Literatura kobieca, ale nie harlequinowata

Jarosław Jakubowski 23 lutego 2014

Rozmowa z MARIĄ ULATOWSKĄ, autorką powieści „Prawie siostry”, która właśnie trafia do księgarń.

Fot.: Internet

Duża część akcji powieści „Prawie siostry” toczy się w Bydgoszczy. Pojawia się też Toruń. Co sprawiło, że wykorzystała Pani literacko nasz region?
W Bydgoszczy mieszkałam przez dziesięć lat, od 1962 do 1972 roku. Ukończyłam tam VI Liceum Ogólnokształcące, podjęłam pierwszą w życiu pracę zawodową, w Toruniu rozpoczęłam studia. Był to piękny okres mojego życia - wczesna młodość, pierwsza miłość, pierwsze przyjaźnie. Region kujawsko-pomorski jest przepiękny krajobrazowo. Sama Bydgoszcz, miasto stare, o barwnej historii, obecnie przepięknie odnowione i nieustannie rewitalizowane, przyciąga chyba wszystkich - a ja po prostu czuję się z tym miastem związana. Mam do niego sentyment i, pisząc moje „Prawie siostry”, bardzo miło wędrowało mi się z bohaterkami przez bydgoskie ulice.


„Prawie siostry” to historia dziejąca się na przestrzeni wielu lat, ukazuje perypetie trzech przyjaciółek, które spotykają się co pięć lat. Co Panią zainspirowało?
Inspiracją tak naprawdę był pomysł, żeby napisać coś osadzonego w miejscach z mojej młodości, nie mogłam zatem pominąć mojego liceum, skwerku Sielanki i innych ukochanych miejsc. Same bohaterki są wymyślone od A do Z, natomiast świat, w którym zaistniały, jest realny.

W posłowiu wymienia Pani bydgoszczan. Jaki mieli wpływ na książkę?
„Moi bydgoszczanie” to po prostu moi przyjaciele. Wpływu na kształt książki nie mieli żadnego, nawet Zdzisław Pruss, którego imiennie wymieniam, opisując pierwszy spektakl kabaretu
O-WADY. Opisałam to tak, jak było, bowiem sama tę premierę oglądałam. Zdzisław tylko potwierdził, że tak właśnie było, jak zapamiętałam.

Obecnie jako mieszkanka Warszawy ma Pani sposobność patrzeć na nasz region z oddali. Jakie wrażenia?
Tęsknię po prostu i żałuję, że okolice Warszawy nie są tak piękne jak tutejsze miejsca, z którymi byłam związana. Moje liceum wspominam z wielkim sentymentem, choć, oczywiście, pamiętam też mniej przyjemne momenty. Przeróżne klasówki, do których byłam mniej niż dobrze przygotowana, niektóre przedmioty, będące moim utrapieniem… Nie matematyka, o nie! Matematykę kochałam, zawsze miałam z niej piątkę, a pani profesor Piotrowska, nasza Piotrunia, już, niestety, nieżyjąca, do dziś jest moim ideałem najwspanialszego nauczyciela.

Jak się zaczęło Pani pisanie? Przez wiele lat zajmowała się Pani czym innym.
Tak, swoje zawodowe życie rozpoczęłam w PWRN w Bydgoszczy. Potem była Wojewódzka Rada Narodowa w Warszawie, potem SPHW, „Moda Polska” i wreszcie centrala NBP, w której przepracowałam piętnaście lat, czyli aż do emerytury (wcześniejszej). I przez te 15 lat zajmowałam się prawem dewizowym, pisząc projekty aktów prawnych z tej dziedziny oraz odpisując na przeróżne zapytania, prawo dewizowe wówczas bowiem było bardzo skomplikowane. Pisałam więc, pisałam, pisałam i na emeryturze mi tego zabrakło. Postanowiłam więc napisać coś mniej zawodowego, spróbowałam i jakoś poszło. A skoro już zaczęłam…, to robię to do dziś.

Proszę zdradzić choć trochę tajemnic swego warsztatu.
Mój „warsztat”, jak miło to Pan ujął, nie ma tajemnic. Po prostu siadam przy komputerze, a resztę robi już moja klawiatura. To taki żart, który stale powtarzam, choć jest w tym trochę prawdy. Gdyby mój komputer nie chciał ze mną współpracować, najprawdopodobniej nic by z mojego pisania nie wyszło. Chociaż - pisać lubiłam zawsze, listy, wypracowania, te różne „dewizowe kawałki”. Ale książkę? Może za młodu marzyłam o karierze pisarki, nigdy przedtem jednak nie próbowałam, będąc przekonaną, że nic z tego nie wyjdzie. Okazuje się, że warto próbować, bo wyszło!

„Prawie siostry” to już siódma Pani powieść. Co Maria Ulatowska szykuje teraz?
W drugiej połowie roku wyjdzie mój pierwszy kryminał, napisany wspólnie z kolegą, „prawdziwym kryminalistą”, Jackiem Skowrońskim. Potem może trzecia część mojego „sosnowego cyklu”, zobaczymy…

Co Pani czuje słysząc (pewnie wielokrotnie) określenie „literatura kobieca”? Uważa się Pani za autorkę tego nurtu?
Tak, uważam się za taką autorkę i nie uważam tego określenia za pejoratywne. Na temat „literatury kobiecej” było już wiele dyskusji i nie chce mi się ponownie tego tematu rozwijać. Mogę tylko zaprosić - pana i czytelników - na kolejną edycję Festiwalu Literatury Kobiecej, który w tym roku będzie miał miejsce już trzeci raz z rzędu, w Siedlcach, jak poprzednio. FLK wymyśliłyśmy razem z koleżankami, pisarkami tego nurtu, aby obalić na zawsze mit, iż literatura kobieca to powieści halequinowate.