamy swoją wiedzę i swoją wiarę. Kierujmy się Pismem Świętym i naszą tradycją”.

Wreszcie odsłania się wejście do środka. Do środka naszego świata. Do jego początku. W kaplicy, jak w całym kościele, można odnieść wrażenie, jakby się nic nie zmieniło, jakby dwa tysiące lat minęły w jeden dzień. Skałę, na której ciało Ukrzyżowanego spoczęło, zasłania marmurowa płyta. Jest i kamień, który ponoć zasłaniał otwór. Obok - miejsce odnalezienia po trzystu latach drewna Krzyża Świętego, a nieco dalej grób... pierwszego człowieka - Adama. Jest tu wszystko, czego pielgrzymi mogliby sobie zażyczyć.

To takie samo wychodzenie naprzeciw powszechnym potrzebom zobaczenia i dotknięcia, jak w Kafarnaum wskazywanie pierwszego odkopanego domu z początków naszej ery jako mieszkania św. Piotra, jak określanie w Kanie Galilejskiej pierwszych znalezionych stągwi jako tych służących Jezusowi do przemiany wody w wino...

„Polska? A-dam Małysz!”


Wychodzę z bazyliki w jasność południowego słońca.

- Polska? Polska! - rozpoznanie miejscowych kupców jest bezbłędne. - Jak się masz kochanie? A-dam Małysz! A-dam Małysz! - Droga Ksiziowa za jeden dolar - woła, jakby naśladując Benedykta XVI, mały Arab, który zagradza mi drogę. Kiedy nieopatrznie kieruję na niego spojrzenie, próbuje mi wcisnąć do ręki składankę widokówek. - Cała Droga Ksiziowa za jeden dolar - powtarza z entuzjazmem.

Nagle przychodzi mi do głowy, że rzeczywiście to, co zobaczyłem, jest także na sprzedaż. A może po prostu miałem zbyt wielkie oczekiwania?