Polskie orły ze swastyką na piersi

Krzysztof Błażejewski 21 lutego 2014

W latach II wojny światowej wielu znanych sportowców z Kujaw i Pomorza podpisało volkslistę i startowało w organizowanych przez okupanta rozgrywkach. Po długich latach milczenia dziś odsłaniamy te ciemne karty...

Na swoich koszulkach nosili różne symbole - klubowe, związkowe, okręgowe. Były też swastyki i charakterystyczne orły przez Polaków zwane „gapami”. W latach okupacji życie sportowe, nawet w Polsce, kwitło...

Postawę Polaków w czasie II wojny, szczególnie w ocenie dokonywanej przez nas samych i przekazywanej młodszym pokoleniom w szkole, określa się jako w znakomitej większości bohaterską. To prawda. Polacy jako jedyny naród europejski nie stworzyli „swojego” oddziału wojskowego walczącego u boku Niemców. Nieliczne przypadki sprzeniewierzenia się narodowym interesom, służenia i pomagania okupantowi zostały rozliczone, czasem bardzo surowo, zaraz po wojnie. O innych celowo nie mówiono, o kolejnych zapomniano albo w ogóle ich nie zauważono.



Nie inaczej było w sporcie. Do 1980 roku w literaturze, podczas omawiania losów znanych polskich sportowców w czasie wojny i okupacji, funkcjonowały tylko postaci prawdziwie heroiczne, jak Janusz Kusociński, Antoni Czortek, Stanisław Marusarz czy, sięgając bliżej - bydgoski wioślarz Edmund Jankowski. Renegaci, jak piłkarz Ernest Wilimowski z Chorzowa, który jeszcze jesienią 1939 roku przyjął niemieckie obywatelstwo i grał w niemieckich klubach, a potem w reprezentacji RFN długo jeszcze po wojnie, także jego koledzy z ataku Piontek, Piec, Wodarz i setki innych - zostali wyklęci i skazani na zapomnienie. Dopiero lata 80. przywróciły postać Wilimowskiego powszechnej pamięci.

Trzeba przyznać, że wielu znanych polskich sportowców „zapisało się” do drużyn powoływanych przez okupantów. Jak się czuli, kiedy przywdziewali koszulki ze znienawidzonymi przez większość Polaków symbolami? Tego nam nie przekazali. Woleli milczeć. Spory o postawy życiowe sportowców w czasach najwyższej próby były i są nadal bardzo gorące.

Najłatwiej z rozliczeniami poszło sportowcom, których wojna zastała na wschód od Bugu. Piłkarzom z Lwowa, Stanisławowa, Brześcia, Białegostoku. Lekkoatletom jak Łomowski, hokeistom, szermierzom. Jako nowi obywatele wszechszczęśliwego Związku Radzieckiego uprawiali swoje dyscypliny w spokoju przez prawie dwa lata. Tenisista Hebda został nawet mistrzem ZSRR! Na tę, jak się dziś mówi z pogardą, kolaborację z sowieckim okupantem poszło wielu. Nawet zdarzyło się to samemu spiżowemu trenerowi wszech czasów Kazimierzowi Górskiemu, który ubierał koszulki Spartaka i Dynama Lwów. Po wojnie nikt nie miał do nich jakichkolwiek uwag. Im się więc upiekło.

Inaczej powojenna rzeczywistość potraktowała mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa. Niemcy całkowicie zabronili tutaj Polakom uprawiania sportu. Grano więc potajemnie, narażając się na poważne konsekwencje. Niejeden mecz przerwano z uwagi na łapankę. Ale był też inny świat. Ten niemiecki, zarezerwowany dla nowych panów. Tu, jeśli ktoś poczuł się nagle Niemcem, mógł swoją karierę sportową kontynuować. Niemniej każda taka próba była piętnowana przez miejscową społeczność. „Tylko świnie” siedziały nie tylko w kinie, ale grały w piłkę. Na współpracę z okupantem poszło wiele znanych postaci z piłkarzem „Czarnych Koszul” Erwinem Nytzem na czele. Po wojnie musieli te swoje wybory odcierpieć.

Jeszcze inaczej sprawa wyglądała na ziemiach zachodnich, które weszły w skład Rzeszy. Na Górnym Śląsku Niemcy rozwiązali sprawę błyskawicznie. Policyjny spis ludności, tzw. palcówka, wykazał, że 95 proc. mieszkańców optuje na rzecz Niemiec. Chętnych przyjęto, a wraz z nimi prawie wszystkich przedwojennych sportowców, którzy swoje kariery kontynuowali w klubachniemieckich. Próby powojennego rozliczenia zostały ucięte przez komunistycznego wicewojewodę górnośląskiego Jerzego Ziętka, który oznajmił, że zgodnie z tym duchem należałoby zdyskwalifikować 10 tys. sportowców śląskich, często czołowych zawodników kraju, co znacząco osłabiłoby pozycję naszego sportu na arenie międzynarodowej. Na liście tej był m.in. młody Gerard Cieślik...

Mgła zapomnienia


Inaczej działo się w Wielkopolsce i na Pomorzu. Polakom zezwolono na uprawianie sportu, jeśli podpisali volkslistę. Jak sprawa ta wyglądała na ziemiach Kujaw i Pomorza? Ilu sportowców zdecydowało się okupantowi powiedzieć „tak”?

Dotychczas było o tym zupełnie cicho. O grze w niemieckich klubach tuż po wojnie postanowiono zapomnieć. Nie wspominają o tym żadne książki, zarówno wydane w PRL-u (np. „100 lat sportu na Kujawach i Pomorzu”), jak i w ostatnich latach (np. „Zapomniane pokolenia” Sławomira Wojciechowskiego). Co najwyżej były delikatne supozycje. To milczenie zdecydował się przerwać dopiero prof. dr hab. Włodzimierz Jastrzębski, historyk z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Informacje, które niebawem będzie publikował, zawdzięcza kwerendzie prasowej po tytułach ukazujących się w okupowanej Polsce.

- Już jesienią 1939 roku na terenach włączonych do okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie powstała piłkarska liga okręgowa złożona z drużyn wyłącznie niemieckich - mówi prof. Jastrzębski. - W 1942 roku, kiedy masowo wcielano Polaków do tzw. trzeciej grupy narodowościowej, w lidze pojawiły się dwie silne drużyny. Jedna z Bydgoszczy - Bromberger Sportgemeinschaft, druga z Torunia - Thorner Sportverein.

W składach tych zespołów spotkać można liczne nazwiska polskie, w wielu przypadkach zbieżne z nazwiskami piłkarzy, którzy grali w polskiej lidze czy to do 1939, czy też po 1945 roku. W ekipie Thorner SV grali m.in. Kamiński, Kowalski, Wierzelewski, Walendowski, Osmański. W drużynie Bromberger Sportgemeinschaft występowało stale trzech piłkarzy o polskich nazwiskach: Lubawy, Grajewski i Wachniewski.

Jak twierdzi Włodziemierz Jastrzębski, w klasie powiatowej, która powstała również w 1942 roku, grało pięć drużyn bydgoskich: rezerwy klubu Sportgemeinschaft, dwie drużyny wojskowe, kolejowa, pocztowa i jeden zespół z Nakła.

Sporo polskich nazwisk pojawiło się po 1942 roku w drużynach bokserskich z Torunia, Grudziądza i Bydgoszczy. Są na tej liście nazwiska przedwojennych mistrzów Polski z Torunia, jak Krzemiński i Lelewski, a także Nowacki, Grabowski, Lesiński, Igielski i Wezner. Są bydgoszczanie: Sowiński, Sałachowski, Wdowiak, Wierzbanowski, Bednarski, Pawłowski, Karpiński, Januszewski, Chmielewski, Wróbel, Wypijewski, a z Grudziądza - Szczepański, Rykowski, Licki, Leczkowscy, Dulka, Wróż.

Niemiecka prasa okupacyjna podawała również nazwiska kilku tenisistów stołowych z terenu naszego województwa, uczestniczących w rozgrywkach, np. Osmańskiego, Orłowskiego, Bartkowskiego, Zalewskiego, Skuteckiego, jak i ciężarowców - Wesołowskiego, Lewandowskiego, Parchimowicza, Kalinowskiego, a także kolarzy, koszykarzy.

Powojenna wpadka pływaka


Co ciekawe, polskie nazwiska praktycznie nie występują, kiedy mowa o zawodach lekkoatletycznych, w tenisie ziemnym czy wioślarskich bądź kajakarskich. Generalnie najwięcej polskich nazwisk widać w zespołach z Torunia.

- Po wojnie decyzje co do dalszych losów sportowców występujących w klubach niemieckich należały do okręgowych związków - dodaje prof. Jastrzębski. - Przeważnie po udzieleniu reprymendy uważano sprawę za zamkniętą. Ciekawa za to była sprawa znakomitego przedwojennego pływaka, reprezentanta Polski Franciszka Marchlewskiego z grudziądzkiego WKS-u. Po wojnie przeniósł się do Gdyni, do klubu Flota.

W 1946 roku wystartował w zawodach pływackich w Poznaniu. Ratownicy na basenie rozpoznali go jako pływaka startującego w czasie wojny w klubie niemieckim i donieśli o tym do Warszawy. Konsekwencji jednak nie było, związek pływacki postępowanie umorzył. Najogólniej ujmując, można stwierdzić, że po wojnie rehabilitacja prawna mieszkańców Kujaw i Pomorza, którzy podpisali wniosek o tzw. trzecią grupę narodowości niemieckiej, nastąpiła administracyjnie dość szybko, społecznej rehabilitacji jednak nie było aż do dziś i trudno właściwie temu się dziwić.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 09-06-2014 12:00

    Oceniono 6 razy 4 2

    - bydgoszczak : Na Pomorzu jak ktos nie przyjal na czas Volksliste to grozila mu tez deportacja do Generalnej Gubernii. Moja Babcia mowila ze tak nienawidzono tej " Kongresowy" i " Galicji" - ludzie dobrze wiedzieli ze to nie byly tak jak Pomorze cywilizowane kraje- ze woleli zostac tutaj na swoim i przyjac Volksliste byle tylko nie byc deportowanym do tej nedzy. Pamietajmy- do niedawna jeszcze widac bylo ze Europa konczy sie na Drwecy za Toruniem- do dzisiaj wielu mieszkancow Lipna czy Wloclawka ma " ruska " mentalnosc- dlatego tam najwyzsze bezrobocie i najwieksze roszczenia. Jestem dumny ze jestem z Pomorza, z Europy, a nie jestem " bosym antkiem" ze wschodu. Warszawa to byla Rosja i Azja - nie zapomnielismy o tym. Do dzisiaj glosuja tam na warcholow takich jak Kaczynski. Mina wieki zanim centralna i wschodnia Polska doloczy do naszej europejskiej rodziny- oni kombinowanie i zlodziejstwo wyssali z mlekiem matki.

    Odpowiedz

  2. 30-05-2014 16:40

    Oceniono 4 razy 3 1

    - Ateista z Nazaretu: Ty nie rencista zastanów się nad tym co ty piszesz.Tu na tych terenach wszyscy 3 grupę przyjmowali jako oczywistą oczywistość.Widać jesteś miłośnikiem serialu Polskie drogi.Jestem wnukiem tzw.Folksdojczów.Mój dziadek walczył pod Krojantami po polskiej stronie a moja babka do okopów przynosiła mu jedzenie.A Niemcy tak i tak przyznali mu 3 grupę.Uważali po prostu że był obywatelem tego państwa i wypełnił swój obywatelski obowiązek.Grupę przyznawano z urzędu tym co mieszkali na tych terenach z dziada pradziada.Nikt z mojej rodziny o odmowie przyjęcia grupy nie słyszał.Po wojnie władze komunistyczne potrafiły to zrozumieć.Takie były niestety czasy.Jak słyszę wypowiedzi domorosłych historyków typu nie rencista to nie tylko mi ręce opadają.

    Odpowiedz

  3. 14-04-2014 18:10

    Oceniono 4 razy 4 0

    - nie rencista: Szanowny rencisto i reszto komentujących, polecam najpierw zaznajomić się na jakich zasadach przyznawano grupę narodowościową i czym groziło jej nie przyjęcie. Nadawanie grupy było z urzędu i jedynie gdzie mogłeś to oprotestować to w szczerym polu tak aby tego nikt nie słyszał bo inaczej wyjazd do obozu albo w najlepszym razie na roboty. Co do rzezi to też polecam się zagłębić w temat bo prawda może leżeć po środku.

    Odpowiedz

  4. 07-03-2014 06:54

    Oceniono 2 razy 0 2

    - rencista22: Tylko, że na wschodzie obywatelstwo ZSRR nadano wsiem z automatu. Wyboru nie było. Tu w jakiejś mierze mogli wybierać. Ciekawe jest tylko to, że wpierw ten bohaterski profesor opluł polskich wojskowych i oskarżył o wywołanie krwawej niedzieli w Bydgoszczy, teraz pluje na polskich sportowców, kogo trafi potem?

    Odpowiedz

  5. 28-02-2014 10:24

    Oceniono 4 razy 4 0

    - emeryt21: A czy ci ludzie mieli inne wyjście aby przezyc.....To tak samo jeśli mieć pretensje do tych Polakow na wschodzie którzy "przyjęli" obywatelstwo radzieckie....Czy oni mieli wybor ????

    Odpowiedz