Za swoim chórem panowie murem!

Katarzyna Bogucka 28 marca 2014

„Gdzie te chłopy?” - chciałoby się zanucić, patrząc na topniejące szeregi towarzystw śpiewaczych, którym ton i sznyt nadają weterani sztuki wokalnej, amatorzy, dla których tydzień bez próby jest tygodniem straconym...

Wyrzyski Chór Męski powstał w 1999 roku. Jego założycielem i dyrygentem jest Piotr Jańczak (po lewej stronie obok prezesa Adama Nowaka) absolwent i pracownik naukowy Akademii Muzycznej w Bydgoszczy.

Fot.: vivat-musica.pl

ra można mówić o uzależnieniu od śpiewania, o pewnego rodzaju zobowiązaniu wobec przodków i historii. Bydgoskie Towarzystwo Śpiewacze „Halka” obchodziło w tym miesiącu 131 lat istnienia. Ta najstarsza męska formacja w Polsce szczyciła się dawniej, zwłaszcza w czasach, gdy chóry związane były z dużymi zakładami przemysłowymi, ponad setką chórzystów. Dziś wystarcza jej rząd krzeseł, czyli około 10 miejsc, o ile w dniu zbiórki pojawi się wsparcie w postaci głosów przyjaciół z mieszanego chóru „Dzwon”, działającego na bydgoskim Błoniu. Jaka to zgrana kompania, przekonać się można już po jednej próbie, szczególnie po tej ostatniej, połączonej z imieninami prezesa „Halki”, Józefa Szewsa (elegancki i szarmancki 83-latek, dawniej kwestor, zastępca dyrektora w ówczesnej WSP, od 31 lat w „Halce”). Łza mu się zakręciła w oku, gdy delegacja odczytała okolicznościowy wiersz, oto jego fragment:

„Drogi Józiu,


solenizancie, niech szczęście do ciebie płynie jak szeroka rzeka. Niech w każdej godzinie coś dobrego Cię czeka. Niech Ci chwila każda przemija wesoło, niech Cię zawsze otacza przyjaciół koło (...). Żyj nam, prezesie ukochany, przez nas wszystkich uwielbiany”.
Otwierania gardła, „wyciągania dźwięku na wargi”, interpretacji utworów - tego, m.in., uczą się na próbach chórzyści z bydgoskiej „Halki”. Na pierwszym planie Józef Szews, prezes chóru i, jak zapewniają chórzyści, jego najmocniejsza podpora

fot. Tomasz Czachorowski

Otwierania gardła, „wyciągania dźwięku na wargi”, interpretacji utworów - tego, m.in., uczą się na próbach chórzyści z bydgoskiej „Halki”. Na pierwszym planie Józef Szews, prezes chóru i, jak zapewniają chórzyści, jego najmocniejsza podpora


Prezes na takie życzenia (i prezent w postaci pamiątkowej statuetki od przyjaciół z „Dzwonu”) nie pozostał obojętny. Coś zaszeleściło, zadzwoniło i z pokaźnej torby wydobył pan Józef słodkości dla każdego druha i dla dyrygentki Kai Potrzebskiej, studentki Wydziału Dyrygentury Chóralnej i Edukacji Muzycznej Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, o której panowie mówią z uznaniem: „Bardzo młoda, ale zdolna i oryginalna. Radzi sobie z nami doskonale”. Pojawiło się też małe co nieco na rozgrzewkę, choć i bez tego było gorąco. Dyrygentka zaproponowała właśnie wiekowym panom (najmłodsza trójka liczy sobie lat 60 plus) wymachy rąk z jednoczesnym, naprzemiennym recytowaniem głosek „s” i „sz” (panowie w tym ćwiczeniu przypominają kosiarzy) albo cmokanie, ziewanie, klepanie się po udach, szczypanie po policzkach i drapanie po głowie (doskonały powód do żartowania z samych siebie), by zakończyć tę gimnastykę akupresurą nasady nosa, podobno poprawiająca koncentrację. Gdy chór zabiera się wreszcie za wielkopostne pieśni, prezes wprowadza nas po cichu

do halkowego skarbca.


Na półkach regałów stoją puchary, za szkłem spoczywają chyba najcenniejsze precjoza, batuty dyrygenckie z inskrypcjami wyrytymi na blaszanych paskach. Ledwo co już na nich widać: „Jubileusz koła śpiewackiego 1905 rok - pierwsza nagroda”, „W dowód uznania „Cecylia” z Mroczy 6.7.1913” - udaje się nam odczytać dwie dedykacje. Z trzecią jest kłopot, trzeba więcej światła: „Zjazd śpiewaków w Jarocinie 14-15 sierpnia 1904 roku, w dowód uznania Koło Śpiewu w Jarocinie”. Szafa kryje w sobie równie wiekowe, także polityczne, niespodzianki. Pan Józef zdradza, że wśród gromadzonych latami, dziś już pożółkłych nut są, m.in. pieśni o Leninie i Stalinie, pamiątki z lat 50. i 60.., gdy to władze mocno ingerowały w repertuar zespołu. - Kiedyś ludzie musieli śpiewać różne rzeczy - wyjaśnia prezes. - Gdy byłem w wojsku, śpiew w marszu był obowiązkowy, czy ktoś miał słuch, czy nie. Wykonywaliśmy pewnego razu marsz armii chińskiej…


Czas wracać do prawdziwych skarbów, do chórzystów, np. do historii pana Mariana Majewskiego. Tenor, na próbę wpadł lekko spóźniony, w kapelusiku, z rozwianymi połami płaszcza, z hasłem „Cześć pieśni” na ustach. Swoją przygodę z „Halką” rozpoczął, mając 17 lat, czyli w roku 1957. - Mój staż to 56 lat - mówi z dumą śpiewak i mistrz krawiecki. Do „Halki” wciągnął go szef i nauczyciel zawodu, mistrz krawiectwa Wacław Paczkowski. - Dlaczego dziś brakuje nam młodych? Może nie mają motywacji? Kiedyś nie było telewizji, radio też nie wszyscy mieli, więc tam, gdzie było słychać muzykę, śpiew, tam się po prostu szło, dla pasji, dla miłego towarzystwa. To była nasza motywacja. Nie pieniądze czy zaszczyty...

Krzysztof Sowa, (wysoki, brodaty, kraciasta koszula) pracuje w hurtowni. To jeden z młodszych śpiewaków „Halki”, podpora basów. Męskim chórem zainteresował się przechodząc pewnego dnia przez bydgoski Stary Rynek. - Usłyszałem śpiew. Zachwyciła mnie ta harmonia, brzmienie, a że mój głos dochodził właśnie do siebie po rzuceniu palenia, postanowiłem dołączyć do „Halki”. Nie wiedziałem jednak, gdzie tego zespołu szukać. Przypadek sprawił, że odwiedziłem znajomą pracującą w bydgoskim Towarzystwie Muzycznym przy ul. Skargi. Okazało się, że… pod tym właśnie adresem miał próby poszukiwany przeze mnie chór!

Z kolei Jerzego Pyszkę (40 lat w „Halce”, 37 lat w chórze kościelnym), który pracuje jako portier w UKW, do chóru wciągnął tata, który z kolei pasją śpiewaczą zaraził się od swojego ojca; zresztą więcej osób z tej familii do muzyki się garnęło. - Jestem trzecim pokoleniem w tym zespole - mówi z satysfakcją pan Jerzy, wiceprezes i skarbnik, który także swoją żonę, panią Krystynę, zaangażował do wspierania męskiej formacji, nie do śpiewania rzecz jasna, lecz do pracy w zarządzie. Wiele jeszcze godzin można by słuchać o historii „Halki” (dwie prace magisterskie poświęcono tej grupie), choćby tę o sztandarze, ukrywanym w czasie okupacji (pod groźbą śmierci) przez teścia jednego z chórzystów, Józefa Wiśniewskiego (jego staż - 40 lat).

Po drugiej stronie Wisły,


w Toruniu, od 27 lat działa chór męski „Copernicus” z dyrygentem Pawłem Jankowskim na czele. Na staż „Copernicus” z nikim nie rywalizuje, ale przecież ma w swoim gronie zacnych śpiewaków, którzy z wokalnej niwy nie schodzą od kilku dekad. Jednym z nich jest pan Medard Fiugajski z Chełmży, od 40 lat śpiewak tamtejszego Chóru Kościelnego „Święta Cecylia” liczącego aż 145 lat. Tak na marginesie, „Święta Cecylia” miała w swej historii tylko czterech dyrygentów. Przez ostatnie 50 lat działa pod dyrekcją pana Alfonsa Dorawy, a wcześniej pod batutą jego ojca. To ewenement na skalę kraju, a może i Europy!

Wróćmy do pana Medarda, który od początku wspiera także toruńskiego „Copernicusa”. Chór ten powołał do życia, na szybko, na potrzeby konkursu w Holandii, prof. Roman Grucza. - Ręką mistrza nie tylko w trzy miesiące skompletował zespół, ale także przygotował repertuar. Wróciliśmy z trzecią nagrodą! Perspektywa wyjazdu zagranicznego, wtedy jeszcze graniczącego z cudem, ściągnęła do chóru mnóstwo panów. Było w czym wybierać, dyrygent miał naprawdę wielki komfort pracy
- wspomina pan Medard. Sam śpiewa już od wczesnej młodości. Jako solista, członek duetu i kwartetu brylował w tzw. rozrywce, w domu kultury działającym przy cukrowni. - Byłem ministrantem, więc jasne jest, że próbowano mnie skaptować do chóru „Święta Cecylia”, ale w czasie kampanii cukrowej mieliśmy z zespołem z domu kultury tournée po cukrowniach - umilaliśmy czas pracownikom - więc nie dałbym rady występować na niedzielnych mszach. Gdy skończyła się praca dla cukrownictwa, oddałem się „Świetej Cecylii”, a później „Copernicusowi”.

Gdy zwracamy uwagę, że dwa wieczory w tygodniu pan Fiugajski spędza poza domem, ten prostuje. - Bywa, że więcej… Żona, która ma za sobą tylko krótki śpiewaczy epizod, nie zawsze przychylnie patrzyła na moją pasje, która stawała się nieraz poważną kartą przetargową. To prawda, jestem stale w ruchu, a to na próbie jednego chóru, a to drugiego. Śpiewam także jako solista w młodzieżowym zespole w domu kultury, jestem również rodzynkiem w kabarecie składającym się z ośmiu pań, no i rok temu wstąpiłem do scholi gregoriańskiej. To zupełnie inny rodzaj śpiewania i skupienia - mówi zapalony chórzysta. W jego rodzinie śpiew pokochały także: siostra, siostrzenica i jej dzieci. Bo właśnie tak, na zasadzie naturalnego naboru, przybywają do chórów nowi członkowie. A w zasadzie coraz rzadziej przybywają... - Zawszę doradzam jednemu czy drugiemu panu:

„Przyjdź, przekonaj się sam,


jak w naszym toruńskim chórze jest wspaniale”. Albo przytaczam znany chóralny żarcik (drugi, oprócz popularnego śpiewaczego suchara: „Jaka jest ulubiona wędlina chórzysty? Kiełbasa.”). Kandydat na chórzystę pyta kolegów, co robią na próbach i słyszy:

- Pijemy wódeczkę, w karty gramy.

- A kiedy śpiewacie?

- Jak wracamy do domu!”

Pan Medard zaznacza, że chór to odpowiedzialność, żmudne ćwiczenia, ale nut wcale nie trzeba znać.

- O młodych trudno - potwierdza zasłużony chórzysta. - Młody wyjeżdża na studia, później są małżeństwo, rodzina, dzieci, obowiązki. Łatwiej ściągnąć już ustabilizowanego życiowo pana. Tyle że z tych przeze mnie ściągniętych, akurat żaden się nie ostał…

Fakty


W obronie polskości

- Towarzystwo Śpiewacze „Halka” powstało 3 marca 1883 r. Jego założycielami była kilkunastoosobowa grupa polskich bydgoszczan z Teofilem Magdzińskim, Stanisławem Witeckim, Bolesławem Dworakowskim i Julianem Prejsem na czele, którym bliska sercu była sprawa obrony języka polskiego przed nasilającą się germanizacją. Śpiewacy wywodzili się w większości z sekcji śpiewu istniejącej od 1872 roku przy Towarzystwie Przemysłowym Teofila Magdzińskiego.
- Druga zasłużona formacja bydgoska to Stowarzyszenie Śpiewacze Męski Chór „Hasło”, założone 2 października 1920 roku pod nazwą „Koło Śpiewacze Kolejarzy w Bydgoszczy”. Zespół składał się z pracowników Warsztatów Kolejowych. W styczniu 1921 r. dał swój pierwszy koncert. W 1997 r. chór przestał być finansowany przez ZNTK w Bydgoszczy. „Hasło” liczy dziś mniej niż 20 osób.
- 7 lutego 1909 r. w Żninie powstało „Koło Śpiewackie Polskie” (znane dziś jako Męski Chór „Moniuszko”). Jego celem było podtrzymywanie ducha narodowego. Chórem opiekowały się: Klub Sportowy „Pałuczanka”, Cukrownia w Żninie, PSS „Społem” i, do dziś, Urząd Miejski.