Kiedy seks zbiega się z miłością [WYWIAD]

Paulina Błaszkiewicz 4 kwietnia 2014

„Żaden facet nie pomyśli: „O nieba, cóż za piękna białogłowa ze zgrabną kibicią właśnie przeszła mimo”, tylko już prędzej: „Pierwszorzędny tyłek, należy się za nim obejrzeć”, wielu zaś szepnie pod nosem „Ależ bym ją… (tu wstawmy swój ulubiony czasownik)”. I nie ma się co zżymać ani oszukiwać, że jest inaczej”.

Fot.: Radosław Kobierski

Rozmowa z WOJCIECHEM KUCZOKIEM, prozaikiem, poetą, laureatem Nagrody Literackiej Nike i Paszportu „Polityki”.



Nowy Wojciech Kuczok - takie opinie pojawiły się po wydaniu Pana ostatniej książki pt. „Obscenariusz”. Czy ten zbiór opowiadań różni się od Pana poprzednich książek?
No, chyba niewiele się różni. Zabawię się w krytyka tropiciela różnic: to samo wydawnictwo, to samo upodobanie do eksperymentów językowych, w dodatku nie pierwszy to i nie drugi zbiór opowiadań autora. Tematyka też nie jest nowa, bo w każdej z próz Kuczoka było sporo erotyki. Czasem była traktowana z dosyć krotochwilnym zacięciem, czasem dość poważnie, ale takiego świntuszenia było u niego zawsze dużo, więc to nic nowego.


Kinga Dunin napisała: „Szkoda mi dawnego Kuczoka, który napisał „Gnój”, książkę, w której o coś chodziło. W tej chodzi o rozrywkę, w miarę inteligentną, i żeby w ramach tej rozrywki trochę poświntuszyć, ale z gracją”...
To właśnie Kinga Dunin przyczyniła się do tego, że napisałem powieść „Gnój”. Po opublikowaniu kilku moich opowiadań w pewnym piśmie literackim wysłała do mnie list, pisząc w nim, że powinienem napisać właśnie powieść. Nigdy nie czułem parcia na epicki rozmach, jestem miłośnikiem form krótkich, ale lubię Kingę, więc postanowiłem zaspokoić jej pragnienia. Być może dlatego później, kiedy już moje ścieżki pisarskie rozbiegały się daleko od jej fantazmatów, nawet jeśli pisała o nich złośliwie, to nigdy nie pisała źle. Miała nawet odwagę mnie bronić, kiedy inni chlastali. „Senność” uznała za całkiem przyzwoite czytadło, choć zarzucała zbytnią łagodność w scenach homoseksualnych. Teraz łagodności zarzucić mi nie sposób, ale, oczywiście, kończąc swawolne żarty, chciałbym panią zapewnić, że postulaty krytyków nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Krytyk zawsze musi domagać się czegoś, co jest niemożliwe, a jeśli się to ziści, to on i tak nie raczy tego zauważyć. Jego postawa, jak sama nazwa wskazuje, musi być postawą krytyczną - to jest zajęcie dla urodzonych malkontentów. Z recenzji „Obscenariusza” autorstwa Kingi, którą pani przywołała, najbardziej spodobało mi się jedno zdanie, w którym z feministyczną swadą Dunin przypomina, że „To nie wagina jest za szeroka, tylko członek za mały”. Kinga Dunin to jedna z moich ulubionych - ze względu na poczucie humoru, wielką inteligencję i dystans do swoich feministycznych powinności - krytyczek feminizujących. Myślę, że tego dystansu brakowało największym boginiom feminizmu w humanistyce.


Zdanie „To nie wagina jest za szeroka...” jest najlepszym przykładem szowinistycznego myślenia. Odbiorcami kultury są głównie kobiety, to w znacznej części one kupują książki. Nie obawiał się Pan ostrej krytyki z ich strony?
Ejże, wszak w tej książce obowiązuje parytet. Połowę „Obscenariusza” zajmuje opowiadanie „Przyjdź do mnie”, którego główną bohaterką, zakochaną do szaleństwa, jest kobieta u progu starości. Potem pojawia się też jeszcze parę kobiecych postaci, napisanych wyrazistą kreską. Myślę, że punkty widzenia zarówno męskie jak i kobiece w mojej książce są zrównoważone.


To z czym mamy problem w „Obscenariuszu”? Elfride Jelinek też poruszała tematy erotyki i pornografii. O co chodzi? O język?
My, to znaczy kto? Pani ma jakiś problem z tą książką? My, naród polski? Być może naród ma problem z etosem polskiego literata wieszcza, któremu nie uchodzi pisać o plamach spermy na prześcieradle. Naród miewa też problem z akceptowaniem transgresji w galerii sztuki, problem z przekroczeniami estetycznymi na gruncie języka w literaturze pięknej, problem z nagością w kinie i teatrze. Polacy są narodem o niskiej kompetencji kulturowej, bardzo zachowawczym w swoich potrzebach. Przeciętny Polak chciałby kupić obraz, który będzie można fajnie powiesić na ścianie, i książkę, która będzie miała gruby, ładny grzbiecik i nie będzie odstraszała tytułem. W literaturze i sztukach wizualnych króluje drobnomieszczański guścik, dlatego występowanie wbrew tym filisterskim gustom i przyzwyczajeniom jest obowiązkiem artysty. Moim obowiązkiem literackim jest penetrowanie wszelkich wymiarów polszczyzny oraz poszukiwanie nowych jakości językowych. W przypadku „Obscenariusza” jest to posługiwanie się wszystkimi rejestrami mowy miłosnej z użyciem rozmaitych seksualizmów - także tych archaicznych, bardzo literackich, jak i wulgarnych, którymi posługujemy się na co dzień. Jeśli nie robimy tego w dialogu z ukochanym obiektem, to robimy to w monologu wewnętrznym. Żaden facet nie pomyśli przecież: „O nieba, cóż za piękna białogłowa ze zgrabną kibicią właśnie przeszła mimo”, tylko już prędzej: „Pierwszorzędny tyłek, należy się za nim obejrzeć”, wielu zaś szepnie pod nosem „Ależ bym ją… (tu wstawmy swój ulubiony czasownik)”. I nie ma się co zżymać ani oszukiwać, że jest inaczej. W „Obscenariuszu” niczego nie kamuflowałem.


To widać w opowiadaniu „Przyjdź do mnie”, w którym główna bohaterka jest daleka od wiary w romantyczną miłość z happy endem, do której przyzwyczaiła nas kultura...

Ale Sachalina właśnie przeżywa swoją romantyczną miłość. Dobiega końca jej poliamoryczna biografia, kiedy zaliczała rozmaitych chłopców, również przez dziurę w ścianie, nie znając ich twarzy. Na starość zakochała się bez pamięci w chłopcu i chce umrzeć z miłości, więc jest to właściwie powrót do tego romantycznego idiomu, w którym dziewczynki są wychowywane. Pod tym względem to bardzo tradycyjne opowiadanie, mimo że posługuje się radykalnymi środkami w opisie aktów miłosnych.


Ale pokazuje miłość i seks jako dwa odległe bieguny...
Ale one w przypadku Sachaliny nieszczęśliwie się zbiegają. Mamy tutaj przykład kobiety przerażonej z powodu czułości, która się z niej wylewa. Nagle okazuje się, że być może po raz ostatni w życiu ma tak zwany wzwód serca albo, jak sama mówi, czuje „serce w piździe”. Zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma przy sobie chłopca i że nie jest w stanie obronić się przed falą uczuć, które ją ogarniają. Wie, że to uczucie ją spala, dlatego odczuwa coś na podobieństwo posępnej rozkoszy. Cierpi, a jednocześnie jest szczęśliwa. Mam nadzieję, że w tych radykalnych środkach wyrazu udało mi się oddać stan zaburzeń, który uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie.


Co poza seksem łączy bohaterów „Obscenariusza”?
To, że wszyscy są bardzo nieszczęśliwi i nie radzą sobie z emocjami. Miłość w tych opowiadaniach funkcjonuje jako poważne zaburzenie osobowości. Bohaterowie właściwie ulegają zagładzie. W momencie, kiedy dochodzi do zespolenia przygody seksualnej z utratą kontroli nad uczuciami, kiedy seks zbiega się z miłością, to oni wszyscy stają się wobec tego bezradni i zranieni. Można powiedzieć, że „Obscenariusz” jest katalogiem zranień, by nie rzec „hurtownią ran” (to ładny tytuł średnio udanego tomu wierszy pewnego poety z Krakowa).


Albo oszustw. Bohaterka opowiadania „Przyjdź do mnie” to chyba najlepszy przykład samooszukiwania się kobiet...
Sachalina trochę się oszukuje, ale pozostali bohaterowie są oszukiwani. Bohater opowiadania „Momenty” - chłopiec zauroczony dziewczyną, która schroniła się w katedrze wrocławskiej przed deszczem, też nie bardzo rozumie jej intencję i pada ofiarą manipulacji. Okazuje się, że to swingerka, miłośniczka doggingu, szukająca inspirującej scenografii.


Ludzi podobnych do bohaterów „Obscenariusza” bardzo często spotykamy w prawdziwym życiu. Krótko mówiąc, nie radzimy sobie z uczuciami albo nie potrafimy ich właściwie odczytywać...
Jacy znowu my? W społeczeństwie są zarówno emocjonalni analfabeci, jak i ludzie empatyczni, zrównoważeni, bardzo namiętni i bardzo chłodni, są osoby rozerotyzowane, ale są też tacy, którzy w ogóle nie mają życia seksualnego, bo się go wyrzekli. Każdy to przeżywa indywidualnie. Myślę, że moglibyśmy wrócić do tego, co mówiłem na początku, czyli do tego zalęknienia w kontaktach z kulturą. Jeżeli bojkotuje się wystawy, przerywa spektakle czy ogłasza wyroki zakazujące sprzedaży książek, a na autorów nakładane są kary, to jakiś obraz kompetencji kulturowych tego społeczeństwa się kształtuje. Możemy z tego wysnuć wnioski, jak to społeczeństwo radzi sobie ze swoimi emocjami i czy w ogóle sobie radzi. Nieważne, czy w łóżku, czy w kościele.