Gniazdować czy biedować?

Katarzyna Bogucka 21 lutego 2014

Kilka lat temu drwiliśmy z włoskich mammoni, czyli pokolenia maminsynków, uczepionych matczynej spódnicy i portfela, a teraz role się odwróciły. Młodzi Polacy przestają wyfruwać z gniazd. Nie mają dokąd, nie mają za co.

Fot.: Thinkstock

Problem dotyczy sporej rzeszy ludzi, jak obliczył Eurostat - prawie 40 procent Polaków w wieku od 25 do 34 lat (źródło: wyborcza.pl). Znaleźć rodzimego „gniazdownika” (tak ochrzciliśmy rodzime przerośnięte pisklęta) nie jest trudno. Na nasz internetowy apel zgłasza się aż nadto rozmówców. Zresztą, gdyby tak rozejrzeć się wokół siebie, wśród rodziny, znajomych, sąsiadów, zawsze znajdzie się jakiś zasiedziały dzieciak. Pod Więcborkiem „gniazduje” 27-letnia Milena Wierzchowska. Jedyna spadkobierczyni ponad 20-hektarowego gospodarstwa chętnie rozpoczęłaby życie z dala od rodziców, na swoim, ale... nie jest w stanie. Kto ją utrzymywał na studiach? Kto kupował książki, zapewniał wikt i opierunek? No rodzice.

Przywiązana do ziemi


- Część gospodarstwa już na mnie przepisali - mówi pani Milena, która magisterkę zrobiła z geografii, jest także technikiem rolnikiem (bez tego papieru nie mogłaby odziedziczyć gospodarstwa) i z tą branżą jest dziś związana zawodowo. Pracuje w agencji reklamowej, współpracującej z rolnikami. Kilka razy w miesiącu jeździ w teren, w pozostałym czasie pracuje w domu, a od czasu do czasu wpada do biura w miasteczku.


- Praca to jedyny i w zasadzie ostatni bastion mojej samodzielności. Mam swoje pieniądze (ok. 2 tys.). Gdybym skupiła się tylko na gospodarce, trudno byłoby powiedzieć, które pieniądze pochodzące z rolnictwa są moje, a które rodziców. Dodam, że z tych naszych 20 ha za wiele się nie wyciągnie. Konkretne zyski zaczynają się od 50 ha wzwyż.

Pani Milena potwierdza, że jest emocjonalnym bamboccione* (z wł. dorosłym bobasem). Jako jedyne dziecko nie ma sumienia opuścić rodziców, którzy wprawdzie tę pełną poświęcenia postawę doceniają, ale nie powstrzymuje ich to od uwag na temat stylu życia swojej latorośli (to największy minus wspólnego mieszkania). A córka naprawdę się stara. Gdy rodzice jednocześnie zachorowali, wzięła z pracy wolne, bo tego oczekiwali.

Na co dzień zawsze jest do ich dyspozycji, ale przed laty, gdy jeszcze nie było pewne, że córka zostanie w domu, rodzice zaproponowali jej kupno mieszkania w mieście. Uznali, że poradzą sobie z robotą sami, a dziedzic w końcu się znajdzie (bo ojcowizny się nie sprzedaje). Pomysł upadł z uwagi na kondycję starzejących się rodziców i ogrom pracy w gospodarstwie. - I co byłoby dalej? Musiałabym oddać rodziców do domu starców - wzdryga się na myśl o tym pani Milena. Na wsi potępia się podobne praktyki. - Klasyczny klincz - wzdycha smutno nasza rozmówczyni, bamboccione mimo woli...

Bobas dobija czterdziestki


Paweł Wronowski to dorosły bobas z Bydgoszczy. Żartujemy, że nawet wygląda jak bobas - niski, krępy, z okrągłą twarzą i zupełnie łysą głową. Jednak nie jest do śmiechu, gdy jego 70-letnia mama bierze się za pranie jego skarpet, bielizny i strofuje go jak uczniaka. - Ona, ze mną u boku, czuje się znowu jak młoda matka, a ja wariuję - opisuje swoją sytuację pan Paweł, 37-latek, dziś bez żadnych perspektyw zawodowych. Od czasu ukończenia technikum tylko raz miał pracę na pełen etat z godziwą stawką.

Zamieszkał wtedy z dziewczyną, planowali dziecko. Gdy dobra passa się skończyła, pozostało pracować na umowy śmieciowe albo i bez umowy, za niecałe tysiąc złotych na rękę. Dziewczynie nie spodobało się to biedowanie, więc odeszła po pięciu latach związku.

- A ja, upokorzony, wylądowałem na garnuszku mamy, ale pasożytem nie jestem - dobitnie zaznacza pan Paweł. - Dokładam się do opłat, sprzątam i tak dalej, ale tak sobie myślę, że na własny kąt nigdy nie będzie mnie stać. Stary dziad już jestem, z byle jaką pracą (branża budowlana). Przestałem myśleć o ożenku, nie stać mnie na utrzymanie rodziny, zresztą nie wiem, jak to by się ułożyło z mamą. Stała się bardzo opiekuńcza i zaborcza. Gdy wspomniałem o wyprowadzce, zaczęła po kątach pociągać nosem.

Codziennie pyta, co chcę na obiad i wszystko podstawia mi pod nos. To trochę straszne. Kłócę się z nią jak nastolatek...
Pan Jonasz (25 lat), żeby opowiedzieć nam o swoim losie bamboccione, zamyka się w kuchni, ale i tam mówi stłumionym szeptem. -

Wszędzie kręcą się domownicy. Lepiej, żeby staruszkowie mnie nie słyszeli - mówi młody politolog spod Bydgoszczy. - Mieszkam z rodzicami, ponieważ nie wypaliło mi wynajęcie mieszkania z kolegą; musiał pilnie wyjechać do pracy za granicę. Sam nie odważyłbym się na wynajem, bo, po pierwsze, po opłaceniu czynszu nie zostałyby mi prawie żadne pieniądze na życie, naukę, pasje, a po drugie, często wyjeżdżam, więc opłacałbym puste mury.

Wolę więc być u rodziców, ale o wyprowadzce myślałem już na studiach. Konkretnie na pierwszym roku politologii miałem pomysł, żeby studiować w innym mieście, ale rodzice delikatnie oponowali. Uznałem, że chyba mają rację, że nieważne, gdzie będę studiował, i tak nie uniknę problemów z zatrudnieniem. Wciąż jednak czekam na dogodny moment, by wyfrunąć z gniazda. Dobra praca na pewno byłaby tym impulsem...

Nie marudzą...


Pan Jonasz ma firmę, która działa w branży reklamowo-wydawniczej. Kokosów nie zarabia, ale stale się rozwija i na własne wydatki, m.in. na wspomniane podróże, ma. Opłaca także sobie Internet, telefon, wydatki związane z samochodem, czasami kupuje dla siebie jedzenie. Poza tym sprząta, pierze osobiste rzeczy, a te większe wrzuca do pralki.

Gotuje mama, bo jej to wychodzi najlepiej („Moje obiady bywały niezjadliwe”). Problemów z rodzicami chłopak nie ma żadnych. Nie marudzą, nie pouczają. - Podejrzewam, że gdybym naprawdę chciał się wynieść, zaczęliby protestować, Jedyna rzecz, która mnie trochę w domu ogranicza, to to, że gdy rodzice kładą się spać, trzeba chodzić na palcach...

*Termin „bamboccione” ukuł włoski minister gospodarki i finansów, Tommaso Padoa-Schioppa, nazywając tak włoską młodzież płci męskiej - niezdarnych mężczyzn dzieci nadal żyjących z rodzicami. W Polsce „gniazdowników” (obu płci) przybywa. Jednych nie stać na życie solo, inni chcą zaoszczędzić, a jeszcze innych trzymują przy sobie nadopiekuńczy rodzice.