Rewolucja w szpitalu grozy

Małgorzata Oberlan 21 marca 2014, aktualizowano: 21-03-2014 13:06

Zamknąć, zwolnić personel i zacząć wszystko od nowa - tak drastyczną receptę dla szpitala we Włocławku proponuje wielu. Tymczasem 39-letni Krzysztof Malatyński, od roku dyrektor lecznicy, w kolejnym skandalu widzi... pozytywne skutki wdrażanego programu naprawczego.

Fot.: Jacek Smarz

„Szpital grozy” - tak ochrzciły media Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki we Włocławku. Od początku tego roku dramat goni tu tragedię, a tragedię skandal. W prokuraturze toczy się w sprawie szpitala aż 15 śledztw, a 37 osobnych postępowań dotyczy ewentualnych błędów w sztuce lekarskiej. W tle jest restrukturyzacja placówki, o której sam jej dyrektor mówi „skansen”.

Zarobiony ordynator


W nocy z 16 na 17 stycznia tego roku na oddziale położniczo-ginekologicznym zmarły nienarodzone bliźnięta Ewy Szydłowskiej. Cesarskie cięcie wykonano dopiero po siedmiu godzinach od chwili stwierdzenia zaniku tętna płodów. Jak wykazała kontrola NFZ (do której wyników szpital wniósł zastrzeżenia), tragicznej nocy doszło do wielu uchybień.

Na odcinku późnej patologii ciąży przebywało 15 pacjentek, którymi teoretycznie miały się opiekować dwie położne. Jak się jednak okazało, jedna z nich została oddelegowana do pracy w oddziałowej izbie przyjęć. Druga nie była w stanie zapewnić pacjentkom wystarczającej opieki. Brakowało jednak nie tylko ludzi, ale i sprzętu. Zamiast deklarowanych sześciu aparatów KTG, były dwa. Kolejne uchybienie to brak wydruków i jakichkolwiek zapisów dwukrotnych badań, jakim w nocy miała być poddana pani Szydłowska. To, czy zostały celowo usunięte, bada prokuratura.


Tamtej nocy nad oddziałem teoretycznie czuwał ordynator - dr Waldemar Uszyński. Jak wyszło na jaw po dramacie, pełniący swą funkcję... na pół etatu, co nawet marszałek Piotr Całbecki na specjalnie zwołanej konferencji prasowej nazwał ewenementem. Według „Gazety Wyborczej” feralnego dnia ordynator Waldemar Uszyński był w szpitalu, ale spał. Potem pojechał do prywatnej kliniki. Ten wątek też badają śledczy.

Ordynatora zwolniono 7 marca. Powód? - Nie był gotowy do pośpieszenia z pomocą i zbudował nagannie funkcjonujący system pracy na oddziale - powiedział marszałek Piotr Całbecki. A dopytywany o tolerowanie pracy na pół etatu dyrektor Krzysztof Malatyński wyjaśniał mediom: „Taki stan rzeczy w szpitalu zastałem”.

Dramaty innych dzieci


Jak powiedział Jan Stawicki, prokurator okręgowy we Włocławku, badane są cztery przypadki śmierci dzieci jeszcze przed porodem. Wszystkie wydarzyły się na tym samym oddziale.

O przyczynienie się do śmierci ich dziecka oskarżają też szpital rodzice 2,5-letniego Oliwiera. Chłopiec trafił do włocławskiej lecznicy pod koniec listopada ubiegłego roku. Nie chciał jeść, miał zaburzenia równowagi i ślinotok. Po tygodniowej obserwacji lekarze stwierdzili, że Oliwier ma pasożyta i wypisali go do domu. W połowie lutego tego roku lekarz ze specjalistycznej przychodni skierował Oliwiera na pilne badanie tomografem komputerowym. Okazało się, że chłopczyk ma 10-centymetrowego guza mózgu.  Dziecko zostało przewiezione do szpitala w Łodzi, gdzie  zmarło w trakcie operacji.

W tej sprawie do prokuratury trafiły dwa doniesienia - rodziców przekonanych, że gdyby nie błędna diagnoza we Włocławku, Oliwiera udałoby się uratować, i samego dyrektora szpitala. Ten wniósł o zbadanie, jak dziecko leczone było przed hospitalizacją w jego placówce, jak w szpitalu, co działo się z nim po wypisie i, wreszcie, jak postępowali specjaliści w Łodzi. Śledztwo trwa.

Pijana prowadziła na badanie USG


Ostatnim (jak dotychczas) akordem tej czarnej serii jest historia położnej Marii W., która w minioną sobotę przyszła do pracy pijana. 61-latka, jak nieoficjalnie się dowiedzieliśmy, problemy z alkoholem miała nie od dziś. W sobotę stawiła się na dyżur na godz. 19 w stanie euforycznym. Jak przekazuje Krzysztof Malatyński, już o godz. 19.19 jeden z pracowników zadzwonił do niego z tą informacją. Do jej zweryfikowania wezwana została kadrowa, która przyłapała pijaną położną w momencie, gdy ta prowadziła ciężarną pacjentkę na badanie USG.

Dalej wypadki potoczyły się już szybko. Policja, pomiar (wyszły 2 promile alkoholu), odsunięcie Marii W. od pracy i zapewnienie zastępstwa. Wreszcie - zorganizowanie w poniedziałek w szpitalu kolejnej konferencji prasowej, w której znów uczestniczyły ekipy ogólnopolskich stacji telewizyjnych. - To przełom. Pękła zmowa milczenia - stwierdził na niej dyrektor.

Jego zdaniem, zaczął właśnie działać program naprawczy: pracownicy zaczęli racjonalnie reagować. On sam natomiast wszczął już procedurę dyscyplinarnego zwolnienia Marii W., nie bacząc na prośby jej rodziny czy toczące się postępowanie policji.

Dyrektor jak Domestos?


Krzysztof Malatyński nie rozważa podania się do dymisji. Odwołania go z funkcji nie przewiduje też marszałek województwa. - To nie rozwiąże problemów szpitala we Włocławku - mówi.

Wszystko wskazuje na to, że Malatyński w lecznicy ma spełnić rolę swoistego czyściela. Przypomnijmy, że placówka w obecnej formule działa od kwietnia 2013 roku. Powstała z fuzji szpitala i pogotowia ratunkowego, przeciwko czemu ostro protestowali pracownicy i związkowcy. Po połączeniu zarząd województwa mógł spokojnie już pożegnać się z Bronisławem Dzięgielewskim, poprzednim dyrektorem szpitala. Był z nim skonfliktowany, a jednym z powodów było wypłacenie sobie przez niego 20 tys. zł nagrody jubileuszowej wbrew woli zarządu województwa.

38-letni Malatyński przyszedł naprawiać włocławski skansen (takiego określenia używają i marszałek, i dyrektor) z Bydgoszczy. Ma bogate CV. Jest absolwentem Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania UMK w Toruniu. Ze służbą zdrowia związany jest od 1998 roku. Zanim trafił do Włocławka, szefował Wielospecjalistycznemu Szpitalowi Miejskiemu w Bydgoszczy. Został stąd zwolniony dyscyplinarnie w 2012 roku, ale odwołał się do Sądu Pracy. Ten jednak czeka na finał śledztwa Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy w sprawie finansowych nadużyć i niedopełnienia obowiązków przez cały były zarząd szpitala.

Szefowanie we Włocławku zaczął m.in. od zapowiedzi zmian w zatrudnieniu i wynagradzaniu pracowników. Szybko przez personel rozpoznany został jako „ten nasłany z Bydgoszczy”. - Jestem spoza tutejszego układu. Z nikim tu nie piję, nie robię zakupów. I o to chodzi - nie kryje Krzysztof Malatyński. - Wierzę, że ten szpital można naprawić, ale potrzeba na to 2-3 lat.

Program naprawczy zakłada nie tylko inwestycje w sprzęt, ale i ludzi. Mają podnosić kwalifikacje; trwa „odświeżanie kadry” na feralnym oddziale położniczo-ginekologicznym. Jako ostatni w województwie szpital zamierza wreszcie zdobyć certyfikat jakości ISO.