Szklarz myli się tylko raz

Piotr Schutta 11 kwietnia 2014

Na filmach kryminalnych złodziej przykłada do szyby przyssawkę, cyrkiel szklarski i wyjmuje idealne kółko. To bajki, bo cięcie szkła nie jest zabawą. Aby zostać mistrzem w tym zawodzie, trzeba wielu lat praktyki. I pasji.

- Trzeba znać rodzaje szkła i jego właściwości - mówi Edward Sawicki, mistrz szklarski z 55-letnią praktyką.

Fot.: Dariusz Bloch

- Z biciem szyb nic się nie zmieniło od lat. Kiedyś pękało i dzisiaj pęka tak samo. A to gorące się postawi na szklanej półce, a to dziecko rowerkiem wjedzie albo ktoś drzwiami mocniej trzaśnie. Czasem pijak czymś rzuci albo rama jest spaczona, a człowiek ciągnie za okno - myśli głośno mężczyzna. Siwy włos, głęboko osadzone, uważne oczy, na wardze blizna, jedna z wielu pamiątek, jakie pozostawia człowiekowi zawód szklarza.


- Nie ma w naszym fachu takiego, który by się nie skaleczył - uśmiecha się Edward Sawicki, pokazując dwie stare blizny na nadgarstku. Jedną z nich trzeba było szyć.

- Wstawiałem szybę w bramie. Był przeciąg, trzasnęło drugim skrzydłem i bzdynk. To normalne rzeczy są. Albo przy szlifowaniu na kamieniu - jak się źle szkło położyło, całą twarz mogło człowiekowi pokaleczyć. Na szczęście dzisiaj już się inaczej szlifuje - mówi mężczyzna. Od 55 lat w zawodzie. Praktykowanie w fachu szklarza zaczynał jako 13-latek pod okiem mistrza Kucharskiego, który prywatnie był jego ojcem chrzestnym.

Dziś papierów już nie trzeba


Warsztat Edwarda Sawickiego, założony w 1935 roku przez dziadka Adama, przejęty potem przez ojca i wuja, jest najstarszym działającym niezmiennie w tym samym miejscu warsztatem szklarskim w regionie. Pamięta czasy przedwojennej prosperity, kiedy kilka numerów dalej działał dodatkowo mały sklepik ze szkłem, również należący do rodziny. Pamięta okupację, tragiczną śmierć Adama Sawickiego (rozstrzelanego przez Niemców) i wyjazdy bydgoskich szklarzy do Hamburga na roboty przymusowe. Potem przyszły trudne lata powojenne, przedwczesna śmierć ojca (Józef Sawicki zmarł w wieku 36 lat), samodzielne prowadzenie zakładu przez mamę Klarę Sawicką i niesprzyjająca prywatnemu rzemiosłu logika socjalistycznej gospodarki.

- Na czeladnika uczyłem się dwa lata i już wtedy zarabiałem pierwsze pieniądze. Na egzaminie czeladniczym byłem najmłodszy. Losy tak się potoczyły, że później przez 26 lat sam zasiadałem w komisji w cechu rzemiosł i egzaminowałem uczniów. Dzisiaj nie trzeba mieć papierów na szklarza ani udowadniać przed mistrzami, że ma się pojęcie o tym fachu - krzywi się mistrz Edward.
Do niewielkiego pomieszczenia w suterenie kamienicy przy Śniadeckich 12 w Bydgoszczy zjeżdżają klienci z odległych krańców miasta, a nawet z innych miejscowości. Przywożą do oprawienia obrazy i pamiątkowe zdjęcia, mając pewność, że tu zostaną zalamowane i nasztramowane (naciągnięte - przyp. red.) jak trzeba; zjawiają się z lustrami, by upiększyć je stosownymi ramami; oddają do przycięcia szkło na blat do stołu; czasem przyjeżdżają ze skrzydłami okien, żeby wstawić szybę.

Im bogatszy, tym gorszy


- Od 15 lat nie szklę już w terenie. No, chyba, że bliziutko, to jeszcze podejdę. Przeważnie wstawiam szkło do okien skrzynkowych, z drewna, ale ramę plastikową też umiem oszklić. Ludzie myślą, że plastik jest wieczny, ale to nieprawda. 15 lat i zaczynają puszczać uszczelki - mówi 68-letni Sawicki i wspomina czasy, kiedy szkliło się całe osiedla domków jednorodzinnych. Pracy było mnóstwo, jedynie materiał kiepskiej jakości.

W latach 60. i 70. ubiegłego wieku większość rzemieślników w Polsce znała termin „przydział”. Również szklarze. Na budowę jednorodzinnego budynku przypadały 32 metry bieżące szyb. Całość mieściła się w jednej skrzynce. Jak się coś zbiło, to był problem. Kłopot pojawiał się także wtedy, gdy przekroczyło się normy przewidziane przez państwo. Jeśli szklarz oszklił więcej niż przewidywał przepis, płacono mu według innej, niższej stawki.

- Towaru było za mało, a jak się już trafił, to był fatalny. Szkło pofalowane, przepalone. Tylko pan kółko (przyrząd do cięcia szkła - przyp. red.) przyłożył i już bzdynk! Albo przy nawiercaniu otworów pękało. Czasem z dwudziestu blatów tylko dwa dobre się wybrało. Dzisiaj materiał jest dobrej jakości, ale za to zleceń bez porównania mniej - dodaje mistrz. Pomocnika nie zatrudnia, bo drugi człowiek w warsztacie nie miałby co robić. W przeszłości krzątało się w suterenie przy Śniadeckich dwóch uczniów.

- To trzeba lubić. Jak człowiek ma zamiłowanie do tego, co robi i dobrze zna swój fach, to nigdy nie będzie się nudził - mówi szklarz.

Od czasów dziadka Adama zmieniła sie technologia produkcji szkła i przeobraził się warsztat pracy szklarza. Ram nie trzeba zbijać ręcznie, ponieważ wymyślono zszywarki i pistolety; w lustrach się nie wierci, bo można je przykleić; szkło w witrynach sklepowych jest specjalnie hartowane i klejone, więc nie bije się tak często.

- Tylko klient nic się nie zmienia. Może jest dzisiaj trochę bardziej wymagający niż kiedyś, ale poza tym, wszystko po staremu. Im bogatszy, tym gorszy. Stoi nad człowiekiem i szuka dziury w całym, a za robotę chciałby zapłacić jak najmniej. Ten co ma, to nie da, a biedna babcia zawsze parę groszy potrafi dorzucić - mówi mistrz Edward.

Póki są jeszcze siły...


Centralne miejsce w warsztacie zajmuje stary stół, stojący tu prawie od początku. Zmieniał się na nim tylko blat, przykryty wytartym kocem, pocięty niemiłosiernie.

Wzdłuż ścian ramy różnego rodzaju i w rozmaitych wymiarach. - Dobra rama to ważna rzecz. Dzisiaj wszystkie przeważnie powleka się folią. Rzadko trafi się stara rama pozłacana dukatowym złotem - dodaje Edward Sawicki.

W specjalnej szafie z przegródkami stoją tafle szkła o różnej grubości. Najcieńsze mają ponad milimetr, najgrubsze dochodzą do jednego centymetra.

- Trzeba uważać przy wyjmowaniu. Kiedyś nie zauważyłem, że szyba jest pęknięta, i kawał szkła został mi w rękach, a reszta poleciała w twarz - wspomina pan Edward. Od kilku lat jest na emeryturze. Kiedy nie będzie miał już siły sięgnąć po narzędzia, warsztat przestanie działać.

- Córki nie poszły w moje ślady. Wnuczki też nie. Same dziewczynki - uśmiecha się rzemieślnik.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 12-08-2014 18:42

    Brak ocen 0 0

    - SALAMON: Zabrakło informacji gdzie Pan Edward ma swój warsztat. Chętnie skorzystam.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz