Świątynia drukowanego słowa

Szymon Spandowski 28 lutego 2014

Mamy w regionie cudo podziwiane na krańcach kontynentu. Niezwykłe miejsce, w którym kolumbijki prezentują swe wyjątkowe kształty ściskając dzieła pisarzy. Mamy też prawo, które nie pozwala muzeum w Grębocinie w peni rozwinąć skrzydeł.

Fot.: Grzegorz Olkowski

Święta Barbara ma pod swoją opieką spore zastępy, chociażby artylerzystów czy kamieniarzy. W Grębocinie niedaleko Torunia pod dach powierzonego jej średniowiecznego kościółka przyjęła również drukarzy. No, pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, kiedy ruinami gotyckiej świątyni zainteresowali się czciciele Gutenberga, dachu tam nie było. To nie święta Barbara zaopiekowała się więc drukarzami, ale oni jej kościołem, w którym urządzili jedno z najbogatszych w Europie muzeów piśmiennictwa i drukarstwa.


Niedawno przyjechała do niego pewna kolumbijka, zwracająca na siebie uwagę pięknymi kształtami i ozdobami. Ciemna piękność waży niemal tonę, liczy dobrze ponad sto lat i jest... prasą drukarską. Urządzenia tego typu opatentowane zostały w XIX w. w USA. Nazwę zawdzięczają konstruktorowi (George Clymer), który urodził się w hrabstwie Columbia niedaleko Waszyngtonu.

Jedna we Francji i jedna u nas


Poza Kolumbijką do Grębocina przyjechała również prasa Toulouse-Lautreca. W położonej w sercu Kujawsko-Pomorskiego wsi zapachniało wielkim światem... Wielki malarz i grafik z tego konkretnie urządzenia nie korzystał, jednak używał tego rodzaju pras. - Widać ją na jednym z jego plakatów, dlatego też jest z Lautrecem utożsamiana - mówi Dariusz Subocz, dyrektor grębocińskiego muzeum. - We Francji taką prasę posiada tylko jedno muzeum - dodaje.

I tu można by było zacząć wyliczankę czy też po prostu porównanie muzeów druku w wielkim świecie z tym w niewielkiej wsi. Znane w środowisku zachodnie placówki tego typu mają przeważnie po dwie, trzy, góra cztery prasy drukarskie. W Grębocinie jest ich dziewięć. Sercem tej kolekcji są cztery różnej wielkości albiony, XIX-wieczne prasy drukarskie, produkowane w Wielkiej Brytanii. W Polsce znajdują się jeszcze tylko dwa takie urządzenia, jedno w Toruniu, a drugie w Lublinie.

- Mamy jeszcze prasę Steinhofa, od której rozpoczęła się rewolucja przemysłowa w drukarstwie; zastąpiła ona swoje drewniane poprzedniczki - dodaje dyrektor Subocz. - Pierwszy egzemplarz powstał w roku 1790, a masowa produkcja rozpoczęła się na początku XIX wieku. Te urządzenia cieszą się wielkim zainteresowaniem, kilka lat temu Japończycy odkupili prasę Steinhofa od jednego z angielskich uniwersytetów, płacąc 40 tysięcy funtów. To najwyższa suma, jeśli o prasy chodzi. Naturalnie tamten okaz musiał być jednym z pierwszych, dlatego osiągnął taką sumę. Nasz jest skromniejszy, z pierwszej połowy XIX stulecia.

Gęsim piórem po czerpanym papierze


Maszyny w Grębocinie są nie tylko oryginalne, wartościowe i ładne, ale również sprawne. Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa jako jedne z pierwszych postawiło na czynną przygodę z historią. Przyglądając się eksponatom i słuchając opowieści o tym, jak człowiek uczył się pisać i drukować, uczestnicy organizowanych w Grębocinie warsztatów zajmują się czerpaniem papieru. Później siadają w wiekowych szkolnych ławach (z miejscami na kałamarze, u starszych zawsze widok ten wywołuje nostalgiczne westchnienie) i próbują swych sił kreśląc znaki gęsim piórem. Ławki, jak wskazują widoczne jeszcze tu i tam tabliczki, pochodzą ze szkoły w Tczewie. Słuchać trzeba uważnie, a pisać ostrożnie, by nie zrobić kleksa, np. gdy słucha się opowieści o tym, że Europejczycy wymyślając druk poniekąd podrobili ideę Chińczyków.
- Drewniane ruchome czcionki pojawiły się w Państwie Środka już w X wieku - opowiada Subocz.

- Czterdzieści lat przed wynalazkiem Gutenberga metalowe czcionki zastosowano w Korei, z tym że tam wytwarzane były one z metali wymagających przy obróbce bardzo wysokich temperatur. Produkcja ich była zatem skomplikowana, długotrwała i kosztowna.

Jak wyglądały takie wschodnie druki? Aby spojrzeć na karty dzieł japońskich, mongolskich czy tybetańskich, nie trzeba wcale jechać na koniec świata. Wycieczka do Grębocina w zupełności wystarczy, jest tu spora kolekcja egzotycznych ksiąg. Przekraczając próg kościółka przy ulicy Szkolnej człowiek traci poczucie czasu. Wydaje mu się, że dopiero co tu przyszedł, a tymczasem okazuje się, że słucha, patrzy, osusza papier i przekłada dźwignie prasy drukarskiej już od dwóch godzin. I ogląda tylko część przebogatych zbiorów, bo na wyeksponowanie reszty brakuje miejsca.

Do Grębocina przyjeżdża wielu amatorów takich niezwykłych wrażeń. Zaglądają tu m.in. studenci z Lublina, którzy choć u siebie również mają muzeum druku to jednak jedynie w Kujawsko-Pomorskiem mogą poznać w praktyce to, czego wcześniej uczyli się tylko w teorii. Pojawiają się także goście zagraniczni, nawet z Hiszpanii W zasadzie dlaczego nawet? Sława grębocińskiego muzeum sięga daleko. To tutaj została np. wykonana replika prasy Gutenberga, która później pojechała za Pireneje, aby tam przypominać o dziele mistrza z Moguncji. A skąd się biorą prasy i wiele innych eksponatów tutejszego muzeum? W większości sprowadza się je z zagranicy, bo pracujące kiedyś w naszym kraju kolumbijki czy albiony dawno już dokonały żywota na składnicach złomu. Wspaniale zatem, że w naszym regionie mieszkają zapaleńcy, którzy własnymi siłami odbudowują stary zrujnowany kościół, zbierają po świecie druki, przyrządy do pisania, maszyny, a później udostępniają je innym i jeszcze uczą, jak się tymi przedmiotami posługiwać. Miło jest mieć świadomość, że muzeum w małej polskiej wsi jest w gruncie rzeczy jednym z najważniejszych tego typu muzeów w Europie. Jaka szkoda więc, że państwo polskie z wagi tego ludzkiego zapału, zaangażowania i muzealnego skarbu zupełnie nie zdaje sobie sprawy. W świetle polskiego prawa muzeum w Grębocinie nie może na wiele liczyć, ponieważ jest prywatne.

- Oczekuje się od nas, abyśmy reprezentowali poziom muzeów utrzymywanych z budżetu samorządu czy państwa, a jednocześnie nie daje się nam możliwości rozwoju
- mówi Dariusz Subocz. - Muzea prywatne nie mogą ubiegać się o środki na rozwój pracowni konserwatorskich, eksponatów itp.

Zamiast nad rozwojem, ich właściciele muszą zatem na ogół skupiać się na tym, jak związać koniec z końcem. W tych warunkach zakup nowych eksponatów staje się wielką okazją do świętowania. Ile razy jednak niepowtarzalna okazja przechodziła koło nosa?

Dwie do kompletu


- Jakiś czas temu ktoś wystawił na sprzedaż dwie kolumbijki z pamiętającej jeszcze XIX wiek drukarni w Indiach - wspomina Dariusz Subocz. - Gdyby udało się je kupić, stworzylibyśmy komplet razem z tymi, które mamy - byłyby wszystkie rozmiary. Cóż, nie było nas na to stać, a sprzedawca nie chciał czekać.

Dwa najnowsze nabytki muzeum udało się kupić dzięki dotacji z Urzędu Marszałkowskiego. Jedna z najbardziej niezwykłych placówek kulturalnych w regionie otrzymała ją jednak nie na niesienie kaganka oświaty, lecz na rozwój mikroprzedsiębiorczości...