Pan doktor trenuje i współczuje

Katarzyna Bogucka 28 lutego 2014, aktualizowano: 08-12-2015 15:09

Przychodzi baba do lekarza, a tam: nadęty milczek, wyniosły mędrzec, władca pieczątek. A pacjenci? Też potrafią zajść za skórę - nierzadko słusznie - rozjuszeni systemowymi bublami. Co na to Ministerstwo Zdrowia? Radzi: więcej empatii...

Fot.: Thinkstock

Pacjent Józef Przemieniecki na swoim blogu zamieścił refleksje zebrane podczas 160 dni spędzonych na oddziale onkologicznym (tyle czasu potrzebowali lekarze, by, jak to określił autor wpisu, uporać się z jego nowotworem). Czytamy: „Miałem okazję z bliska obserwować zachowanie personelu medycznego i chorych. Wielokrotnie widziałem wzrok pacjentów w chwili wizyty lekarskiej w szpitalnej sali. Przypominał mi on wzrok psa, który czeka na to, aby być pogłaskanym przez swojego pana. Porównanie to może nie jest zbyt delikatne, ale najdokładniej oddaje postawę pacjentów. Niekiedy można było odnieść wrażenie, że pacjenta nie interesują wyniki badań czy informacja o dalszych procedurach leczenia, tylko stosunek lekarzy do jego osoby. Dlaczego brakuje lekarzom empatii? Dlaczego tak często przyjmują postawę automatu realizującego procedury?”.

Rutyna jak pancerz


Jeden z doktorów zrelacjonował panu Józefowi pewną rozmowę z żoną pacjenta. Kobieta ta miała pretensje, które on uznał za nieuzasadnione. Zarzucała mu brak życzliwego zaangażowania i zimną postawę wobec jej męża. Z kolei lekarz twierdził, że musi wyłączać swoje uczucia, gdyż w innym przypadku szybko się wypali. Czy to dobre usprawiedliwienie utrudniającego dialog dystansu, opryskliwości albo postawy milczącej spychologii, których chyba każdy pacjent choć raz doświadczył?


Dr Wojciech Szczęsny, chirurg z 30-letnim doświadczeniem, stan zniechęcenia zna. - Rutyna? Owszem, przez chwilę ma się dosyć pracy, ale ten stan mija. Powikłania, ciężkie operacje, kiepska atmosfera, z mobbingiem włącznie, do tego trudne rozmowy z pacjentami i myśli się: „Cholera, mam tego wszystkiego dosyć”. Ta rutyna być może jest formą obrony, takim pancerzem żółwia - zastanawia się nasz rozmówca - Bo gdybym miał się przejmować niezwykle dogłębnie wszystkimi chorobami, a było ich tysiące, śmiercią, prawdopodobnie rozmawialibyśmy dziś w klinice psychiatrii. Dlatego po wyjściu ze szpitala koniec, zaczynają się moje problemy. Owszem, dokształcam się, czytam, ale nie mogę cały czas myśleć o panu Malinowskim, któremu dziś amputowałem nogę, co on biedak teraz pocznie... Moim zadaniem jest zrobić to jak najlepiej i wskazać mu drogę rehabilitacji, także psychologicznej.

A jeśli ten Malinowski chciałby serdecznie porozmawiać, chciałby, żeby lekarz go objął?
- To trzeba wyczuć. Są pacjenci rubaszni, których można zagadać na wesoło i rzucić słówko, dwa żartem, ale z ludźmi na wyższym poziomie intelektualnym czy odczuwania rozmowy są trudniejsze. Psychologia jest ważna, tylko w tej całej rutynie, tonąc w tych stosach papierów, coś chyba tracimy...

Prof. Bogusław Borys, psycholog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, jedną z przyczyn braku zrozumienia dla pacjenta także upatruje w nadmiernej biurokracji. - Empatii uczymy się w domu, ale nie każdy ma to szczęście dorastać w zdrowym otoczeniu, na szczęście można się współodczuwania nauczyć, choć będzie ono wtedy nieco mniej spontaniczne. Od lekarzy natomiast bardzo wiele się wymaga w kwestii kontaktów międzyludzkich, zabierając im jednocześnie czas na te kontakty. A przecież mają leczyć, a nie uzupełniać rubryczki. Szkoda, że naszego systemu zdrowia nie stać na powszechne zatrudnianie sekretarek medycznych, dzięki którym lekarzmógłby się bardziej skupić na pacjencie, a nie na jego karcie. Abstrahując od przemęczenia, od zaabsorbowania papierami, ja jestem wielkim fanem przejawów życiowej dojrzałości emocjonalnej. Ona właściwie jest gwarantem tego, że lekarz, nawet bardzo zmęczony, wyprowadzony z równowagi przez pacjenta, potrafi jednak na tyle się kontrolować, że poza pewne granice nigdy nie wejdzie. Sa tacy!

Prof. Borys, od lat pacjent kardiologiczny, jest w tej szczęśliwej sytuacji, że leczy się u lekarzy dobrze mu znanych z relacji zawodowych: - Nie będę więc obiektywny - zastrzega.

- Nie spotkałem nikogo, kto zwróciłby moją uwagę nieżyczliwą postawą, ale jestem za tym, by osobiście upominać za zachowanie, które rani, razi - podpowiada profesor. - Tylko jedna uwaga. Bardzo liczyłaby się w takim dialogu jego wyważona forma, delikatne przywoływanie lekarza do porządku. Szkopuł w tym, że zdecydowana większość pacjentów na taki dialog się nie decyduje, bo ciągle jeszcze czuje się wobec lekarza jak petent, poza tym mówimy o ludziach nierzadko ciężko chorych z poczuciem zagrożenia życia wręcz, których nie bardzo stać na taką aktywność. Zdarza się, że rodzice chorego dziecka, zwykle matki, ostro reagują, gdy ich zdaniem, lekarze niewłaściwie odnoszą się do ich dziecka. To chyba najczęstsze tego typu sytuacje.

Stara szkoła


Na pytanie, jakie były relacje lekarz - pacjent 20, 30 lat temu, gdański profesor odpowiada, że znacznie gorsze niż dziś: - Patrzę na środowisko przez pryzmat swojej wieloletniej praktyki zawodowej i widzę wielu entuzjastycznych młodych lekarzy, którzy wiele godzin nauki poświęcili na psychologię, i jestem pewien, że wyciągają z jej dorobku dobre dla siebie i pacjentów wnioski.

Profesor Borys przywołuje także obraz starych lekarzy, mocno przywiązanych do postawy ex cathedra, którzy pacjenta traktowali paternalistycznie. - Chodzi o myślenie w stylu: „Ja wiem lepiej, co to za wymądrzanie się, proszę mi nie podpowiadać”.

- Trzeba też powiedzieć, że dzisiejsi pacjenci są zupełnie inni, bywają wyzwaniem dla lekarzy. Przygotowują się do wizyty, stając się w pewnym sensie partnerem do rozmowy. To jest dobre zjawisko, choć dla lekarzy może być kłopotliwe, bo muszą być przygotowani na masę pytań - dodaje prof. Borys.

Współpraca serialowa


Partnerstwo jest jedną z najbardziej pożądanych (z uwagi na efektywność) relacji na linii lekarz - pacjent, ale trudną niekiedy do osiągnięcia, bo zależną choćby od stanu chorego, ale i od postawy jego rodziny. Źródło tego partnerstwa sięga starożytnej Grecji, kiedy to, w duchu filozofii Platona i Arystotelesa, chorego z lekarzem łączyła tzw. przyjaźń lekarska (gr. philia - przyjaźń; iatros - lekarz).

Przykładem tej więzi stał się Hipokrates, który postrzegał chorego holistycznie, zgodnie z poglądem, że celem obserwacji lekarskiej jest nie tylko opis stanu fizycznego osoby chorej, lecz przede wszystkim poznanie jej charakteru, diety, miejsca zamieszkania oraz przeżywanych uczuć - tego wszystkiego, co mogłoby wpływać na samopoczucie pacjenta (źr. www.pum.edu.pl). Niestety, niewielu dzisiejszych pacjentów poznało luksus przyjaźni czy pokrewieństwa z lekarzem, który chorego poznałby od podszewki..

Budowania zdrowych, aczkolwiek pewnie nie na miarę Hipokratesa albo serialowego dr. House’a rozbudowanych relacji z pacjentami, studenci medycyny uczeni są od pierwszego roku. Dobrze byłoby, gdyby przyszli lekarze mogli, podobnie jak podopieczni prof. Jacka Imieli z Warszawy, zbieranie wywiadu trenować aż do skutku. Prof. Imiela to pomysłodawca słynnych letnich obozów w Działdowie, podczas których młodzież skrupulatnie (niemalże po hiporatesowemu) wgryza się w przypadki medyczne. Dewiza prof. Jacka Imieli jest prosta: ucz się, czytaj, rozmawiaj z ludźmi, ćwicz pamięć, bądź dociekliwy, nie zrażaj się ani nie rezygnuj za wcześnie.

Żacy z Collegium Medicum UMK dyskutują na temat rodzajów kontaktów z chorymi, m.in. na socjologii medycyny (20 godzin wykładów i ćwiczeń), podczas zajęć z psychologii lekarskiej (20 godz. wykładów), medycyny paliatywnej (20 spotkań, w tym 18 godz. ćwiczeń), poza tym, zagadnienia te przewijają się przez niemalże wszystkie przedmioty kliniczne. Ministerstwo Zdrowia uważa, że to być może wciąż za mało i od zeszłego roku pod egidą Naczelnej Izby Lekarskiej (przy wsparciu unijnym) oferuje młodym lekarzom (do 35. roku życia) bezpłatne, sześciodniowe kursy poświęcone, m.in. relacjom lekarz - pacjent. Tematem zainteresowało się już w całej Polsce ok. 500 osób. Wiedza o empatycznej medycynie ma być przekazana do czerwca 2015 roku w sumie 2 tysiącom adeptów tego zawodu, oczywiście, jeśli tylko zechcą na nieobowiązkowe zajęcia się zapisać. Nie jest to takie pewne.

Gdy w zeszłym roku próbowaliśmy przyjrzeć się szkoleniom organizowanym w Bydgoszczy, okazało się, że z powodu braku zainteresowania kurs przeniesiono do Torunia. Kolejne podejście do zajęć zaplanowano na marzec bieżącego roku, wciąż jednak nie wiadomo, czy zbierze się odpowiednio liczna grupa na warsztaty. Inna, tym razem komercyjna propozycja, także spaliła na panewce. Ośrodek Psychoterapii Psychodynamicznej w Bydgoszczy planował w styczniu dwudniowy kurs zatytułowany „Empatia w zawodzie lekarza - ochrona przed rutyną”. Na planach się skończyło.

Czyżby młodzi lekarze czuli się dostatecznie odporni na znieczulicę? - Bardziej chodzi o czas. Prowadzimy studia według skróconego programu, nauka trwa więc nie sześć, a pięć lat - mówi dr hab. n. med. Grzegorz Grześk, prof. UMK, specjalista chorób wewnętrznych, kardiologii, farmakologii klinicznej, konsultant wojewódzki w dziedzinie farmakologii klinicznej województwa kujawsko-pomorskiego. - Liczba przedmiotów jednak się nie zmniejszyła. Studenci bardzo narzekają, gdyż obciążenie nauką i tematami jest ogromne, a zajęcia trwają niekiedy do późnego wieczora. Jeszcze trudniej jest rezydentom, w pierwszych latach po stażu niezmiernie zapracowanym. Dyżurują, pracują w poradniach, najczęściej w kilku miejscach naraz. Muszą brać na siebie te obowiązki, bo zarabiają właściwie tylko na dyżurach i dzięki dodatkowej pracy.

Marta Korzecka, młoda lekarka, przyszły neurolog, nazywa swoją pracę poligonem. - Zatłoczona przychodnia, kolejka, tłumek pod drzwiami, ponoć chcą tylko „zapytać”. Jakiś pacjent dzwoni z pilną sprawą, nagle ktoś z wynikami badania ciśnienia krwi próbuje dostać się do środka, łapie za klamkę - opisuje swój zwykły dzień pracy pani Marta. - Do końca zostało mi półtorej godziny, ale wiem, że posiedzę dłużej i słyszę zza drzwi pomruki niezadowolenia. Huśtawki nastrojów są na porządku dziennym, w końcu pracuję z wrażliwymi na swój stan ludźmi. Od lekarza wymaga się, żeby był ponad to. Raz się udaje, innym razem nie.

Chirurg nie może się mylić


Lekarz powinien też radzić sobie z emocjami własnymi, pacjentów i... internautów. Zdaniem dr. Szczęsnego, jakkolwiek cenne są wszelkie „empatyczne” szkolenia - najlepiej z udziałem doświadczonych lekarzy - żadne z nich nie jest panaceum na wszystkie medyczne bolączki. Te wprost wylewają się z internetowych forów, z medialnych doniesień. - Gdy czytam pełne nienawiści komentarze, czasem mam ochotę odpowiedzieć: „Masz tyle lat co ja, trzeba się było uczyć i zostać lekarzem, miałbyś być może dziś to samo.

Idź na salę, otwórz brzuch pacjenta, zrób coś, wylecz go i nie mówi mi, że to jest mój zawód” - odpowiada na pytanie o powiązanie jakości usług z zarobkami lekarzy i ze społeczną oceną tego zawodu dr Szczęsny. - Nie mam nic przeciwko temu, żeby policjanci zarabiali po 15 tys., ale przyłapani na oszustwie, niech poniosą konsekwencje. Podobnie powinno być z lekarzami. Gdy się kopie rowy i kopie się je krzywo, przyjdzie kolega Franek, podpowie, że tu i tu trzeba poprawić. W medycynie czasem nie ma odwrotu. I za to powinno się ludziom płacić i oczywiście jednocześnie bezwzględnie od nich wymagać.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 08-12-2015 14:16

    Brak ocen 0 0

    - Jan nowak: Wojciech Szczesny zapomnial jak 1994 roku falszowal obdukcje I skladal falszywe zeznania przed sadem a dzisiaj taki szlachetny

    Odpowiedz