Zginął nam syn, proszę pani

Małgorzata Oberlan 11 kwietnia 2014

Pomylone daty, PESEL-e, a nawet akta sprawy... Czy to możliwe, by tak niedbale prowadzono śledztwo w sprawie śmiertelnego wypadku? Rodzice zmarłego 17-letniego Mateusza Szmeltera są przerażeni.

Fot.: Jacek Smarz

Zaczynają wątpić, czy kiedykolwiek poznają prawdę o śmierci syna. Są prostymi ludźmi z małej wsi Lubin pod Kikołem (powiat lipnowski). Ich Mateusz zginął w wypadku drogowym 18 lutego tego roku na drodze krajowej nr 10, w miejscowości Czernikówko (powiat toruński). Na miejsce zdarzenia przyjechali funkcjonariusze z komisariatu w Lubiczu. Potem sprawą zajęli się policjanci z Torunia. Śledztwo zaś prowadzi Prokuratura Rejonowa w Lipnie. Ot, takie zaszłości terytorialnych podziałów policyjno-prokuratorsko-sądowych. Tyle że sprawie nie pomagają...


Poranny tłok na „dziesiątce”


Po skończeniu gimnazjum Mateusz poszedł do pracy. Znalazł dorywcze zajęcie przy pakowaniu papieru w firmie w Czernikówku. Cieszył się, że zarabia. Siostrze chciał w maju kupić coś ekstra z okazji Pierwszej Komunii Świętej. Latem miał być świadkiem na ślubie starszego brata.

- Miał wiele planów i czuł się szczęśliwy. To tak à propos dopytywania policjantów o to, czy nie miał myśli samobójczych. Nie, nie miał. I nic mu nie dolegało - podkreśla pani Anna, matka.

Kto widział ten wypadek?


Do wypadku doszło 18 lutego, kilka minut po godz. 7. Zginął 17-nastoletni Mateusz Szmelter, jadący skuterem drogą krajową nr 10 od strony Kikoła. W miejscowości Czernikówko (gm. Czernikowo) zderzył się (został uderzony?) z osobowym volvo. Wszystko wskazuje na to, że stało się to w momencie, gdy usiłował skręcić w lewo, w asfaltową drogę. Sprawę pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Lipnie bada policja z Torunia. Rodzice zmarłego proszą o zgłaszanie się świadków wypadku. Można kontaktować się z policją (56 641-23-81 lub 80) lub naszą redakcją: malgorzata.oberlan@nowosci.com.pl.

Do pracy dojeżdżał skuterem. Jak później potwierdzono: sprawnym i z aktualnym przeglądem technicznym. - Kartę motorowerową miał od 2012 roku. Jeździł bezpiecznie, zawsze w kasku. Kierunkowskaz włączał nawet skręcając do domu, w gruntową drogę. A trasę do pracy znał doskonale, bo od około roku przemierzał ją codziennie - dodaje pan Kazimierz, ojciec.

Rankiem 18 lutego 2014 roku, jak zawsze o tej porze, na drodze było tłoczno. Ludzie jechali do pracy i szkół. Tego dnia Mateusz Szmelter jak zwykle zjadł śniadanie i ok. 6.40 wyjechał z domu. Kilka minut po godz. 7 już nie żył.

Szybka opinia policji


W tym momencie kierunku Torunia jechały trzy samochody - volvo, peugeot i zielone auto nieustalonej marki - oraz skuter. Auta się wyprzedzały. W jakiej kolejności? Spójności w zeznaniach brak. Faktem pozostaje, że to volvo (rocznik 2001, sprawne, kierowca trzeźwy) zderzyło się ze skuterem. Prawdopodobnie w momencie, gdy Mateusz przymierzał się do skrętu w lewo, w asfaltową drogę, prowadzącą do zakładu, w którym pracował. Karetka przyjechała na miejsce wypadku już po kilku minutach, ale reanimacja nie powiodła się.

W dniu wypadku aspirant Karol Skoblewski z toruńskiej drogówki, który pojawił się w Czernikówku po patrolu z komisariatu w Lubiczu, sporządził notatkę. Zapisał, że „na podstawie relacji świadków oraz uczestników ustalił przebieg zdarzenia”. Tyle że świadka policja miała (i ma) jednego - panią Marię z Czernikowa, która kierowała peugeotem. Dwie pozostałe osoby, na których relacji się oparto, to uczestnicy wypadku: bracia Krzysztof (21 lat) i Łukasz (19 lat) z Czernikowa, którzy jechali volvo.
Wspomniany aspirant orzekł, że do wypadku doszło „w wyniku nieprawidłowo wykonanego manewru skrętu w lewo przez motorowerzystę”, czym doprowadził do zderzenia z wyprzedzającym go volvo.

Rodzice: - Gdzie są świadkowie?


Pani Maria rzeczywiście zeznania składała już w dniu wypadku. Bracia z volvo jednak dopiero 21 lutego. Starszy, zasiadający za kierownicą, zeznał, że włączył lewy kierunkowskaz, chcąc wyprzedzić skuter. Jechał z prędkością ok. 90 kilometrów na godzinę (dopuszczalna w tym miejscu to właśnie 90). Skuter natomiast - ok. 50 kilometrów na godzinę. - Jechał 5-10 metrów przed moim pojazdem. W tym momencie zobaczyłem jak motorowerzysta wykonał gwałtowny manewr skrętu w lewo wprost pod mój samochód. Zacząłem uciekać na lewy pas ruchu i gwałtownie nacisnąłem hamulce - relacjonował policjantom Krzysztof.

Młodszy z braci zeznał, że „nie przywiązywał zbytnio uwagi do tego, co się działo na drodze, bo rozmawiał z bratem”. Zauważył jednak skuter, który „nagle skręcił w lewo”, wcześniej nie sygnalizując takiego zamiaru.

Co powiedziała funkcjonariuszom pani Maria? - Nie zauważyłam, czy kierowca skutera miał włączony kierunkowskaz. Wydaje mi się, że kierowca volvo, kiedy wyprzedzał skuter, nie miał włączonego kierunkowskazu.

- A gdzie są inni świadkowie? Przecież na „dzisiątce” było wtedy wiele aut - pyta Kazimierz Szmelter. - Gdzie kierowca tajemniczego zielonego samochodu, o którym wspominają bracia i kobieta? Gdzie kierowca tira, który jechał od strony Torunia i się zatrzymał? Gdzie mężczyzna z białego opla corsy, który ubrał odblaskową kamizelkę i do czasu przyjazdu policji kierował ruchem? O tych świadkach opowiedziała nam kobieta, mieszkająca w domu u zbiegu „dziesiątki” i drogi asfaltowej, w którą skręcał Mateusz. Jej też nie przesłuchano...

Zupełnie inna śmierć..

.
Rodzice zmarłego nie mogą się nadziwić niedbalstwu, z jakim prowadzone jest śledztwo. A zaczyna się ono już na samym wstępie. We wspomnianej notatce policji z 18 lutego numer PESEL Kazimierza Szmeltera został przypisany młodszemu o kilkadziesiąt lat Łukaszowi - młodszemu z braci z volvo.

W protokole z przesłuchania ojca braci w toruńskiej komendzie policji zapisano, że uczestniczyła w nim Anna Szmelter (potem skreślono).

Nadzorujący śledztwo prokurator Grzegorz Palke z Lipna 28 lutego wydał postanowienie o powołaniu biegłego, który wypowie się na temat stanu technicznego pojazdów. Termin wydania tejże opinii wyznaczył do... 15 lutego 2014 roku (wtedy Mateusz jeszcze żył!).
Największym ciosem dla matki zmarłego nastolatka była chwila, gdy odebrała korespondencję od starszego sierżanta Adama Łęgowskiego z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Funkcjonariusz przesłał jej postanowienie o uznaniu za dowody rzeczowe dwóch volkswagenów „w sprawie wypadku drogowego śmiertelnego w miejscowości Kończewice, gmina Chełmża”.

- Przeszył mnie dreszcz - wspomina pani Anna, pokazując dokument. - Potem dowiedziałam się, że w tych Kończewicach 1 stycznia 2014 roku doszło do ogromnej tragedii. Zderzyły się dwa auta, na miejscu zginęła kobieta, a dwoje pasażerów, w tym dziecko, zostało rannych. Bardzo współczuję, ale to zupełnie inna śmierć... Ja czekałam na informacje o naszej.

Ani słowa


W tym ogólnym bałaganie państwo Szmelterowie czują się zagubieni i powoli tracą nadzieję na to, że okoliczności tragicznej śmierci Mateusza zostaną dokładnie zbadane. Ich ból pogłębia fakt, że od braci Krzysztofa i Łukasza nie usłyszeli ani słowa współczucia czy zrozumienia. Może wtedy byłoby choć trochę łatwiej oswoić się z koszmarną sytuacją?

21-letni Krzysztof trzy dni po wypadku złożył zeznania, a następnie wyjechał do Niemiec, zobowiązując się do stawienia na wezwanie policji czy prokuratury. Nigdy wcześniej nie uczestniczył w wypadku drogowym. Prawo jazdy miał od trzech lat. W tym czasie raz tylko został ukarany mandatem mandat - jechał „70-tką” tam, gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 50 kilometrów na godzinę. Zarobił cztery punkty karne.

- Nie mamy żadnej teorii spiskowej. Nikogo nie oskarżamy - Kazimierzowi Szmeltorowi ze zdenerwowania trzęsą się ręce. - My się po prostu boimy tego bałaganu, lekceważenia sprawy. Zginął nam syn, proszę pani. Czy nam i jemu nie należy się uczciwe śledztwo?
Do dziś państwo Szmelterowie nie doczekali się wyników sekcji zwłok Mateusza.