Porwali, a potem zabili?

Grażyna Ostropolska 21 marca 2014, aktualizowano: 21-03-2014 13:01

Czekali na Adama Frąszczaka przed jego domem w Janikowie. Zdążył krzyknąć: „Pomocy!” i... ślad po nim zaginął. - Nadzieja umiera ostatnia - mówi Iga, córka zaginionego, ale przyznaje, że jej wiara w odnalezienie żywego ojca jest coraz mniejsza.

Fot.: Archiwum rodzinne

44-letni Adam Frąszczak zniknął 23 maja ubiegłego roku. Wiele wskazuje na to, że uprowadzono go między 23.00 a 23.30 sprzed domu w Janikowie. Nie dla okupu, bo nikt go od rodziny nie zażądał. W grę mogły wchodzić rozliczenia ze światem przestępczym, bo tego, że Frąszczak był z nim powiązany, nie da się ukryć.
- Ja nic nie wiem o interesach ojca, bo on swoje

życie zawodowe zostawiał
za drzwiami


- twierdzi Iga. Dla niej był dobrym ojcem, więc od dziesięciu miesięcy robi wszystko, by go odnaleźć. Do stycznia liczyła, że policja dotrze do porywaczy. W zjawiska paranormalne raczej nie wierzy, ale sięgnęła po pomoc trzech znanych jasnowidzów. - W ubiegłym roku w ich wizjach mój ojciec wciąż był żywy, ale już w styczniu od każdego z osobna usłyszałam, że... nie żyje - wspomina.

Niedawno zatrudniła biuro detektywistyczne Krzysztofa Rutkowskiego i liczy, że może on rozwiąże tę zagadkę.
Była rozgoryczona, gdy policja zaczęła śledztwo od sprawdzenia, czy nie doszło do sfingowanego porwania, choć to rutynowa procedura.


Tak też było m.in. w przypadku uprowadzenia Krzysztofa Olewnika, którą ta sprawa zaczyna trochę przypominać.
Udało się nam ustalić, że wydarzenia poprzedzające zniknięcie Adama Frąszczaka mogły wyglądać tak. Jest 23 maja, godzina 9.00. Adam Frąszczak wyjeżdża sprzed swojego domu w Janikowie do Wrocławia. Bierze ze sobą brata Marka i pana M., uważanego w Janikowie za nałogowego alkoholika.

Brata zostawia na jednej ze stacji benzynowych we Wrocławiu i każe mu na siebie czekać. Trwa to pięć godzin, a w tym czasie Adam Frąszczak załatwia interesy. Spotyka się w jednym z wrocławskich barów z panem S. z Gorzowa Wlkp., powiązanym z mafią paliwową. Rozmawiają o interesach. Do czego jest im potrzebny alkoholik pan M.? Wiele wskazuje na to, że miał być tzw. słupem, czyli fikcyjnym prezesem wrocławskiej firmy „G”, bo to jego nazwisko pojawia się kilka dni później (29 maja 2013 r.) w rejestrze spółek.

Iga, która mieszka w Poznaniu, ma ostatni kontakt z ojcem o 22.20. Dzwoni do niej z Gniezna.
- Nie powiedział mi skąd wraca, tylko, że jest zmęczony i jedzie do domu - wspomina.
W Janikowie Frąszczak jest o 23.00 - wjazd do miasta jego skody fabii rejestrują uliczne kamery. Odwozi pana M. i brata, podjeżdża pod swój dom i tu rozgrywają się prawdopodobnie

dramatyczne sceny.


Porywacze musieli na niego czekać po prawej stronie domu, odgrodzonej od sąsiada wysokimi tujami. - Mogli tam wjechać autem, bo ojciec nie zamykał bramy, która właśnie tędy prowadziła do garażu na tyłach budynku - mówi Iga.

Frąszczak nie wprowadzał tam auta, zostawiał je na zewnątrz i wchodził do domu przez oddaloną od bramy furtkę. - Tak było i tym razem, więc porywacze musieli znać jego zwyczaje i wiedzieli, gdzie się na niego zaczaić - przypuszcza Iga. Po godzinie 23.00 sąsiadka z naprzeciwka usłyszała przeraźliwy krzyk: „Pomocy! Pomocy!”.Wyszła na balkon, ale nikogo nie zobaczyła i było już cicho, więc uznała, że się przesłyszała albo że były to odgłosy z czyjegoś telewizora. U sąsiada z prawej strony domu Frąszczaka zaczął po 23.00 ujadać pies, mężczyzna tylko go skarcił i nie wychodził z domu, bo padał deszcz. Przyjeżdżającego ani odjeżdżającego auta nie słyszał, krzyku podobno też.

W piątek, 24 maja, Frąszczak miał jechać do Niemiec z kolegą Robertem z Inowrocławia. Podobno po katalizatory, bo firma „AAF Trans II”, zarejestrowana na pana Adama (pod jego domowym adresem) zajmowała się oficjalnie sprowadzaniem używanych aut i handlem częściami samochodowymi. Inowrocławianin, z którym Frąszczak miał wtedy wyjechać, twierdzi, że nie zastał go w domu. Dzwonił też na komórkę, ale pan Adam jej nie odbierał.

- To dziwne, bo następnego dnia dwa telefony ojca, w tym jeden roztrzaskany, Robert, przyjaciel taty, znalazł na kamiennym podejściu tuż przed drzwiami domu - zauważa Iga. O tym, że ojciec zniknął, dowiedziała się w sobotę około godz. 15. Wychodziła z pracy, gdy zadzwoniła do niej partnerka jej ojca (matka Igi opuściła męża kilka lat temu). - Była zaniepokojona, bo tata miał wrócić w piątek wieczorem z Niemiec i do niej zadzwonić - wspomina córka. Wysłała ojcu SMS:

„Gdzie jesteś?”


- Nie odpowiedział, ale to mnie nie zdziwiło, bo on nie lubił pisać - tłumaczy Iga. Dopiero, gdy partnerka ojca zaczęła nalegać, by coś zrobiła, bo ona ma złe przeczucia, zadzwoniła do Roberta W., przyjaciela ojca z tego samego osiedla. Usłyszała, że w piątek widział auto ojca przed domem, ale się z nim nie spotkał. - Dziwne, bo oni się codziennie odwiedzali - komentuje Iga. Robert W. najpierw wysłał Adamowi SMS: „Sąsiad, gdzie jesteś, bo cię wszyscy szukają?” i dopiero po kolejnych naleganiach Igi podszedł pod dom Frąszczaka. Przed drzwiami zobaczył roztrzaskaną donicę i telefon komórkowy. Obok, na koronie tui, leżała bluza pana Adama, a przy krzewie - reklamówka z jego rzeczami.

W. zadzwonił do Igi, a ta do babci, która miała klucze od domu i znała kod alarmowy. Oboje z Robertem przeszukali dom i ogród. - Wyglądało na to, że napastnicy zaskoczyli ojca, gdy próbował wejść do domu - mówi Iga. Gdy przyjechała na miejsce, przed domem stało kilkanaście aut. Była policja i znajomi ojca, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o jego zniknięciu. - Wycieczki aut pod nasz dom trwały jeszcze parę dni - wspomina. Twierdzi, że janikowscy policjanci zbagatelizowali sprawę, nie zbadali śladów i mimo że jej to obiecali, nie powiadomili KMP w Inowrocławiu o domniemanym porwaniu. - Dopiero interwencja partnerki ojca w bydgoskiej komendzie wojewódzkiej spowodowała, że ruszyło śledztwo - mówi Iga.

- Śledztwo trwa i nadal prowadzone są w tej sprawie czynności - informuje Monika Chlebicz, rzeczniczka KWP.
Kryminalni ustalają, czy doszło do uprowadzenia, a niezależnie od tego śledztwa poszukuje się Adama Frąszczaka jako osoby zaginionej. Przeszukano już janikowskie jezioro i podobno zbadano sondą... wapienniki (wielkie rowy z wapnem z janikowskiej „Sody”)

Janikowscy policjanci rozpracowują też inny wątek, dotyczący trzech samochodów z przebitymi numerami, zarejestrowanych na Adama Frąszczaka. Dwa z nich zarekwirowali na terenie posesji zaginionego, a trzecim (mercedes) jeździła jego córka. - Nie wiedziałam - zapewnia Iga. - Może ojciec też nie wiedział, co kupił?

W taką bajkę policjanci nie wierzą, bo Frąszczak tkwił głęboko w samochodowym biznesie, był też powiązany ze znanym bydgoskim dealerem, na którego procesie zeznawał brat pana Adama. Nie z tego jednak źródła, jak twierdzą wtajemniczeni, pochodził jego majątek - ekskluzywnie wyposażony dom i pieniądze, które nosił w reklamówkach, bo konta w banku nigdy nie zakładał. Na czym zarabiał?

- Miał

kontakty z mafią paliwową


- podpowiadają ci, którzy dobrze znają jego przeszłość. Adam Frąszczak był jednym z oskarżonych w procesie tzw mafii szczecińskiej. Sprawa dotyczy przekrętów, związanych z obrotem paliwem (wyłudzanie podatku VAT, sprzedaż oleju opałowego jako napędowy itp.) Związani z tym procederem mafiozi tworzyli firmy - słupy i przez nie przepuszczali fikcyjne papierowe transakcje. Wieść niesie, że gdy 10 lat temu doszło do wpadki, Frąszczak wziął na siebie winę za uczynki jednego z bossów mafii z okolic Leszna. Przesiedział 3 miesiące w areszcie i poddał się dobrowolnej karze.

Dostał wyrok w zawieszeniu i został zobowiązany do zapłacenia na rzecz skarbu państwa, który stracił setki milionów złotych na aferze paliwowej, ogromnej sumy pieniędzy. Miał ją za niego spłacać ów boss i nawet obiecał panu Adamowi rekompensatę za uratowanie go przed procesem, ale potem o długu wdzięczności zapomniał. Podobno przed zniknięciem Frąszczak narzekał na brak pieniędzy, a były mu bardzo potrzebne, bo wraz z partnerką chciał budować dom pod Poznaniem (ten w Janikowie należy w połowie do jego byłej żony).

Podobno nalegał, by ów boss (prowadzący na co dzień legalne interesy i wysoko poukładany) natychmiast wywiązał się z obietnic, bo jeśli tego nie zrobi, Frąszczak wycofa swoje zeznania. Czy w tym celu pojechał do Wrocławia, gdzie rozmawiał z łącznikiem bossa, panem S. z Gorzowa Wlkp.? Co ustalił i jak się rozstali? Nie wiadomo, bo pan M. z Janikowa pije, trzęsie się ze strachu i milczy, a drugi uczestnik spotkania, pan S., nie przyznaje się do znajomości z bossem.