Socjalistyczny raj na ziemi

Krzysztof Błażejewski 4 kwietnia 2014

Dziś mało kto o nich pamięta. PGR-y, czyli polskie sowchozy, miały ucywilizować polską wieś, pchnąć rolnictwo na nowoczesne tory. Pozostały po nich rozpadające się budynki i tysiące byłych pracowników, którzy w nowej rzeczywistości nie umieli się odnaleźć.

Jeden traktor ciągnie za sobą od razu bronę i trzy siewniki - takie usprawnienia wprowadzano w PGR-ach w połowie lat 50. XX stulecia.

Fot.: Archiwum

Po II wojnie światowej Wielki Brat domagał się wprowadzenia w Polsce takich samych zasad gospodarowania, jakie obowiązywały w Związku Radzieckim. Przed masową odgórną kolektywizacją ziemi udało się jednak jakoś obronić.


Ogłoszono reformę rolną. Ponadto na pozyskanych terenach poniemieckich znajdowały się dobrze utrzymane gospodarstwa rolne - często o liczącej tysiące hektarów powierzchni - z pałacami, dworami i licznymi obiektami zabytkowymi. Zostały one przejęte przez państwo i stały się główną bazą przyszłych polskich sowchozów. Nim jednak te powstały, minęło jeszcze kilka lat. Najpierw zajęto się kułakami.

Pierwsza spółdzielnia produkcyjna w naszym regionie powstała w 1947 roku w Mikołajkach w powiecie włocławskim. Jesienią 1948 roku przeprowadzono na Kujawach i Pomorzu wielką kampanię propagującą spółdzielczość na wsi. Aktywiści PPR i ZMP objeżdżali tereny wiejskie, a wiosną 1949 roku w wytypowanych odgórnie wsiach powstały pierwsze spółdzielnie.

Jak się okazało, w naszym regionie akcja była kiepsko przygotowana, o czym mówił na posiedzeniach egzekutywy sekretarz KW PPR w Bydgoszczy, Antoni Kuligowski. Na największy opór kolektywizacja trafiła w powiatach rypińskim i aleksandrowskim. Chłopi nie przychodzili na zebrania informacyjne. Udało się ich do tego zmusić dopiero za pomocą... mandatów w wysokości 5 tys. złotych za każdą nieobecność. W Radzikach Małych opornym rolnikom grożono aresztem, a na miejsce przybyli nawet funkcjonariusze UB. W Długiem pod Rypinem zamknięto chłopów w świetlicy i przetrzymano ich przez kilka dni, aż się zgodzili na to, czego ludowa władza chciała.

Ustawa o utworzeniu Państwowych Gospodarstw Rolnych weszła w życie 1 stycznia 1949 roku, ale powstawały one głównie w miesiącach wiosennych. Do końca roku obszar PGR-ów w naszym regionie przekroczył 100 tys. hektarów.

W pierwszej połowie lat 50. do pracy w państwowych gospodarstwach kierowano głównie przesiedleńców z kresów, zagrabionych przez Związek Radziecki, oraz przymusowo na „rehabilitację przez pracę” tzw. margines społeczny. Warunki życia były początkowo trudne. Pracownicy wraz z rodzinami mieszkali zwykle w czworakach i pracowali od świtu do zmierzchu. Dopiero w latach 60. zaczęto budować bloki mieszkalne i skrócono dzień pracy do 8 godzin. Później było jeszcze lepiej - PGR-y stały się pupilkiem komunistycznych władz. Pod koniec lat 80. zatrudniały już blisko pół miliona osób i zajmowały jedną piątą wszystkich uprawnych ziem Polski.

Socjal jak marzenie


Warunki socjalne w PGR-ach były znakomite. Władzy chodziło przecież o to, by pokazać, że lepiej pracować „na państwowym” niż gospodarować na własnej roli. Przeciętny pracownik państowego gospodarstwa, oprócz miesięcznej pensji równej trzem czwartym przeciętnej płacy w przemyśle, otrzymywał także trzynastkę, różne dodatki, wynagrodzenie za nadgodziny w sezonie oraz premie za wzrost produkcji. Do tego dochodziło praktycznie darmowe mieszkanie (nieodpłatnie remontowane co pięć lat) z niskimi opłatami za wodę i prąd, działka o powierzchni 25 arów do samodzielnego zagospodarowania oraz deputaty w postaci mleka, ziemniaków i węgla. Pracujący otrzymywali też gratis drugie śniadanie dla całej rodziny, mogli korzystać z darmowych wczasów i kolonii dla dzieci oraz sanatoriów. Było niemal jak w komunistycznej bajce. W teorii.

Niektóre PGR-y powstały w szczerym polu, wyrastając z czasem na nowoczesne osiedla. Miały swoje środki transportu, sklepy, świetlice, klubokawiarnie, kina, przedszkola, stołówki, szkoły, ośrodki zdrowia, pocztę i straż pożarną. Od typowych polskich wsi różniło je jedynie to, że nie było w nich kościoła.

Życie na zamkniętym terenie, na którym pojawiali się co najwyżej przyjeżdżający w odwiedziny krewni, sprawiało, że tworzyła się swoista zamknięta społeczność. Obowiązywały własne, miejscowe normy obyczajowe i przekonanie, że między swoimi można sobie pozwalać na więcej. Najwyraźniej było to widać w dzień wypłaty:

„To była plaga. Po wypłacie to już wiadomo - roboty nie ma. Trudno było kogoś znaleźć, żeby wysłać w transport traktorzystę (...) to wszystko pijane” - napisała Ewelina Szpak w pracy poświęconej życiu codziennemu w PGR-ach pt. „Między osiedlem a zagrodą”.

- Z PGR-ami zetknęłam się już w czasach szkolnych - wspomina Krystyna Młynarska, mieszkanka Torunia. - Regularnie jeździliśmy całą klasą do gospodarstwa w okolicach Turzna. Wiosną zbieraliśmy stonkę z ziemniaków, a jesienią pomagaliśmy przy wykopkach. Na obozach harcerskich pracowaliśmy zaś przy żniwach. Potem, przed studiami, miałam praktykę robotniczą w PGR-ze. Zauważyłam wówczas powszechny chaos. Przenoszono nas wciąż do innej pracy, wszędzie widać było bałagan, bylejakość, rzucało się w oczy ogromne marnotrawstwo. Część zbiorów gniła na polach, na inne sypano bez umiaru nawozy, a straty odrabiano, kierując więcej ziemniaków do gorzelni, co przynosiło zawsze największy dochód.

Oczko w głowie Edwarda Gierka


PGR-y miały być wzorem. Jednak idea pracy „na cudzym” w polskich warunkach się nie sprawdziła. Niska efektywność oraz w wielu przypadkach fatalne zarządzanie powodowały niewielką produktywność i deficyt, pokrywany z dotacji państwowych, które do 1988 roku pochłaniały ponad 50 proc. funduszy przeznaczanych na inwestycje w rolnictwie. Zużycie pasz, nawozów, sprzętu i innych materiałów było w tych gospodarstwach dwu-, a nawet trzykrotnie większe niż w gospodarstwach indywidualnych.

Jednocześnie produkcja z jednego hektara była znacznie niższa. Istniały gigantyczne rozbieżności wyników finansowych, uzyskiwanych przez poszczególne PGR-y w zależności od specjalizacji produkcji, kadry, kierownictwa, dostaw i jakości ziemi. Sytuacja nieco poprawiła się, gdy w latach 60. wprowadzono ograniczoną samodzielność finansową i produkcyjną. Pojawiły się wówczas wzorcowe gospodarstwa, produkujące na eksport, głównie do ZSRR, ale także do NRD i na Kubę. Lubili je odwiedzać dygnitarze partyjni i państwowi, a szczególnie Edward Gierek.

W latach 1960-1963 w naszym regionie łączono leżące obok siebie PGR-y w wielkie kombinaty. W połowie dekady Edwarda Gierka, tuż przed reformą administracyjną, na terenie Kujaw i Pomorza funkcjonowało 45 takich przedsiębiorstw, w skład których wchodziło 398 zakładów rolnych, 87 gorzelni, 24 płatkarnie i krochmalnie, 31 mieszalni i 22 suszarnie pasz. Areał wynosił 172 tys. hektarów, co oznacza, że niewiele powiększył się przez 25 lat, czyli od chwili powstania gospodarstw. Głównie następowało to przez przejmowanie zaniedbanych czy porzuconych gospodarstw. Na terenie dawnego województwa bydgoskiego państwowe gospodarstwa zajmowały tylko 13-15 proc. wszystkich użytków rolnych, a zatem grubo poniżej średniej krajowej.

Dopiero w 1972 roku wprowadzono w PGR-ach układ zbiorowy pracy, nastąpiła znaczna poprawa warunków bytowych. Jednak powszechne stało się zjawisko błędnego koła. Kto tylko mógł, uciekał z PGR-u do miasta - w tej sytuacji pozostawali na wsi ludzie najmniej mobilni i najgorzej wykształceni. Środowisko PGR-owskie w PRL-u zawsze postrzegane było jako najbardziej upośledzone społecznie i kulturowo, a pracownicy zajmowali najniższe miejsce w hierarchii zawodów.

W naszym województwie funkcjonowało kilka wzorcowych PGR-ów, z dumą pokazywanych najwyższym władzom i gościom z zagranicy. W ich utrzymanie ładowano ogromne pieniądze. Do najważniejszych należały gospodarstwa posiadające wielkie fermy trzody chlewnej - PGR-y w Mileszewicach, Chwaliszewie i w Krąplewicach, fermy tuczu bydła w Dużej Cerekwicy, Stobnie i Osówcu, wielkie zmechanizowane fermy krów mlecznych w Kobylnikach, Teresinie i Złotnikach Kujawskich.

- Dostałem kiedyś zadanie pilotowania gości z zaprzyjaźnionych z Bydgoszczą Czerkas na dzisiejszej Ukrainie - wspomina jeden z byłych działaczy PZPR z Bydgoszczy. - Po zwiedzeniu miasta pojechaliśmy do PGR Kobylniki koło Kruszwicy, aby goście mogli zobaczyć polskie nowoczesne rolnictwo. Tam zostaliśmy podjęci chlebem i solą, a potem zasiedliśmy do obiadu. Wtedy niemal wszystko w Polsce kupowało się na kartki, a tam stół zastawiony wszelkimi deficytowymi towarami aż się uginał. Goście tak pojedli i popili, że kiedy przyszło do zwiedzania obór i oglądania sprzętu, nikt już na to nie miał siły...

W latach 1978-1981 w PGR-ach nastąpiło załamanie produkcji. Pracownicy skarżyli się na brak ciągników, a także nawozów i preparatów ochrony roślin. Szczególnie po rejestracji „Solidarności” RI zatrudnieni w PGR-ach wytykali władzy preferowanie indywidualnych. Na dodatek kwitł nielegalny handel: środki produkcji, nasiona i inne towary pracownicy PGR-ów na lewo odsprzedawali okolicznym rolnikom. Plony spadały, ale teraz wszystko można było to zrzucić na powszechny kryzys.
A ludzie pozostali...

Przejście na gospodarkę rynkową i zniesienie dotacji spowodowały masowe bankructwa PGR-ów. Dwa lata później na mocy ustawy sejmowej zostały one zlikwidowane, a ich majątek przejęty przez Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa. Większość PGR-ów przestała istnieć jeszcze w roku 1991, a ostatnie pod koniec 1993. Procesowi temu towarzyszyły masowe zwolnienia pracowników. Skutki społeczne tego kroku wielu odczuwa do dziś.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-06-2014 11:52

    Oceniono 4 razy 1 3

    - bydgoszczak : Ty stary komunistyczny pieronie!!! Te PGRy musialy upasc bo mieszkaly tam same chlejusy i nieroby- dobrze ze je sprywatyzowano i oddano ziemie "kulakom" ktorzy mysla kapitalistycznie i nie maja dwoch lewych rak do roboty. Jak sie zas bylym peegierowcom nie podoba ze sa znowu najemnymi fornalami na gospodarstwach bogatych chlopow- to niech spierdalaja do Anglii na zbior truskawek! Moze sie tam oducza alkoholizmu.

    Odpowiedz

  2. 08-04-2014 22:44

    Oceniono 7 razy 6 1

    - sa: balcerowicz z mazowieckim zniszczyli PGR, bo zabronili im funkcjonowac w kapitalistycznej rzeczywistości Jesienią 1989 r jechałem w październiku o Olsztyna i widziałem hektary pół z nie zebranym zbozem , bo balcerowicz nie kazał udzielac PGR pożyczek na paliwo do maszyn, a w tym samym czasie balcerowicz dawał z polskich pieniedzy miliony dolarów dla zagranicznych instytucji finansowych , które to instytucje te pieniadze wyprowadziły z Polski na swoje konta w szwajcarii - słynne brygady z mariotta. balcerowicz zadłużył Polske na całe pokolenia , nic w zamian nie dajac krajowi. ten człowiek zasługuje na szubienice za szkody wyrzadzone Polsce. ale propaganda robi z niego znawce i fachwca. HA HA HA.

    Odpowiedz