Rosja sięga po krymską kartę [WYWIAD]

Przemysław Łuczak 14 marca 2014, aktualizowano: 15-03-2014 10:59

„Gdyby odsunąć na bok emocje, nietrudno zauważyć, że cele Rosji są bardzo klarowne. Kieruje się ona własną racją stanu, wynikającą z mocarstwowych ambicji. Właśnie z uwagi na nie, czyli utrzymanie obszaru byłego ZSRR w swojej strefie wpływów, Kreml nie mógł sobie pozwolić na utratę Ukrainy. Radykalne działania, a nawet cyniczna propaganda wpisują się więc w strategię polityki zagranicznej”.

dr Agnieszka Bryc

Fot.: Archiwum

Rozmowa z dr AGNIESZKĄ BRYC, politologiem.



Czy prezydent Putin utracił kontakt z rzeczywistością, jak sugeruje kanclerz Merkel?
Zdecydowanie nie. Nie jest też niespodzianką, że Angela Merkel nie znalazła wspólnego języka z Władimirem Putinem. Dziwi jednak, że przywódcy państw zachodnich byli zaskoczeni zachowaniem prezydenta Rosji. Nie od lutego 2014 r. prowadzi on bowiem asertywną politykę, nie od dziś posługuje się specyficznym, zimnowojennym językiem, a także nie po raz pierwszy - tak jak Stany Zjednoczone - odwołuje się do użycia siły w polityce zagranicznej. Tak więc Barak Obama i Angela Merkel mieli czas przyzwyczaić się do sposobu uprawiania polityki przez Putina i, co więcej, jest on dla nich absolutnie przewidywalny.

Ale z punktu widzenia Rosji, która nie chce podporządkować się Stanom Zjednoczonym, jego polityka wydaje się racjonalna.

W Polsce przedstawiamy czarno-biały obraz sytuacji na Ukrainy, ale gdyby odsunąć na bok emocje, nietrudno zauważyć, że cele Rosji są bardzo klarowne.

Kieruje się ona własną racją stanu, wynikającą z mocarstwowych ambicji. Właśnie z uwagi na nie, czyli utrzymanie obszaru byłego ZSRR w swojej strefie wpływów, Kreml nie mógł sobie pozwolić na utratę Ukrainy. Radykalne działania, a nawet cyniczna propaganda wpisują się więc w strategię polityki zagranicznej i nie ma w tym żadnego szaleństwa.


Jakie błędy popełnił Putin?
Patrząc na dzisiejszą politykę Rosji wobec Ukrainy, widać, że Putin, z jednej strony, wyciągnął wnioski z Pomarańczowej Rewolucji, próbując na początku kryzysu wywrzeć pozytywną presję - pożyczka czy redukcja cen gazu. Z drugiej strony, popełnił błąd nie doceniając siły i determinacji obywatelskiej Majdanu i teraz za to płaci. Putinowi dość długo wydawało się, że Janukowyczowi uda się stłumić protesty. Sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli, niezwykle się skomplikowała i zmusiła Moskwę do sięgnięcia po kartę krymską.


Po co Rosji Krym?
Krym jest instrumentem Rosji w wywieraniu presji na Ukrainę. Pozwala na tyle destabilizować sytuację na Ukrainie, żeby udowodnić, że, po pierwsze, bez Rosji nie można rozwiązać tego kryzysu, a po drugie, że nowe władze nie zapewniają bezpieczeństwa i stabilności państwa. Gdyby jednak Rosjanie mieli zamiar dokonać zbrojnej interwencji, takiej jak kilka lat temu w Gruzji, przeprowadziliby ją bez zbędnych teatralnych posunięć.

Innymi słowy, Rosji nie chodzi o wchłonięcie Krymu, lecz o skuteczne zarządzanie niestabilnością na Ukrainie. Stąd też zapowiedź referendum, którego wynik jest do przewidzenia - akceptacja przez Rosję i odrzucenie przez Ukrainę i Zachód. W strategię tę wpisuje się również uznanie przez władze rosyjskie deklaracji niepodległości parlamentu Krymu. Proszę zauważyć, po wojnie z Gruzją Rosja uznała suwerenność Abchazji i Osetii Południowej, nie zdecydowała się jednak na ich przyłączenie do federacji.

Podobnie może być w przypadku Krymu. Jego wchłonięcie nie byłoby skomplikowane, zwłaszcza że Kreml mógłby uzasadniać to rosyjskim charakterem półwyspu, który dopiero w 1954 r. administracyjnie przypisany został do republiki ukraińskiej i, co ważniejsze, zamieszkują go w większości, bo w 60 proc., etniczni Rosjanie, czyli obywatele Federacji Rosyjskiej. Moskwa może też odwołać się do analogii amerykańskiej i użyć pretekstu dotyczącego obrony miejscowej, czytaj rosyjskiej, ludności. Zresztą takie uzasadnienie interwencji za granicą przewiduje rosyjska strategia bezpieczeństwa narodowego. Nie o to jednak chodzi. Za najbardziej prawdopodobny scenariusz uznaje się utrzymywanie obecnej sytuacji, czyli faktyczne opanowanie Krymu, lecz bez prawnej inkorporacji. Rzecz w tym, że Rosjanie muszą przede wszystkim zachować instrumenty presji na Ukrainę, a takim jest karta krymska, czyli nieuregulowany status półwyspu.

Kijów uważa działania krymskich władz za bezprawne, ale, z drugiej strony, legalność ukraińskich władz też jest mocno wątpliwa...
Stanowiska tak Zachodu, jak i Rosji z punktu widzenia prawa międzynarodowego budzą poważne zastrzeżenia. W istocie mamy do czynienia z rewolucyjnym nowym rządem w Kijowie, podważanym przez Rosję, a także obalonym prezydentem Janukowyczem, nieuznawanym przez Zachód. Problem polega na tym, że wprawdzie został on usunięty, ale, jak sam podkreśla, nie ma to mocy prawnej, ponieważ nie zostały wyczerpane przesłanki legalnego usunięcia prezydenta z urzędu, to jest śmierć, procedura impeachmentu lub zrzeczenie się stanowiska.


Dostrzega Pani jakąś płaszczyznę porozumienia Rosji i Stanów Zjednoczonych w sprawie Ukrainy?
Konflikt na Ukrainie należy rozpatrywać w szerszym kontekście międzynarodowym, zwłaszcza na płaszczyźnie stosunków rosyjsko-amerykańskich. Jedynym państwem, które jest w stanie wywrzeć skuteczną presję na Rosję, są zdecydowanie Stany Zjednoczone. Ich interesy ścierają się w innych regionach świata i tam może dojść do porozumienia, którego elementem będzie właśnie uregulowanie sytuacji na Ukrainie. Z dużym prawdopodobieństwem można wskazać na negocjacje w sprawie konfliktu w Syrii. Jeśli Moskwa zgodzi się na przykład na ograniczenie władzy Assada w Damaszku, to Waszyngton mógłby zostawić Kremlowi więcej swobody w stosunku do kryzysu na Ukrainie. W ten sposób obie strony byłyby w pełni usatysfakcjonowane, zwłaszcza że Bliski Wschód jest priorytetem polityki amerykańskiej, zaś obszar postradziecki - polityki rosyjskiej. Taki scenariusz może być realizowany bez rozgłosu, nawet mimo ostro brzmiących medialnych deklaracji obu stron w sprawie Ukrainy.


Jak będą wyglądały stosunki gospodarcze Rosji z Ukrainą?
Ukraina nie jest w stanie sprawnie funkcjonować bez związków gospodarczych z Rosją, a tej z kolei nie stać na zerwanie kontaktów z Ukrainą. Rosja przez lata była też wygodnym partnerem, ponieważ w odróżnieniu od UE nie wymagała reform wolnorynkowych, ani nie podważała legalności biznesów ukraińskich oligarchów. Stąd nie należy spodziewać się całkowitego zerwania stosunków gospodarczych między nimi, choć mogą występować poważne problemy. Premier Jaceniuk spodziewa się na przykład szantażu gazowego, zapowiedział jednak, że w takiej sytuacji odwróci przesył gazu ziemnego, niwelując działania Rosji. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Rosjanie doskonale zdają sobie sprawę, że uderzyłoby to w wiarygodność Gazpromu jako dostawcy gazu ziemnego do Europy. Co gorsze, mogłoby to jeszcze bardziej zmotywować Unię Europejską do dalszej dywersyfikacji, czyli ograniczania dostaw gazu z Rosji, a nie na tym jej zależy.


Czy Rosja powinna obawiać się zachodnich sankcji?
Tak, choć Putin temu zaprzecza. Pamiętajmy, że współcześnie żadne państwo nie jest samowystarczalne. Negatywne skutki ewentualnych sankcji dotkną więc wszystkich, począwszy od Rosji, po Niemcy, Wielką Brytanię, Francję i Polskę. Nie sądzę więc, żeby na Rosję nałożono szczególnie dotkliwe restrykcje.

Polska wyrosła na jastrzębia wśród państw nawołujących do surowych sankcji wobec Rosji. Czy powinniśmy bać się odwetu?
Oczywiście. W pierwszej kolejności awansujemy na jednego z głównych wrogów Rosji w Europie. Problem w tym, że dotąd choć na poziomie międzyrządowym nasze kontakty często były trudne, to na poziomie społecznym, międzyludzkim pozostawały one bardzo przyjazne. Wskazywanie na Polskę jako na państwo szkolące ekstremistów wrogich Rosji zmieniać będzie stosunek Rosjan do Polaków i wzmacniać antypolskie nastroje w społeczeństwie rosyjskim. Należy się także spodziewać trudności w wymianie handlowej, zwłaszcza ograniczeń w imporcie z Polski, a także restrykcji w stosunku do inwestycji polskich. Nie należy też mieć złudzeń, miejsce polskich firm bez wątpliwości zajmą korporacje brytyjskie, włoskie czy francuskie.


Dlaczego Putina popiera dzisiaj aż 67 proc. Rosjan, czyli więcej niż na początku jego trzeciej prezydentury?

Zdecydowanie jest to efekt sukcesu igrzysk w Soczi. Ponadto Putinowi pomaga wizerunek zdecydowanego, asertywnego przywódcy, z którym muszą liczyć się najwięksi tego świata. Tak więc ten korzystny dla prezydenta Rosji trend sondażowy będzie się utrzymywał.