Brygady na razie nam niepotrzebne [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 11 kwietnia 2014

„Rzcz polega na tym, żeby pieniądze na modernizację armii nie poszły na zakupy uzbrojenia w innych państwach, lecz na pozyskanie nowoczesnych technologii, na zaangażowanie polskiego przemysłu i instytutów badawczych oraz stworzenie miejsc pracy”.

Janusz Zemke: - W poprzednich wyborach głosowało niespełna 25 proc. obywateli. Jeżeli teraz frekwencja nie będzie wyższa, to w następnej kadencji może nie być ani jednego europosła z naszego województwa

Fot.: Jacek Smarz

Rozmowa z JANUSZEM ZEMKEM, posłem do Parlamentu Europejskiego i byłym wiceministrem obrony narodowej.



Radosław Sikorski byłby szczęśliwy, gdyby w Polsce pojawiły się dwie ciężkie brygady NATO, Jarosław Kaczyński też, ale tylko wtedy, jeśli będą to żołnierze amerykańscy, a nie niemieccy. Po co nam w Polsce wojska NATO?
Dzisiaj nie ma potrzeby, żeby w trybie awaryjnym pojawiły się w Polsce dwie ciężkie brygady amerykańskie, czyli 10 tys. żołnierzy oraz kilkaset sztuk ciężkiego sprzętu bojowego. Co prawda sytuacja na Ukrainie jest w dalszym ciągu niejasna, ale nie ma żadnych sygnałów, by Rosja, albo ktokolwiek inny, miała jakieś zakusy na polskie terytorium. Mówię to dlatego, żebyśmy niepotrzebnie nie podgrzewali atmosfery.


Mamy więc do czynienia z grą wyborczą, obliczoną na potęgowanie u Polaków strachu przed Rosją?
Rząd kierując się kampanią wyborczą do Parlamentu Europejskiego, niestety, podkręca atmosferę zagrożenia. Nie tylko w Polsce, lecz również w większości unijnych krajów politycy podejmują próby skierowania dyskusji przedwyborczej na wygodne dla siebie pola. W krajach z południa Europy, czyli Grecji, Hiszpanii lub we Włoszech, debata koncentruje się na gospodarce, bo ciężko im idzie wychodzenie z kryzysu.

Dla takich państw, jak Wielka Brytania, Holandia, Dania czy Szwecja głównym tematem jest kwestia imigrantów. Natomiast polski rząd uznał, że z jego punktu widzenia dobrym polem dyskusji są sprawy bezpieczeństwa państwa i obywateli, możliwość konfliktu zbrojnego w pobliżu naszych granic. To ma pokazywać, że dzisiaj problemem numer jeden Polski nie są brak pracy czy źle funkcjonująca służba zdrowia, tylko szeroko rozumiane bezpieczeństwo. Rząd robi to w sposób świadomy, ale zdecydowanie przesadza, chociaż za naszą wschodnią granicą może być niespokojnie.


Czego więc powinniśmy oczekiwać od NATO?
Po pierwsze, należałoby zwiększyć wspólne szkolenie żołnierzy z różnych państw natowskich, bez podziału na Polaków, Amerykanów, Niemców, itp. Po drugie, powinniśmy sprawdzić wszystkie obiekty przeznaczone do przyjmowania natowskiego wsparcia, które mamy w naszym kraju. Żołnierzy można przerzucić zawsze, ale trzeba mieć dobrze przygotowane bazy, sprzęt i logistykę. A jeżeli już coś przenieść na stałe do Polski, to nie dwie ciężkie brygady, lecz część samolotów wczesnego ostrzegania typu AWACS. Obecnie stacjonują one na granicy niemiecko-holenderskiej, czyli ponad 1000 km od Polski, a przecież w pierwszym rzędzie musimy obserwować to, co się dzieje na wschodnich krańcach UE.


Jak bardzo rozbudowana jest natowska struktura w naszym kraju?
Na razie międzynarodowe struktury wojskowe w Polsce są niewielkie. Mamy w Bydgoszczy Centrum Szkolenia Sił NATO, które zostało powołane 10 lat temu. Nawiasem mówiąc, jako wiceminister obrony narodowej miałem zaszczyt negocjować jego utworzenie i podpisać się pod wszystkimi dokumentami. W Bydgoszczy jest także komórka mająca szkolić natowską żandarmerię. Dwa lata temu w Brukseli postanowiono, że w Bydgoszczy powstanie batalion łączności, wyspecjalizowana jednostka, która ma zapewniać utajnioną łączność satelitarną w skali całego świata. Niestety, na razie jej tworzenie idzie bardzo wolno, nie ma bowiem zbyt wielu państw, które deklarowałyby swój udział w tym przedsięwzięciu. Obecnie w Europie są tylko dwie takie jednostki
- w Niemczech i we Włoszech.


Donald Tusk, który również nie ma nic przeciwko większej obecności NATO w Polsce, mówi, że ważniejsze od gwarancji jest posiadanie nowoczesnej armii. Jak daleko nam do tych najsilniejszych?
Nasza armia pod względem swojego potencjału plasuje się na siódmym miejscu wśród 28 państw NATO. Nie jest więc aż tak źle, jak mogłoby się wydawać. Ponieważ jednak zdecydowaliśmy się na wyłącznie zawodową 100-tysięczną armię, teraz dużo zależy od tego, czy będziemy konsekwentnie starali się wyposażać ją w najnowszą technikę i inwestować w szkolenie. Bo 100 tys. żołnierzy to w dzisiejszych czasach nie jest wcale mało, ale pod warunkiem, że mają oni dużą zdolność działania. Obecnie jesteśmy, mniej więcej, w połowie zmian - nowoczesna technika jest stopniowo wprowadzana, a kadra stabilizuje się i doskonali. To jest długi proces, niczego nie da się zrobić z dnia na dzień.


Polska zamierza wydać na unowocześnienie armii 130 mld zł. Jak i gdzie powinniśmy wydać te pieniądze?
W pierwszym rzędzie musimy stworzyć osłonę powietrzną Polski, przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Potrzebne są też nowe śmigłowce, które powinny trafić do brygady w Inowrocławiu. Te, które posiadamy, mają mniej więcej po 30 lat. Rzecz polega na tym, żeby pieniądze na modernizację armii nie poszły na zakupy gotowego uzbrojenia w innych państwach, lecz na pozyskanie nowoczesnych technologii, na jak największe zaangażowanie polskiego przemysłu i instytutów badawczych. Krótko mówiąc, żeby za te pieniądze powstało w Polsce jak najwięcej nowoczesnych miejsc pracy. W naszym województwie jest kilka przedsiębiorstw, które powinny wziąć udział w modernizacji wojska. Myślę zwłaszcza o WZU w Grudziądzu, WZL w Bydgoszczy czy bydgoskiej Belmie, ale również o cywilnych przedsiębiorstwach.


Czy Polskę stać na wydawanie dużych pieniędzy na obronność?
Od kilku lat wydajemy na obronność 1,95 proc. PKB. Często mówi się, że to dużo, ale warto przypomnieć, że 15 lat temu, kiedy Polska wstępowała do NATO, wydawaliśmy na wojsko 2,3 proc., a w czasach PRL od 6 do 7 proc. PKB. Musimy przeznaczać takie fundusze, ponieważ jesteśmy państwem granicznym NATO, co nakłada na nas większe obowiązki. Potrzeba nam więcej jednostek rozpoznawczych, ośrodków dowodzenia czy nowoczesnych radarów.

Trudno nie brać też pod uwagę tego, że ostatnie duże zakupy uzbrojenia dla polskiego wojska zrobiono w pierwszej połowie lat 80., kiedy państwo kupiło wiele samolotów MIG-29 i SU-22 oraz dużą liczbę czołgów, ale po 30 latach eksploatacji ten sprzęt technicznie się kończy. Za chwilę nie będziemy mieli np. marynarki wojennej, bo przeciętny wiek okrętu wynosi 30 lat. Dlatego ten wysiłek modernizacyjny należy kontynuować, ale - podkreślam to z całą mocą - muszą z tego wynikać nowe miejsca pracy w polskim przemyśle.


Czy nadal powinniśmy starać się o tarczę antyrakietową?
Tak, ale nie na wszystkie warstwy takiej tarczy nas stać. Powinniśmy mieć własne systemy ochrony głównych miast i baz, czyli rakiety o zasięgu do 20 km. Powinniśmy też zacząć produkcję nowoczesnych zestawów rakietowych „Wisła” o zasięgu do 100 km, do rażenia celów wokół naszych granic. Nie stać nas natomiast na systemy, które byłyby zdolne dosięgnąć celów odległych od Polski o 1000 km. Nasze rakiety o większym zasięgu powinny być zsynchronizowane z tarczą natowską, np. z radarami, które mogą rozpoznawać wszystko w locie w odległości kilku tysięcy kilometrów. Polska takiego radaru nie ma i nigdy nie będzie miała.


Czy Unia Europejska powinna mieć własne siły zbrojne?
Należę do tych, którzy uważają, że UE powinna mieć własne siły zbrojne, ale w tej sprawie są duże podziały. Brytyjczycy i Holendrzy pytają np., po co nam wojsko, skoro za bezpieczeństwo odpowiada NATO. Choć najważniejsze z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa jest uczestnictwo w NATO, to jednak europejskie potrzeby są szersze. My mówimy dzisiaj o Ukrainie, ale dla Francji, Hiszpanii i Włoch ważniejsze jest to, co się dzieje w północnej Afryce.

Pojawiają się kolejne miejsca zagrożenia, zresztą nie tylko wokół Europy. Amerykanie nie mają dość wojska, żeby w różnych częściach świata jednocześnie prowadzić wiele operacji, dlatego nie wszystko w dziedzinie bezpieczeństwa w Europie powinno polegać tylko na militarnej potędze USA. Uważam więc, że UE powinna mieć własne możliwości szybkiego reagowania. Tu nie chodzi o jakieś wielkie siły, wystarczyłby 20-tysięczny korpus.


SLD ma w tej kadencji sześciu europosłów, ale Leszek Miller chciałby, żeby w następnej było ich dziewięciu. To realny cel?
Oczywiście, chcielibyśmy mieć jak najwięcej europosłów, jednak w przypadku naszego województwa, które jest najmniejszym okręgiem wyborczym w kraju, będzie to zależało przede wszystkim od frekwencji. W poprzednich wyborach głosowało niespełna 25 proc. obywateli. Jeżeli teraz frekwencja nie będzie wyższa, to w następnej kadencji może nie być ani jednego europosła z naszego województwa.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 11-04-2014 19:23

    Oceniono 6 razy 4 2

    - Wyborca: Jako wyborca będę głosował 25 maja na Janusza Zemke. Bo jego kadencja była merytoryczna i wiele dobrego robi dla swojego regionu. Kujawsko pomorskie jest dumne ze swojego Europosła

    Odpowiedz

  2. 11-04-2014 18:03

    Oceniono 3 razy 2 1

    - Wyborca: Jako wyborca będę głosował 25 maja na Janusza Zemke. Bo jego kadencja jest merytoryczna i wiele dobrego robi dla swojego regionu. Kujawsko pomorskie jest dumne ze swojego Europosła.

    Odpowiedz

  3. 11-04-2014 13:56

    Oceniono 6 razy 2 4

    - Polak: Ty facet idz na emeryturę jesteś za stary na decydowanie o młodych , Stare pierdziele siedzą i śpią w Brukseli a jak się obudzą to klaskają aby klaskać.

    Odpowiedz