Kobiety siłą w Parlamencie Europejskim

Dorota Witt 24 lutego 2014

Feministki mówią, że wymagane 35 proc. kobiet na listach wyborczych do europarlamentu to za mało, by wyrównać szanse, z kolei konserwatywni politycy - że takie rozwiązanie uwłacza kobietom, bo nie można ich na siłę pchać do polityki.

Fot.: Jacek Smarz

W tym roku podczas tworzenia list wyborczych do PE partie po raz pierwszy muszą przestrzegać kwot: 35 proc. miejsc należy się kobietom. Ugrupowania liberalne zapowiadają, że polityczkom oddadzą sprawiedliwie połowę miejsc, nazwiska kobiet i mężczyzn na listach będą zapisane naprzemiennie - w systemie suwakowym, a i jedynek paniom nie poskąpią. Koalicja Twojego Ruchu i Europy Plus zapowiada, że odda kobietom 6 pierwszych miejsc, a mężczyznom zostawi o jedno więcej. Niektóre partie konserwatywne potrzeby narzucania liczby kobiet na listach nie rozumieją.

Pełną listą wyborczą chwali się już koalicja SLD i Unii Pracy. Jest pół na pół, choć 1. miejsce zajmuje europoseł Janusz Zemke. Na miejscu 2. Elżbieta Krzyżanowska, radna sejmiku województwa, była wiceprezydent Bydgoszczy, na 3. Urszula Polak, prezeska toruńskiego oddziału ZNP, radna miejska, a na 5. Urszula Iwicka, prezeska inowrocławskiego sanatorium „Oaza”, miejsce 7. zajmuje Danuta Wioletta Brzoskowska, lekarka i radna powiatu golubsko-dobrzyńskiego, a 9. Beata Gaik-Mazurek, prezeska zarządu Barcińskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji.
Tomasz Lenz, poseł, przewodniczący
kujawsko-pomorskiej PO:
Takie ugrupowania jak SLD, który podkreśla swoje równościowe poglądy, mają stosunkowo nieliczną damską reprezentację w PE. PiS, który też podkreśla wagę kobiet w życiu politycznym, ma ich w swoich szeregach śladową liczbę. PO ma dużo więcej kobiet w Sejmie i PE. Wiemy, jak ważne jest, by kobiety angażowały się w życie społeczne i publiczne. Więcej w tym zakresie robimy, niż mówimy. Wciąż jednak mężczyznom łatwiej przebić się do polityki, może dlatego, że mają na to więcej czasu, kobiety często są zajęte domowymi obowiązkami. Kwestią czasu jest jednak, by panie działały w polityce w równym stopniu co mężczyźni.

Solidarna Polska nie przedstawiła jeszcze swoich kandydatów na eurodeputowanych, podobnie jak PSL. Na początku marca poznamy kandydatki i kandydatów PiS i Polski Razem Jarosława Gowina. Ani o parytetach, ani o suwakach przedstawiciele tych ugrupowań w regionie mówić nie chcą. Członkowie regionalnej PO zapowiadają, że jej lista będzie najprawdopodobniej podzielona pół na pół miedzy kobiety a mężczyzn.
Jedynką na liście koalicji Twojego Ruchu i Europy Plus jest feministka i krytyczka literacka, Kazimiera Szczuka, ale pozostałych miejsc jeszcze nie obsadzono. - Pełne listy przedstawimy za 2 tygodnie - zapowiada Iwona Legędź, rzeczniczka Twojego Ruchu. - Planujemy pełny parytet: miejsca będą podzielone pół na pół, zastosujemy też system suwakowy. Obowiązkowe kwoty to dla nas zdecydowanie za mało.
Kazimiera Szczuka to nie tylko pierwsza wojująca feministka, startująca do PE z naszego okręgu, ale i pierwsza, której poparcia udzielił Kongres Kobiet. - Kobiety, które planują kandydowanie w wyborach, mają świadomość, że moc kongresu jest ogromna i że nasze wsparcie może być podczas kampanii niezwykle ważne - mówi Dorota Warakomska, rzeczniczka Kongresu Kobiet. - Działają z nami panie reprezentujące wszystkie, nawet konserwatywne ugrupowania. Tak, są nawet polityczki z PiS-u. Ale kandydatki się od siebie różnią i właśnie tę różnorodność chcemy pokazać głosującym, popierając panie o różnych poglądach. Możemy to zrobić dzięki temu, że wszystkie kobiety startujące do PE, które chcą naszego wsparcia, promują bliskie nam idee równości.


Już podczas pierwszego kongresu kobiet głównym postulatem było wprowadzenie parytetów na listach wyborczych. W 2012 r. obiecał to premier Donald Tusk. Kwoty to więc i sukces, i porażka: - Ale jednak krok w dobrą stronę - podkreśla Warakomska. - Walczyć trzeba o sprawiedliwość na listach, ale też o wprowadzenie suwaków. Jest jeszcze sporo do zrobienia, ale coś drgnęło.

Żeby drgnęło bardziej, trzeba przekonać wielu polityków, bo tych nieprzekonanych wciąż sporo: - Kobiety na pewno poradziłyby sobie bez kwot, bo te uregulowania nie są do niczego potrzebne - uważa Ireneusz Stachowiak, pełnomocnik Solidarnej Polski Kujawsko-Pomorskiego. - Zmuszanie kobiet do udziału w polityce jest dla nich uwłaczające. Ktoś ostatnio zadał mi pytanie, czy gdyby na listach były same kobiety, walczylibyśmy o parytety dla mężczyzn? Wątpię. Spotykam wiele kobiet zaangażowanych w politykę, aktywne panie są i w partii, i w naszej młodzieżówce, inowrocławską rządzi kobieta, Ania Trojanowska, jedna z najmłodszych w Polsce radnych miejskich, i radzi sobie świetnie.

- A dlaczego mężczyźni mają się martwić o honor kobiet? - zastanawia się Dorota Warakomska. - I skąd pomysł, że obecność na liście wyborczej może polityczce uwłaczać? A mężczyźnie nie uwłacza? To jakiś absurd. Kwoty mają zagwarantować tym Polkom, które chcą zajmować się polityką, znalezienie miejsca w przestrzeni zdominowanej przez mężczyzn. Jak bardzo zdominowanej widać w medialnych doniesieniach o nowych kandydatkach. Dziennikarze wypytują polityczki o sprawy mniejszej wagi, choćby o liczbę posłów w PE. Wystarczy przecież sprawdzić w Internecie, by dowiedzieć się tego w pół minuty. Kobietom celowo zadaje się takie pytania, żeby pokazać, że one czegoś nie wiedzą. To absurdalne postawienie sprawy, bo przecież w ten sposób nie sprawdza się kompetencji polityczek. Poza tym nikt polityków nie odpytuje z tego, ile jest w Sejmie komisji, ilu komisarzy, a doskonale wiemy, że niejeden z tych, którzy zajmują miejsce w Sejmie, nie jest ekspertem w żadnej dziedzinie, a poświęca czas jedynie na puste debaty i lansowaniem siebie. Kobiety chcą robić dobrze wszystko, za co się zabierają. Może dlatego wolniej wchodzą w politykę, chcąc się przygotować. Zapewniam, że wszystkie kandydatki, które popiera i będzie popierał Kongres Kobiet, są kompetentne i świetnie przygotowane do brukselskich obowiązków