Pijesz ty, piję ja, kompanija cała...

Krzysztof Błażejewski 11 kwietnia 2014

Z tą słabością Polaków nie mogły się uporać ani kolejne rządy, ani partyjny reżim, ani społeczne komitety. I w międzywojniu, i w PRL-u, i w III Rzeczpospolitej pod względem ilości wypitego alkoholu na głowę byliśmy i jesteśmy nadal w światowej czołówce.

Satyryczny rysunek Leona Jędrzejczaka, zamieszczony w „Dzienniku Bydgoskim” w 1929 roku z okazji otwarcia nowego lokalu gastronomicznego o nazwie „Oaza”

„Inowrocław, 16 grudnia 1904. Podczas ostatniego jarmarku alkohol znowu wielką odgrywał rolę - pisała ówczesna prasa. - Co kilka nieomal kroków spotkać się można było z osobami tarzającemi się w błocie. W niektórych wypadkach stan ofiar pijaństwa był tak pożałowania godny, że dla własnego bezpieczeństwa musiano ich aż do wytrzeźwienia umieścić w więzieniu policyjnem.


(...) Po południu w Mątwach robotnik Hoffman wskoczył w stanie pijanym z butelką w ręku do rzeki i utonął natychmiast. Topielec, gdy go wyciągnięto, trzymał jeszcze kurczowo butelkę wódki w dłoni skostniałej. (...) Robotnik Walenty Kaczmarek schodził po wypiciu kilku kieliszków ze schodów. Stracił wszakże równowagę i spadł na dół głową naprzód. Umarł nad ranem. (...) Wdowa w towarzystwie kumoszek i przyjaciółek bawiła się przy wódce tak ochoczo, aż się całe towarzystwo upiło. Niezadługo zaczęły się zaczepki, kłótnie, a wreszcie i bijatyka, która skończyła się tak, że córki własną matkę tak poraniły, że nieprzytomną zabrano do lazaretu”.

Gorszy wróg niż wojna


„Do najstraszniejszych plag naszych czasów należy alkoholizm - pisała w 1913 roku „Gazeta Toruńska”. - Stwierdzono bowiem przy pomocy statystyki, że wszystkie wojny ostatniego stulecia zabrały 7 i pół miliona ofiar w ludziach, alkohol zaś zabrał tyle osób w ostatnich trzydziestu latach. Jest zatem alkoholizm plagą daleko groźniejszą aniżeli krwiożercze wojny”.

Sytuację w odrodzonej Rzeczpospolitej próbowano uratować drakońską ustawą antyalkoholową w 1922 roku. W jej myśl napojów o zawartości powyżej 2,5 proc. alkoholu, a zatem i zwykłego piwa, nie sprzedawano osobom poniżej 21 lat, a także w niedziele i święta, poczynając od godz. 15 w sobotę aż do 10 rano w poniedziałek. Na poważnie zastanawiano się nad wprowadzeniem w naszym kraju całkowitej prohibicji.

W pierwszym półroczu 1924 roku w Toruniu policja zanotowała aż 283 przypadki tzw. upilstwa, dwukrotnie więcej niż kradzieży! W tym samym czasie „Dziennik Bydgoski” szokował czytelników wielkim tytułem „Pijacka Bydgoszcz”. Dlaczego? Bo w tymże roku bydgoszczanie wypili 1272000 litrów wódki, czyli po 12 litrów na statystyczną głowę! Liczby te stopniowo rosły aż do końca II RP. Przypadki mocno zakrapianych imprez dotyczyły wszystkich środowisk, a szczególnie... oficerskich, których w Bydgoszczy, Toruniu i Grudziądzu nie brakowało.

„Niebywały wzrost wyuzdania i materjalizmu, upadek cnót chrześcijańskich, rozpusta jawna i cyniczna” - tak postrzegały rzeczywistość Polski międzywojennej „Wiadomości Kościelne”. - Jednym z najważniejszych czynników tego rozkładu jest alkoholizm. (...) Używanie alhokolu z przygodnego stało się codziennem, stałem; wytworzyły się zwyczaje pijackie. (...) Alkoholizm wciąga w swój pęd całe społeczeństwo: mężczyzn i kobiety, dzieci, dorosłych i starców wszystkich narodów, wszystkich wyznań, siejąc po drodze niewidziane dotąd spustoszenia moralne i materjalne”.

„Przed każdą restauracją dzień w dzień można obserwować pijanych do bezprzytomności gości - pisał „Dziennik Bydgoski”. - Rano przechodnie napotykają obrzydliwe najrozmaitsze ślady, świadczące o niewstrzemięźliwości gości pod względem użycia alkoholu i o ich nieobyczajności i nieposzanowaniu porządku i czystości”.

Winna była... sanacja


Przymusowa dla wielu abstynencja w czasie II wojny światowej skutkowała natychmiastowym odrabianiem zaległości po wyzwoleniu. To wówczas zaczął się upowszechniać zwyczaj „oblewania” wszystkich rodzinnych uroczystości, sukcesów i niepowodzeń, a także imprezowania w zakładach, który aż do końca PRL-u był nieodłącznym elementem pracy w większości środowisk. Alkohol był tani i dostępny praktycznie wszędzie, poza... dniami przedświątecznymi i wypłat, kiedy to wódki nie sprzedawano.

W 1948 roku lokalna prasa alarmowała, że w styczniu bydgoszczanie wypili litr czystego spirytusu na głowę, a pod uwagę wzięto tylko wódkę, nie licząc wina i piwa. Kierownik poradni przeciwalkoholowej w Bydgoszczy, dr Miedziszewski, zrzucał jednak winę za ten stan na... sanację, za której czasów ponoć 85 proc. polskich dzieci piło wódkę. - Do walki z alkoholizmem winno stanąć całe uświadomione społeczeństwo - apelował. - Należy zorganizować specjalne kursy, towarzystwa abstynenckie, urządzać wystawy przeciwalkoholowe, propagować sprzedaż napojów bezalkoholowych. Pamiętajmy, że moralna wartość każdego narodu stoi w przeciwnym stosunku do ilości zużywanego przez ten naród alkoholu.

Razem z nowymi, socjalistycznymi wartościami pojawiły się plakaty zniechęcające do picia, ściśle określone rygory, setki milionów złotych wydano na propagandę antyalkoholową, działalność niezliczonych komitetów i akcje uświadamiające z udziałem głównie kobiet i młodzieży. Nazwiska pijaków publikowano na łamach prasy, kierowano ich na przymusowe kuracje.

Niewiele to pomogło, podobnie jak złożenie w 1956 roku przez miliony Polaków tzw. ślubów jasnogórskich, ułożonych przez prymasa Wyszyńskiego, w których znalazły się słowa o „wypowiedzeniu walki pijaństwu”. Drgnęło dopiero po Październiku, kiedy to jedyna słuszna partia i rząd zajęły się zaostrzeniem kar za przestępstwa popełnione pod wpływem alkoholu i regulacją przepisów. Dopiero wówczas zakazano sprzedaży alkoholu osobom poniżej 18 roku życia, a także w szkołach, placówkach oświatowych, w zakładach pracy, stołówkach zakładowych, etc. Wódkę usunięto (pozostawiając jednak wino i piwo) z domów kultury, schronisk turystycznych i dworców kolejowych. Pomogło, ale na krótko.

W 1960 roku Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy powołało stałą komisję do walki z alkoholizmem. Zmniejszono liczbę sklepów prowadzących sprzedaż alkoholu do jednego na 5 tys. mieszkańców w mieście i jednego na gromadę wiejską. Niewiele to dało. Dwa lata później mieszkańcy naszego regionu wypijali już o 30 proc. więcej napojów wyskokowych.

Nocne pogotowie alkoholowe


W 1958 roku kolegia do spraw wykroczeń ukarały za „pijaństwo i zakłócenie porządku publicznego w stanie nietrzeźwym” aż 1625 torunian. Dwa lata później liczba ta zmniejszyła się o połowę, ale w ciągu kolejnej dekady wróciła do dawnego stanu. Podobnie liczba „pacjentów” miejscowej izby wytrzeźwień po chwilowym spadku znów rosła: od 2,5 tys. w 1965 roku do 3,7 tys. w 1970. Systematycznie zwiększała się liczba wypadków, spowodowanych przez nietrzeźwych kierowców.

W 1958 roku statystyczny torunianin wypił 2,2 litra stuprocentowego spirytusu i 1,9 l wina (piwa nie liczono), pięć lat później 2,3 l spirytusu i 4 l wina.

Pod koniec lat 70. rokrocznie w okresie letnim wojewoda toruński wprowadzał przyspieszony tryb postępowań przed kolegiami ds. wykroczeń w związku z najgorętszym okresem „wódczanym”. W czerwcu 1979 roku załatwiono w ten sposób 238 spraw - 154 spośród nich dotyczyły zakłócenia porządku publicznego, a 38 jazdy po spożyciu alkoholu. Tytuły informacji z „Nowości” w 1979 roku nie pozostawiały wątpliwości: „Po pijanemu pobił dwóch mężczyzn”, „Wódka złym doradcą”, „Pijani kierowcy i piesi postrachem ulic i szos”, „Nietrzeźwi w pracy zagrażają nie tylko sobie”. Także w połowie lat 70. otwarto w Toruniu pierwsze nocne sklepy spożywcze, jednak zlikwidowano je, albowiem okazały się swoistym pogotowiem alkoholowym.

W lokalach gastronomicznych, ministerialnym zarządzeniem wprowadzono obowiązek podawania do każdej porcji zamawianego alkoholu tzw. zakąski albo przystawki.

- W „Trumnie” przy ulicy Kopernika zagrychą był koreczek serowy - wspomina Andrzej Makowski z Torunia. - Na początku kelnerki przynosiły ser do każdego kieliszka, potem zgarniały ze stolików całe stosy pozostawionych koreczków. Później już tylko doliczały ser do rachunku, same wynosząc go do domu.

Mimo to nadal w Dniu Kobiet, podczas świąt branżowych czy w dniach popularnych imienin prawie nikt w naszym kraju nie pracował, a wódka lała się strumieniami od samego rana. Po południu w domach odbywały się poprawiny. Jak szacowano, każdego dnia w Polsce w stanie upojenia alkoholowego (po wypiciu co najmniej pół litra wódki) znajdowało się 3,3 mln obywateli, kilka razy więcej niż dekadę wcześniej! W Bydgoszczy w dekadzie Edwarda Gierka spożycie alkoholu wzrosło czterokrotnie...

W okresie stanu wojennego, na początku 1982 roku, wprowadzono nową, drastyczną Ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. I wkrótce GUS poinformował, że spożycie alkoholu w Polsce spadło. W 1983 roku bowiem na głowę mieszkańca przypadało 6,4 l czystego alkoholu, a w 1980 - 8,4.

Prawda jednak była inna - wcale nie spadło spożycie, ale skala zakupów alkoholu w sklepach, bowiem z powodu ograniczonej dostępności wysokoprocentowego trunku rozwinęło się bimbrownictwo. W połowie 1984 roku szacowano, że w Polsce mieszka ok. 5 mln alkoholików, a wydatki roczne na alkohol sięgały 550 mld ówczesnych złotych.

Ustawa z 1982 roku była bardzo restrykcyjna, nawet piwo można było kupować i spożywać dopiero po godz. 13. Potem jednak prawo określania godzin prohibicji oddano w ręce rad narodowych. W naszym regionie piwo wolno było pić i kupować już od godz. 10. Dochodziło jednak czasami do absurdów.

- Przyjechali do mnie wówczas krewni ze Stanów - wspomina Grażyna Dąbrowska z Bydgoszczy. - Poszliśmy w południe do kawiarni „Pod Niedźwiedziem” na lody. Goście poprosili o takie z polewą o smaku adwokata. Kelnerka odmówiła, twierdząc, że przecież nie ma jeszcze godziny 13...

W czerwcu 1984 roku, podczas konferencji Episkopatu Polski, biskupi ogłosili sierpień miesiącem trzeźwości narodu. Od tej pory rokrocznie w tym miesiącu trwają modły.

Wolność ma swoją cenę


Na początku lat 90. ubiegłego wieku w naszym regionie mieszkało ok. 100 tys. osób uzależnionych od alkoholu. W III RP - w imię swobód obywatelskich - wycofano się nie tylko z ich rejestrowania, ale i przymusowego leczenia. Stąd tak wielu dziś widocznych na ulicach polskich miast nałogowych alkoholików. Dlatego też nie brakuje sklepów całodobowych z zastawionymi półkami, taksówkarzy gotowych dowieźć alkohol na każde wezwanie i głośnych wypadków, spowodowanych przez nietrzeźwych kierowców. I nadal lubimy nucić: „W Polskę idziemy, drodzy panowie”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-06-2014 12:05

    Oceniono 1 raz 0 1

    - bydgoszczak : No coz, sorry ale taki mamy klimat- dluga, mroczna i dosyc zimna zima- i jak tu nie pic.....Poza tym od czasow potopu szwedzkiego czyli juz 350 lat permanentny kryzys gospodarczy....Dajcie ludziom o tym zapomniec przez picie!

    Odpowiedz

  2. 15-04-2014 16:18

    Oceniono 1 raz 0 1

    - hens: No, co będziemy wam żałować, naziści i szpringery, jesteśmy też koncertowymi obibokami i złodziejami. Ale gdyby nie my, to już dawno trzęślibyście całą Europą. A z naszego powodu wciąż musicie się nadymać na nowo.

    Odpowiedz