Ring mechanicznych gladiatorów

Bartłomiej Makowski 11 kwietnia 2014

Roboty pojawiające się na ringu wyglądem nie przypominają swoich odpowiedników z filmów i książek science fiction, ale na pewno nie ustępują im szybkością, zaangażowaniem i zawziętością w walce.

Fot.: Jacek Smarz

Roboty walczą na ringu o średnicy 77 cm. Najpierw jednak ich konstruktorzy rzucają monetą. Od wyniku tego losowania zależy, kto pierwszy ustawi maszynę na macie. Dlaczego to takie ważne? Bo drugi zawodnik może wówczas dostosować położenie swojego wojownika, a więc w zależności od szybkości maszyny swojej i przeciwnika „kupić” robotowi w ten sposób czas niezbędny na obrót. Po uruchomieniu robota człowiek nie ma już wpływu na wynik rozgrywki. Liczy się przyczepność, moc silnika, szybkość i wrażliwość czujników, które naprowadzają mechanicznego gladiatora na rywala i każą mu zepchnąć go z ringu.


- Podobnie jak w sportach walki obowiązują kategorie wagowe - nanosumo to kategoria dla robotów wielkości pudełka zapałek, minisumo jest dla tych o ciężarze do pół kilograma i sumo - dla tych, które osiągają wagę do 3 kg - wyjaśnia Patryk Szychowski, organizator rozegranego w ubiegłą sobotę na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Mikoła Kopernika turnieju robotów „Copernicus Robots Tournament”, w którym w szranki stanęło ponad 30 maszyn z całej Polski.

W kategorii sumo najlepszy okazał się Mateusz Kuzimski, student automatyki i robotyki UMK, który budowaniem robotów zainteresował się już w technikum.

- Mojego robota, Skippera, staram się ulepszać na bieżąco. Jako konstruktor dostrzegam w nim jeszcze wiele wad - przyznaje Mateusz. - Ten robot to temat mojej pracy inżynierskiej.

Mateusz Kuzimski jest już utytułowanym zawodnikiem - Skipper, który kształtem przypomina pancerną szkatułę z gąsienicami, zajął drugie miejsce w łódzkim Sumo Challenge 2013, a także występował na międzynarodowych zawodach w Wiedniu, gdzie polska reprezentacja zajęła pierwsze miejsce.

Z jednym robotem na zawody przyjeżdżają całe drużyny. Podczas walk konstrukcje często ulegają uszkodzeniu, wtedy dżentelmeńsko przerywa się pojedynek i pozwala zawodnikom na naprawę. Jeśli robota uda się naprawić na miejscu, to rozgrywka jest powtarzana. Sukces rzadko ma jednego ojca, bo w pracy nad robotem ktoś zajmuje się oprogramowaniem, ktoś inny konstrukcją. Tak jest w przypadku Jarosława Korusa i Adama Fleczara, których roboty nie walczą, a ścigają się po wytyczonej trasie.

- Ja pracuję nad mechaniką i elektroniką, a Adam nad algorytmami - mówi Jarosław Korus - Nasz najważniejszy pomysł, czyli wbudowanie wentylatora w obudowę i dzięki temu uzyskanie lepszej przyczepności, jest jednak wspólny. Zrobiliśmy coś takiego jako pierwsi w Polsce.

W środowisku amatorów walk robotów przeważają mężczyźni - uczniowie techników, studenci, ale konstruowaniem mechanicznych gladiatorów coraz częściej zajmują się też kobiety. Wśród nich jest m.in. Dominika Wojtukiewicz, studentka inżynierii medycznej.