Dziesięć słów, które zmieniają świat [WYWIAD]

Katarzyna Bogucka 4 kwietnia 2014

„Nie mogę przecież mówić o Ewangelii językiem Słowian z królestwa Bolesława Chrobrego. Chodzi o to, żeby głoszenie Ewangelii w swojej formie odpowiadało dzisiejszemu człowiekowi. Kapłan to jeden z nas, żyje w społeczeństwie.”

o. Maciej Sierzputowski

Fot.: Dariusz Bloch

O skutecznym i nowoczesnym głoszeniu Ewangelii w rozmowie z o. MACIEJEM SIERZPUTOWSKIM ze Zgromadzenia Ducha Świętego w Bydgoszczy.



Czy rekolekcje mogą być nieudane, bo np. głosi je osoba pozbawiona charyzmy, mówiąca bez polotu?
Rzeczywiście, są ludzie, którzy mają dar świetnego komunikowania się, lepiej niż inni używają słowa - a wierni przecież zwracają uwagę na formę. Moi znajomi, gdy wracali z kościoła, czesto zachwycali się: „Jak ten ksiądz ładnie mówił!”. Tylko co to znaczy? Że doskonale dobierał słowa? Oczywiście, lepiej się słucha takiego człowieka, ale w przepowiadaniu Słowa Bożego forma w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, choć dobrze byłoby nad nią pracować. Liczy się działanie Łaski Bożej. Słuchając nudnej homilii nierzadko sam doznawałem oświecenia. Zadziwiały mnie także świadectwa przemiany ludzi po moich kazaniach. Myślałem: „Przecież ja tego nawet tak nie powiedziałem.”. Przepowiadanie słowa nie zależy więc od krasomówczego talentu.


Ale krasomówczy talent, charyzma, no i nazwisko przyciągają do kościoła tłumy. Wystarczy sprawdzić frekwencję na spotkaniach ze znanymi rekolekcjonistami, np. z o. Janem Górą. Może warto zapraszać na rekolekcje „gwiazdy”?
Jest w tym pewne niebezpieczeństwo zwrócenia zbyt wielkiej uwagi na osobę, a nie na to, z jakim przekazem przyjechała, ale mimo wszystko, tacy duchowni są ogromnym darem dla Kościoła. Bo nawet jeśli ludzie przyjdą „tylko” na nazwisko, to już coś znaczy, np. charyzmat tego człowieka działa w dobrym celu. Można być przecież pełnym darów, a ich w żaden sposób nie wykorzystywać. Podsumowując ten wątek, nawet jeśli część tłumu przyjdzie do kościoła np. z ciekawości, rodzi się okazja do działania Boga, do dotknięcia człowieka i przemienienia go.


Ksiądz także przeżył przemianę życia, ale droga do niej była długa...
Jako młody chłopak, uczeń Technikum Elektronicznego w Bydgoszczy, z Kościołem nie miałem zbyt wiele wspólnego. Moja relacja z Bogiem? Była dosyć chłodna. Na pewno nigdy nie negowałem Jego istnienia, ale nie miałem też z Nim bliższego kontaktu, choć zostałem wychowany w rodzinie wierzących katolików. Rodzice prowadzili mnie do kościoła, ale gdy osiągnąłem wiek, w którym mogłem mniej więcej sam decydować o sobie, zrozumiałem, że religia, sprawy wiary za bardzo mnie nie interesują. Tyle było innych ciekawych rzeczy do zrobienia w życiu, miałem swoje pasje, im się poświęcałem.


A Kościół się księdzem interesował?
Irytowało mnie to środowisko. Byłem młody, miałem mnóstwo pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi. Pamiętam rozczarowanie kazaniami. Nie znajdowałem w nich żadnego odniesienia do mojego życia. Nie mogłem też znaleźć, chociaż pewnie za mało szukałem, grup w kościele odpowiednich dla mnie. Przy mojej parafii działało wprawdzie duszpasterstwo młodzieży, pamiętam, że pojawiłem się tam raz czy dwa razy, ale to z kolei było dla mnie za poważne i niezrozumiałe. Ci ludzie wspólnie się modlili, dzielili się swoją wiarą. Nie była to wtedy moja bajka. Potrzebowałem relacji na egzystencjalnym poziomie. Nie znalazłem jej i to był jeden z powodów, dla których nabrałem dużego dystansu do Kościoła.


Do konkretnych ludzi?
Do autorytetów: księży, rodziców, nauczycieli - takie typowe młodzieńcze niezgadzanie się. Bunty są normalnym elementem w procesie dojrzewania. Ja potrzebowałem starcia z autorytetami, którzy do tej pory mówili mi, co mam robić, żeby odnaleźć swoją tożsamość. Gdy dziś spotykam młodych ludzi, czerpię w kontaktach z nimi z własnego doświadczenia. Mnie najbardziej brakowało w młodości ludzi, którzy będą gotowi mnie wysłuchać. Pragnąłem otwartości i zwyczajnej gościnności, zrozumienia, a nie zmieniania przez wszystkich na siłę. Pytanie: „Jak dotrzeć do młodzieży zbuntowanej wobec całego świata, także wobec Kościoła”, powinniśmy sobie zadawać przede wszystkim my, kapłani, katecheci, bo faktycznie z tymi relacjami nie jest najlepiej.


Czy można za to winić styl duszpasterstwa?
Po części pewnie tak. Mam doświadczenia z Kościoła włoskiego. Pracowałem w Rzymie od 1996 roku. Byłem w szoku, uderzył mnie styl pracy zupełnie inny niż w Polsce, choć obecnie bardzo się to u nas zmienia. We Włoszech są oczywiście księża prowadzący tradycyjną formę duszpasterstwa, to znaczy czekający na ludzi w kościele. Jednak już Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu rzucił hasło, żeby otworzyć zakrystie, wyjść z nich i nie czekać na ludzi w kościele, bo oni i tak tam nie przyjdą. Nasze rzymskie duszpasterstwo było więc siłą rzeczy duszpasterstwem ulicy. To była taka wieczna kolęda, odwiedziny w domach przy najrozmaitszych okazjach. Ludzie byli wdzięczni, mieli potrzebę takiego właśnie kontaktu z Kościołem i chcieli, żeby ten kontakt wypływał z inicjatywy Kościoła, a nie odwrotnie. Gdy półtora roku temu wyjeżdżałem z Rzymu, czułem, że zostawiam tam rodzinę i dziś tęsknię za nią, choć tutaj też jest wspaniale i już widać efekty nowej ewangelizacji.


Dlaczego „nowej”?
Nie mogę przecież mówić o Ewangelii językiem Słowian z królestwa Bolesława Chrobrego. Chodzi o to, żeby głoszenie Ewangelii w swojej formie odpowiadało dzisiejszemu człowiekowi. Kapłan to jeden z nas, żyje w społeczeństwie. Papież Franciszek bardzo dużo mówi o nowej ewangelizacji, np. o tym, abyśmy żyjąc z ludźmi uczyli się od nich, w jaki sposób głosić Ewangelię. Papież napisał dokument „Evangelii Gaudium”, w którym prosi, żeby głosić to, co się przeżyło, żeby słowo przeżywać, a nawet przeżuwać. Ojciec święty czuje, że ze sposobem głoszenia Ewangelii nie wszystko jest w Kościele w porządku.


Pozostaje więc naśladować Włochów...
Mają sporo ciekawych form. Trafiłem w Rzymie na cykl katechez pt. „Dziesięć przykazań”, głoszonych przez niezwykle charyzmatycznego ks. Fabio Rosiniego, którego wiarę uformowały doświadczenia życiowe (dawniej ateista, wojujący antyklerykał). Miał zająć się grupą młodych ludzi tuż po bierzmowaniu, czyli po tzw. sakramencie pożegnania z Kościołem. Nie wiedząc, co z tymi dzieciakami robić - a jest biblistą - postanowił mówić im o tym, co fundamentalne, czyli o dziesięciu przykazaniach. Pierwsi słuchacze katechez bardzo się zmienili. Do ks. Fabia przyszli nawet ich rodzice z pytaniem, co zrobił z tymi dziećmi, bo dobrze się zachowują, uczą się. Kapłan nie był w stanie opisać rocznych, cotygodniowych spotkań, więc zaprosił rodziców na katechezy. Dwa lata temu ks. Rossiniego słuchało 1500 osób. Coś więc w tych kazaniach musi być.


Co nowego można powiedzieć o Dekalogu?
Niespodzianką jest to, że przykazania nie są rozkazami, nakazami, jak to nam kiedyś wpojono. W tradycji żydowskiej nie istnieje pojęcie przykazania jako rozkazu. Kiedy Bóg daje dekalog, daje dziesięć prostych słów instrukcji życia. Tymczasem i ja, i wielu innych ludzi zatrzymaliśmy się na pierwszokomunijnej, infantylnej wiedzy o Dekalogu, nie mając pojęcia, jaka tkwi w nim głębia. Gdy to zrozumiałem, przeżyłem ponowne nawrócenie, a teraz głoszę te katechezy u „duchaczy”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 07-04-2014 09:50

    Oceniono 3 razy 1 2

    - bebi: O. Macieja można teraz posłuchac na rekolekcjach w kościele na pl. Wolności.

    Odpowiedz

  2. 04-04-2014 16:26

    Oceniono 3 razy 1 2

    - kaia: Właśnie też byłam bardzo ciekawa, kiedy nastąpi druga edycja, bo teraz jest już końcówka spotkań. Mam nadzieję, że jeszcze w tym półroczu.

    Odpowiedz

  3. 04-04-2014 15:17

    Oceniono 4 razy 2 2

    - m: Prawdą jest, że co tydzień w piątek u Duchaczy dzieją się rzeczy Wielkie. Trzeba wierzyć, że już niedługo rozpocznie się "druga edycja". Wszystkim gorąco polecam.

    Odpowiedz