Płacz po Krymie, Ukraino...

Krzysztof Błażejewski 7 marca 2014

Polakom Krym kojarzy się z sonetami Adama Mickiewicza, pałacem zdrady w Jałcie oraz wakacjami Edwarda Gierka. Dla Rosjan ten półwysep, dziś część Ukrainy, to świętość. Jaki los czeka Krym w najbliższych miesiącach?

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Krym stał się częścią terytorium Rosji dopiero pod koniec XVIII wieku, kiedy caryca Katarzyna II, tak jak wcześniej z Polską, rozprawiła się z chanatem krymskim i zaczęła zabudowywać półwysep. Po dawnych wiekach pozostały nieliczne stare meczety i zrujnowany pałac chanów w Bachczysaraju.


Ten niewielki w sumie, pustynny i górzysty skrawek lądu dzięki wąskiemu pasowi południowego wybrzeża okazał się dla carów, ich świty, dla rosyjskiej arystokracji, a po rewolucji - dla całego społeczeństwa Związku Radzieckiego niezwykle ważny. Stał się synonimem luksusowych wakacji - pod palmami, w pełnym słońcu, na kamienistej wprawdzie plaży u stóp wysokich gór, wciskających się w błękitne, ciepłe wody. Jeszcze tylko Soczi i Batumi mogły w ZSRR rywalizować z Jałtą, Ałupką, Artekiem. To na Krymie swoje dacze mieli Stalin, Breżniew, Gorbaczow, generałowie, szefostwo KGB. To tam pławili się w ciepłej wodzie skryci przed zwykłymi śmiertelnikami Gierek, Honecker, Husak. Tysiące zwykłych obywateli ZSRR jeździły tam w ramach nagród partyjnych czy związkowych albo na leczenie sanatoryjne. Krym zawsze dla Rosji był miejscem magicznym.

Kłopotliwy dar Chruszczowa


Trudno było Rosjanom zrozumieć decyzję Nikity Chruszczowa sprzed 60 lat, zgodnie z którą przekazano Krym Ukraińskiej Republice Rad. Wtedy półwysep był niemal niezamieszkały poza wybrzeżem, bowiem Stalin deportował stamtąd prawie wszystkich Tatarów. Chruszczow - kolejny „car” pochodzący z Ukrainy, chciał zrobić swoim ziomkom prezent. I narobił... obecnego bigosu, choć sam go nie doczekał. Dopóki trwał ZSRR, przynależność Krymu nie miała większego znaczenia. Kłopoty zaczęły się po 1991 roku i to mimo ogłoszonej pośpiesznie przez rząd Ukrainy oficjalnej autonomii Krymu, aby na wszelki wypadek nie drażnić lwa. Szczególnie drażliwa okazała się sprawa stacjonowania Floty Czarnomorskiej Rosji.

Tylko maksymalny zoom podczas przejażdżki miejscowym stateczkiem po zatoce sewastopolskiej wydobywa stacjonujące za cyplem okręty Floty Czarnomorskiej Rosji, wielką dumę i chwałę także rosyjskojęzycznych mieszkańców Krymu, których jest tu większość.

fot. Krzysztof Błażejewski

Tylko maksymalny zoom podczas przejażdżki miejscowym stateczkiem po zatoce sewastopolskiej wydobywa stacjonujące za cyplem okręty Floty Czarnomorskiej Rosji, wielką dumę i chwałę także rosyjskojęzycznych mieszkańców Krymu, których jest tu większość.


Od zawsze flota ta, otoczona wojenną sławą, stacjonowała w Sewastopolu, mieście położonym na południowo-zachodnim skraju Półwyspu Krymskiego, które nawet w czasach ZSRR miało specjalny, autonomiczny status. Sewastopol to dla Rosjan legenda. To wielki mit, powód ich narodowej dumy. To tutaj w czasie wojny krymskiej w 1855 roku powstrzymana została armada turecko-francusko-brytyjska. To tu w 1942 roku przez wiele miesięcy miejscowy garnizon z poświęceniem odpierał ataki z lądu, nieba i powietrza wojsk niemieckich. Sewastopol to miasto - bohater ZSRR. W 2010 roku prezydent Janukowycz podpisał umowę na przedłużenie stacjonowania floty rosyjskiej w tym mieście aż do 2042 roku!

Z sewastopolskiego bulwaru im. admirała Nachimowa, bohatera wojny krymskiej, którego wysoki pomnik góruje nad nabrzeżem, widać oddalony o parę kilometrów drugi brzeg zatoki. Stoją tam niewielkie okręty w stalowym kolorze bez bander. Czyżby?

- Nie, nie, to nasi - wyjaśnia Sasza, właściciel niewielkiej łodzi, który proponuje przejażdżkę po zatoce. - Ruscy stoją tam, schowani za cyplem - pokazuje. - Chodź, pojedziemy zobaczyć...

Ukryta baza


Tysiące turystów codziennie daje się na to nabrać. Któż nie chciałby zobaczyć osławionych czarnomorskich okrętów wojennych Rosji? Ale ich sylwetki widać z licznych krążących po zatoce łódek i stateczków jedynie przez dobrą lornetkę. Bliżej podpływać nikomu nie wolno. A raczej - nikt nie ryzykuje.

O obecności wojsk Wielkiego Brata nie da się na półwyspie zapomnieć. Kto wie, w którą stronę skierować wzrok w czasie jazdy kolejką linową na szczyt Aj-Petri niedaleko Jałty, może zobaczyć między wierzchołkami gór skryte maszty. Podobna stacja radiopelengacyjna góruje również nad Sudakiem - niewielką turystyczną miejscowością na wschodzie Krymu, odległą prawie 200 kilometrów od Sewastopola. To stacja - własność Rosji - służąca łączności Flocie Czarnomorskiej. Ukryta w kotlince między szczytami, otoczona jest drutem kolczastym, posterunkami. Państwo w państwie.

Krym to także Jałta. Polakom Jałta kojarzy się jak najgorzej. Rosjanom - przeciwnie. To tutaj powstała powojenna potęga Kraju Rad kosztem innych krajów wschodniej i środkowej Europy. To tu wielcy przywódcy Zachodu karnie godzili się na wszystkie zachcianki Stalina. My liwadyjski pałac, niegdyś własność naszych ziomków Potockich, nazywamy pałacem zdrady. Rosjanie - pałacem... chwały.

Dziś Jałta ma się jak najlepiej, mimo iż Europejczykom nie chce się wierzyć, jak można było tak zabetonować wielopiętrowymi kolosami piękne wybrzeże. Najlepsze miejscowe hotele są znacznie droższe niż luksusowe bungalowy nad Morzem Śródziemnym.

- Moskwa, Leningrad, Syberia mają dużą kasę - mówi Siergiej, mieszkaniec Krymu. Jego ojciec był Polakiem wywiezionym z kresów podczas wojny, matka - Rosjanką. Zdaniem Siergieja, przynależność Krymu do Ukrainy to absurd. - Tutaj większość mieszkańców chce powrotu do Rosji - mówi. - Na Ukrainie bieda i same kłopoty. A Rosja? Rosja to wielki i silny kraj. Zawsze wszyscy muszą się z nią liczyć i jej woli ulegać... Ukraińcy zrazili miejscowych tym, że w ostatnich latach po każdej zmianie władzy w Kijowie rosły jak grzyby po deszczu wille nad brzegiem morza w Jałcie. Zobacz, dziś już w ogóle nie da się tam przejść...

Tatarzy wolą Ukraińców


Siergiej mieszka w Bałakławie. Aż do rozpadu ZSRR znajdowała się tam tajna baza atomowa, której nie mogło wykryć NATO. Okręty podwodne wypływały z wykutej w skale stoczni i wynurzały się dopiero na środku Morza Śródziemnego...

Dziś na Krymie trudno usłyszeć na ulicy język ukraiński. Nie włada nim także Tamara, która od niedawna w Bachczysaraju razem ze swoją siostrą Tatianą prowadzi restaurację. Specjalność kuchni to gołąbki w liściach winorośli. Siostry są Tatarkami. Niedawno wróciły w strony zamieszkiwane ongiś przez ich przodków i do interesu dorabiają, oprowadzając wycieczki po rekonstruowanej siedzibie chanów.

- Nam jest lepiej, od kiedy Ukraina oddzieliła się od Rosji - mówi Tamara. - Rząd daje sporo pieniędzy na odbudowę Bachczysaraju, na cerkwie, z każdym rokiem przybywa turystów, także z Polski i z Zachodu. Lepiej, żeby tak zostało...

Półwysep Krymski ma strategiczne znaczenie i jest bardzo trudno dostępny, o czym przekonywali się dawni najeźdźcy. Z północy prowadzi na Krym tylko jedna droga. Gdyby Jan Skrzetuski rzeczywiście posłował do chana, nawet on musiałby nią jechać. Tędy też wędrował Adam Mickiewicz pozostający pod wielkim urokiem tej ziemi, którą wyraził w „Sonetach krymskich”. Wąski pasek lądu, łączący Ukrainę z Krymem, którędy biegną szosa, tor kolejowy i kanał nawadniający półwysep, łatwo kontrolować. W dodatku po bokach znajdują się rozległe limany, słonowodne rozlewiska uniemożliwiające jakikolwiek dostęp z morza. W najwęższym miejscu przesmyku ustawiono wielki herb półwyspu. Zaraz za nim - rogatki i baraki, w których urzędują miejscowe służby graniczne. Jeszcze kilka lat temu szlabany były na okrągło podniesione, a baraki puste. W 2012 roku krymscy pogranicznicy zatrzymywali pojazdy, żądając opowiedzenia się, a w ubiegłym roku już kontrolowali Polakom paszporty.

Co krok awtomojka


Druga, podobna do poprzedniej, lądowa droga na Krym prowadzi z Rosji. Trzecia - także z Rosji przez ledwie kilkusetmetrową cieśninę kerczeńską, przez którą regularnie kursują promy. Potem pozostaje już tylko dostęp od strony wody.

Krajobrazy stepowej części półwyspu mają wiele uroku mimo permanentnego braku wody. To praktycznie ostatnie pozostałości dawnych Dzikich Pól. To tutaj Jerzy Hofmann kręcił plenery „Pana Wołodyjowskiego”. Dziś jedną z największych krymskich uciążliwości jest wszechobecny pył i kurz. Najpopularniejszą formą usług jest tu awtomojka, czyli myjnia samochodów, które już chwilę po opuszczeniu stacji są na powrót potwornie zakurzone.

- Cóż mają do nas Ukraińcy?
- pyta retorycznie Lila Mienszikowa, Tatarka, mieszkająca obecnie w Symferopolu, stolicy Krymu. Latem Mienszikowa zarządza ośrodkiem wypoczynkowym na wybrzeżu Krymu, którego właścicielką, podobnie jak i wielu sąsiednich ośrodków, jest bogata mieszkanka Moskwy.

- Sewastopol to czysto rosyjskie miasto, Symferopol tak samo, Jałta, Eupatoria, Kercz również - dodaje Mienszikowa. - Jeśli Ukraina weszłaby do Unii, to Rosjanie przestaną tu przyjeżdżać. Europa też tu się nie zjawi, bo dla nich jest trochę za daleko. I co się wtedy stanie? Unia nam pomoże? Przecież doskonale wiemy, że nie. I co ja wtedy zrobię? Przyjdzie mi pojechać do pracy na Zachód?

Mienszikowa urodziła się na Uralu, dokąd jej rodzinę w czasie wojny deportowano z Krymu. Przyjechała na półwysep już po rozpadzie ZSRR. Nie czuje się tu pewnie. Ukraińcom nie dowierza, Rosjan się boi. Wielu Tatarów na swoich dawnych działkach, gdzie kiedyś mieli domy, ustawiło z kamieni murki i niewielkie domki. Na znak, że dawni właściciele i ich potomkowie są, żyją i pamiętają. Bo o zwrocie ziemi na razie nie ma nawet mowy.

Gdzie Rzym, gdzie Krym?


Kiedy podczas wrześniowego ciepłego wieczoru przechadzam się sewastopolskim nadmorskim bulwarem, co krok napotykam grupki marynarzy i młodzieży (obu płci) w marynarskich mundurach. To kadeci marzący o morskiej karierze. Rozsiadają się w stylizowanym parku, na amfiteatralnie rozmieszczonych nad zatoką schodach. Ktoś ma gitarę. Odróżniam słowa i melodię „Podmoskiewskich wieczorów”. Pieśń niesie się daleko po spokojnej wodzie. Gdzie Rzym, gdzie Krym? - pojawia się w mojej głowie pytanie. Gdzie Sewastopol, a gdzie Ukraina?

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-06-2014 12:08

    Oceniono 1 raz 0 1

    - bydgoszczak : I dobrze tak tym faszystowskim ubowcom z majdanu ze juz stracili czesc swojego tzw. panstwa. Niech Putin zabierze im jeszcze Donieck i Odesse to wtedy beda tak cienko piszczec ze bedziemy mogli odzyskac nasz Lwow i Wolyn i ta upowska zgraje deportowac z naszego Lwowa do centralnej Ukrainy.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz