Demokratyczna „Szkoła w budowie”

Piotr Schutta 2 marca 2014

W Bydgoszczy powstaje pierwsza w regionie i jedna z niewielu w Polsce szkoła demokratyczna. O jej kształcie zdecydują dzieci i rodzice. Nauczyciele nie będą mieli władzy absolutnej, jak w zwykłej szkole. Nie będzie dzwonków i odpytywania na ocenę.

„Szkoła w budowie” na początek przyjmie 30 uczniów w wieku od 6 do 12 lat. Na 10-15 dzieci będzie przypadał jeden mentor. Czesne to 500 z miesięcznie.

Fot.: Tomasz Czachorowski

Ma ruszyć we wrześniu tego roku przy ul. Toruńskiej 50 w willi wyglądającej jak dom rodzinny. Jest to inicjatywa rodziców i Fundacja Kreatywnej Edukacji Jolanty Gawryłkiewicz, znanej z wielu niekonwencjonalnych projektów edukacyjnych. Jednym z nich jest prowadzone od kilku lat przedszkole autorskie, które również znajdzie się przy Toruńskiej.


Bydgoska „Szkoła w budowie”, na razie taką nosi nazwę, nie ma być klasyczną instytucją edukacyjną, lecz przyjaznym miejscem, w którym dzieci będą zaspokajały swoją ciekawość poznawczą przy pomocy dorosłych w roli mentorów, a nie nauczycieli. Z oferty edukacyjnej szkoły uczniowie wybiorą to, co będzie dla nich atrakcyjne. Będą się uczyć, ale nie będą nauczani jak w szkole tradycyjnej.
Na pierwszym spotkaniu zapytano dzieci czego oczekują od nowej szkoły. Odpowiedzi były proste, a zarazem rewolucyjne: każdy siada tam, gdzie chce, dzieci mogą pytać panią o wszystko, nauczyciel ma się bawić i biegać, a nie tylko rozkazywać, dzieci mają dostęp do wszystkiego.

Przy Toruńskiej 50 nie będzie dzwonka, siedzenia w ławkach i tradycyjnych klas z podziałem na grupy wiekowe ani klasycznych przedmiotów. Mentorami zostaną eksperci w swoich dziedzinach, naukowcy, pasjonaci, artyści - zawodowcy z uprawnieniami pedagogicznymi, doskonale odnajdujący się w relacji mistrz - uczeń.
- Proces edukacyjny musi być ciekawy i dostosowany do możliwości każdego dziecka. Dzieci same zdecydują, czego będą się uczyć i jakie pasje rozwijać. W naszej szkole pojawi się wielka tablica, na której uczniowie będą zapisywać swoje pomysły, a mentorzy połączą te zagadnienia w tematy. Tak, by przy okazji zrealizować minimum programowe, wymagane przez ministerstwo edukacji - mówi Jolanta Gawryłkiewicz.

„Szkoła w budowie” ma być placówką niepubliczną z uprawnieniami szkoły publicznej. Jak zapewnia jej twórczyni, z realizacją minimum programowego nie będzie problemu. - Powinno to zająć około 3 miesięcy - mówi Jolanta Gawryłkiewicz i podkreśla, że zadaniem szkoły ma być podążanie za uczniem, a nie zasypywanie go wiadomościami. Celem szkoły demokratycznej nie jest bowiem realizacja minimum programowego, jak w szkole tradycyjnej, lecz wychowanie dziecka na odpowiedzialnego dorosłego człowieka z poczuciem własnej wartości, świadomego swoich potrzeb i możliwości, otwartego na działanie w społeczności lokalnej.

Jak można przeczytać na stronie internetowej poznańskiej fundacji Edukacja Demokratyczna, na świecie istnieje już ponad 200 szkół demokratycznych. Ich liczba stale rośnie. W Polsce działa już pięć takich placówek: dwie w Warszawie, po jednej w Łodzi, Świętochowie i Poznaniu, gdzie powstała pierwsza w naszym kraju tego typu placówka pod nazwą „Trampolina”.

„Każdy jest wolny, tzn. nikt nie ma nad nikim władzy. Wolność nie oznacza jednak dowolności robienia wszystkiego, bo to oznaczałoby chaos. Wolność ograniczana jest prawami szkoły oraz prawami innych równych sobie członków społeczności” - piszą twórcy „Trampoliny”.

W ostatnich 10 latach najwięcej takich szkół powstało w Niemczech, Japonii, USA i Izraelu. Wkrótce powstaną też nowe placówki w Polsce: wspomniana w Bydgoszczy, ale też w Trójmieście, Wrocławiu, Krakowie, Białymstoku i Szczecinie.

Każda ze szkół demokratycznych ma swoją kulturową specyfikę, ale łączy je jedna wspólna cecha - uczniowie są równoprawnymi członkami społeczności. Na to co i kiedy dzieje się w szkole, mają taki sam wpływ, jak rodzice i nauczyciele.
Przeciwnicy szkół demokratycznych z niedowierzaniem podchodzą zwłaszcza do idei dobrowolności nauki, sugerując, że uczeń z własnej woli nigdy nie będzie chciał się uczyć. - Mówią tak ci, którzy znają tylko tradycyjną szkołę pruską (według jej modelu uczą się polskie dzieci, przyp. red.), która niszczy motywację ucznia do uczenia się. Z takiej szkoły wynosi się jedynie przymus. Owszem, istnieje niebezpieczeństwo, że uczeń ze starej szkoły w szkole demokratycznej może źle zrozumieć swoje prawa i wcale nie będzie chciał się uczyć. Ale nie o to tu chodzi. Uczeń ma sam wybrać z propozycji szkolnych to, co wyda mu się sensowne - mówi dr Marzena Żylińska z Torunia, lingwistka, neuropedagog, autorka książki „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. W swojej książce nie zostawia suchej nitki na tradycyjnym systemie oświatowym widzącym ucznia wyłącznie w roli odbiorcy i reproduktora wiedzy przekazywanej w sposób autorytatywny przez nauczyciela. Opierając się na wynikach najnowszych badań nad funkcjonowaniem mózgu człowieka, Żylińska udowadnia, że stara metodologia wyłącznie
utrudnia mózgowi proces uczenia się.

- Wierzę, że szkoła demokratyczna ma rację bytu. Widziałam coś takiego w Holandii i wiem, że u nas też się może udać. Musimy odejść szybko i jak najdalej od szkoły pruskiej, w której tylko dajemy i mówimy, mówimy, mówimy... - uważa Bernadeta Tadych-Manuszewska, pedagog z 31-letnim stażem, dyrektorka Niepublicznej Szkoły Podstawowej w Olszewce pod Nakłem, w której wykorzystuje się w nauczaniu i wychowaniu programy i projekty autorskie.