Czas dzwonić po rozum do głowy

Katarzyna Bogucka 14 marca 2014, aktualizowano: 24-03-2014 14:02

GUS zliczył Polaków korzystających z telefonów komórkowych. W 2013 r. było 55 mln użytkowników mobilnej telefonii. Ilu z tego grona z aparatem wiążą jedynie kontakty służbowe i rodzinne, a ilu w towarzystwie telefonu modli się, je, śpi i wydala?

Fot.: Thinkstock

Pojęcie uzależnienie od telefonu komórkowego wciąż jest w powijakach, bo, po pierwsze, jako zjawisko stosunkowo nowe (acz dynamicznie rozwijające się), nie zostało jeszcze dogłębnie przebadane, więc statystyk brak, a po drugie, wielkiej rozwagi i wiedzy wymaga określenie granicy między normalnym użytkowaniem telefonu a patologią.



Wiadomo już, że w sidła elektronicznych gadżetów wpadają częściej młodzi mężczyźni. Na pokuszenie wiedzie ich na początku świat gier, później portale społecznościowe, portale randkowe, rozmaite komunikatory. A bywa, że wszystkie wymienione atrakcje uderzają w swoją ofiarę jednocześnie.

Mateusz, 22-latek, mieszka z rodzicami. Ma dwie komórki (jedną - pełen wypas, czyli dotykowy smartfon z aplikacjami pozwalającymi dosłownie sięgnąć kosmosu, i drugą, biedną, trzymaną na wypadek awarii atrakcyjniejszej siostry). Chłopak ma także laptopa, którego włącza zaraz po tym, jak nad ranem otwiera oczy. Laptop służy głównie do nauki, ale czasami jednocześnie przydaje się do grania, do „siedzenia na fejsie”.

Staje się niestety mało praktyczny, gdy trzeba iść do toalety. W WC sprawdza się komórka. Na uczelni (nasz bohater studiuje zarządzanie) telefon jest wyciszony, ale zawsze pod ręką, gdyby wykład okazał się zbyt nudny albo gdyby zadzwonił kumpel, dziewczyna, ktokolwiek, bo Mateusz zawsze odbiera. Nawet w kościele, chyłkiem, a jeśli opór społeczny jest zbyt silny, wtedy ukradkiem esemesuje. Do kolacji z rodzicami (nie zauważają miłości syna do gadżetów) chłopak zasiada wraz z komórką. Jeśli posila się sam w swoim pokoju, robi to z laptopem Do łóżka też zabiera smartfon i nierzadko zasypia z aparatem w ramionach.

- Wiem tylko tyle, że za dużo siedzę na tyłku - bije się w pierś zaatakowany zarzutem o uzależnienie. - Jeszcze zimą obiecałem sobie, że wiosną wezmę się za siebie, zacznę biegać. Jestem na dobrej drodze. Zaburzony się nie czuję, bo wszyscy korzystają z komórek. Miałbym odciąć się od świata? To prawda, że z telefonu korzystam prawie...18 godzin na dobę, ale czy to grzech? Co miałbym innego robić? I gdzie, z kim, skoro wszyscy są dzisiaj w necie?

Mateusz nie jest - jeszcze - najbardziej ekstremalnym przypadkiem. Na psychologicznych forach można znaleźć naprawdę dramatyczne historie. Pewien chłopiec szukający tam pomocy wyznał, że dziennie potrafi wysłać 200 SMS-ów, a z dziewczyną przegaduje przez telefon aż 70 godzin w miesiącu (źr. www.psychologia.apl.pl).

Fonoholizm mimo woli


W kategorii grzechu ściśle pojmowanego tego problemu nie można ujmować. - Bo grzech, według teologicznej definicji, wymaga pełnej świadomości popełniania złego czynu, a osoby uzależnione działają nieświadomie (choć jednak odmowę leczenia przez człowieka już świadomego potraktujemy jako grzech zaniedbania) - wyjaśnia ks. dr Jacek Jan Pawłowicz, który jako jeden z pierwszych studentów w Polsce pochylił się nad tematem behawioralnych uzależnień młodzieży.

Studiując na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w 2001 roku obronił pracę magisterską z zakresu psychologii pastoralnej (tzn. duszpasterskiej) pt. „Oddziaływanie multimediów na podświadomość człowieka jako problem pedagogiczny”, a później zajął się także problemem nowych uzależnień, m.in. fonoholizmem, bo tak określa się dziś patologiczną więź z własną komórką Inne nowe pojęcia z tym tematem związane to, m.in., nomofobia - skrót terminu no mobile phobia - oznaczająca nerwowość, wynikającą z braku możliwości skorzystania z telefonu, (bo na przykład rozładował się) albo discomgoogolation - strach przed brakiem dostępu do wyszukiwarki internetowej, do Internetu w ogóle.

Można żyć bez telefonu


Ksiądz publikuje w czasopismach katolickich (stworzył cykl artykułów o nowych uzależnieniach), a na co dzień pracuje na Ukrainie w mieście Czerkasy. - Z fonoholizmem było tak, że zacząłem od obserwacji siebie i świata. Przypuszczałem, że człowiek już nie może żyć bez komórki, ale później, na własnej skórze przekonałem się, że może.

Kapłan ma przy sobie komórkę tylko w czasie podróży. Jego znajomi wiedzą, że w domu na ogół uchwytny jest dopiero wieczorem. - Nie każdemu daję swój numer, więc nie ma takiej sytuacji, że komórka dzwoni i dzwoni - mówi ks. Pawłowicz. - Moja lista kontaktów jest krótka. Gdzie kończy się normalne, np. zawodowe, użytkowaniu tego sprzętu? Gdy przestajemy traktować telefon komórkowy jako narzędzie pracy, komunikacji, a zaczynamy myśleć o niej wręcz jak o przyjacielu albo nawet jak o żonie. Granicą są także przymusowe zachowania, np. gdy człowiek ciągle sprawdza, czy nie nadszedł SMS, czy ma jakieś nieodebrane połączenie, które przegapił, chociaż wibracja jest włączona.

Źle jest, gdy telefon staje się niezbędny do sprawowania kontroli nad obiektem uczuć (chłopak ciągle dzwoni i esemesuje do dziewczyny, ma ataki złości i zazdrości, gdy ta nie odpowiada). Nie są to dobre objawy i sama modlitwa tu nie pomoże. Znam księży, którzy wszystko chcieliby leczyć modlitwą. Cuda się zdarzają, owszem, ale tu potrzebny jest adres do specjalisty. Dałem takie namiary czterem młodym ludziom (w wieku 22-29 lat), którzy zgłosili się do mnie po tym, jak napisałem o fonoholizmie artykuł.

Marzenna Wrzeszcz, terapeutka, kierownik Poradni Terapii Uzależnień od Alkoholu i Współuzależnienia w Bydgoszczy (realizuje za ministerialne pieniądze terapię uzależnień m.in. od telefonu komórkowego) potwierdza potrzebę szukania granicy, ale jednocześnie akcentuje pilne wyrównywanie życiowych deficytów. - Bo to one powodują, że człowiek chętniej ucieka w kontakt z tabletem, z komórką niż w osobistą relację z człowiekiem - wyjaśnia.

- Kontakt nawiązywany za pośrednictwem urządzeń elektronicznych jest dla uzależnionego ciekawszy, bo jedną z przyczyn wejścia w ten świat jest nuda, ale przecież to kontakt odrealniony. Ciepła drugiego człowieka, spojrzenia w oczy, dotyku, uśmiechu telefon nie zastąpi. A pozawerbalne sygnały wysyłane w czasie rozmowy? One w 80 procentach kształtują jakość relacji międzyludzkich. Jeśli w przyszłości dominować miałyby w społeczeństwie związki elektroniczne, to co będzie z tymi realnymi? Wyniki badań są jednoznaczne. Preferowanie kontaktów telefonicznych czy internetowych spowodowane jest w dużej mierze trudnościami w realizowaniu bliskości fizycznej.

Uwaga! Fonoholik na drodze!


Głównym kosztem społecznym fonoholizmu jest pogłębianie się zaburzeń więzi. Inne koszty to, poza finansowymi, problemy ze wzrokiem, ze słuchem, wreszcie z koncentracją na otaczającym nas świecie, co może być niebezpieczne. Wiedzą coś na ten temat policjanci i naukowcy.

Eksperci amerykańscy stan rozproszenia kierowcy rozmawiającego przez komórkę porównali ze stanem osoby nietrzeźwej. Prawdopodobieństwo spowodowania wypadku w ciągu pierwszych sekund rozmowy przez komórkę wzrasta podobno aż sześciokrotnie. Odbierając telefon, kierowca rozprasza się na pięć sekund, co przy prędkości 100 km na godzinę daje przebieg 140 metrów. Wybieranie numeru zajmuje około 12 sekund, w trakcie których auto poruszające się z podaną wcześniej prędkością przejeżdża aż 330 metrów. Kierowca dekoncentruje się, zawęża się jego pole widzenia. Reakcja na zauważone na drodze przeszkody zabiera sekundę (jadące z prędkością 100 km auto w tym czasie pokonuje prawie 28 metrów). Rachunek jest prosty: 140 m (rozmowa przez telefon) plus 28 m (reakcja kierowcy) plus 50 m (hamowanie) równa się 218 metrów jazdy z wyłączoną głową... W zeszłym roku KWP ukarała mandatami 200-złotowymi i punktami karnymi (za to wykroczenie należy się ich pięć) 4862 kierowców jadących po kujawsko-pomorskich drogach z komórką przy uchu. Zatrzymani zawsze mieli jakieś ważne wymówki.

O ile w grę wchodziłoby uzależnienie od telefonu, mechanizm tłumaczeń byłby ten sam, co w przypadku alkoholizmu. Ta sama logika, identyczne usprawiedliwianie zachowań, identyczny system iluzji i zaprzeczeń. Tyle że terapia wygląda inaczej.

Abonent wiecznie dostępny


- Nie ma struktury grupowej - mówi Marzenna Wrzeszcz. - Nie ma także wymogu abstynencji. Pracujemy nad wyrównaniem poziomu korzystania z przedmiotów, a nie nad ich odstawieniem. Byłoby to niemożliwe, zważywszy na to, że komputer, komórka służy nam w pracy. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na przyzwyczajenia ludzi młodych. W czasie, gdy kształtuje się ich osobowość, nadmierne korzystanie z Internetu, z komórki, może w jakiś stopniu zaburzyć komunikację ze światem.

Chiny były pierwszym krajem, w którym to zaburzenie zauważono i nazwano (mobile phone dependence syndrome). Zaczęło się od słuchania muzyki, zmieniania tapet, dzwonków, etui, a później pojawili się ludzie uzależnieni od SMS-ów, od nowych modeli, komórkowi ekshibicjoniści, gracze, osoby obarczone wspomnianym wcześniej syndromem wyłączonego telefonu, którzy muszą zawsze i dla wszystkich być online, a w efekcie są potwornie samotni....