Bydgoszcz i Toruń - miasta szpiegów

Krzysztof Błażejewski 14 lutego 2014

Kujawy i Pomorze od wieków penetrowały obce wywiady. Kobiety uwodziły oficerów, mężczyźni wykorzystywali damy. Meldunki starannie szyfrowano, nawet używano w tym celu zwanego sympatycznego atramentu, którym pisano na... kurzych jajach.

Tutaj, na toruńskim Rynku Staromiejskim w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. toczyła się walka wywiadów obu stron. Kamienica na rogu rynku i ul. Chełmińskiej była miejscem kontaktowym bolszewickiej agentury, wyśledzonym i zlikwidowanym w porę prz

Fot.: Archiwum albumu rodzinnego

Szpiegostwo istniało od zawsze. Wielu bowiem gotowych było dać wiele, by wiedzieć więcej niż ich rywale czy przeciwnicy. O działalności wywiadu i jego znaczeniu na naszych ziemiach była mowa już w okresie wojen z Krzyżakami. Zachował się m.in. dokument z 29 lipca 1409 r., w którym komtur z Ostródy informował o schwytaniu polskiego szpiega z Lipna. Więzień wydał siatkę polskich szpiegów, działającą m.in. w Chełmnie, Toruniu, Elblągu, Tucholi.



Swoich ludzi w polskich miastach i zamkach mieli też Krzyżacy, m.in. w Bydgoszczy, Nakle, Solcu Kuj. i Brześciu Kuj. To dzięki zdradzie Polaków rycerze zakonni łatwo zajęli Bydgoszcz 29 sierpnia 1409 r. Szpiegów nie brakowało w czasach „potopu” i wojen saskich oraz pod zaborami. Przed I wojną światową nasz region stał się bardzo ważnym miejscem rywalizacji wywiadów i kontrwywiadów - pruskiego i rosyjskiego. Szczególnie zawzięcie szpiegowano w nadgranicznym Toruniu, który w tym czasie nazywano „twierdzą szpiegów”.

Bolszewicka agentura


Po zakończeniu wojny i w okresie konfliktu odrodzonego państwa polskiego z Rosją sowiecką w Toruniu ulokowała się bolszewicka agentura. Szczególnie aktywna była w początkach sierpnia 1920 r., kiedy wojska Gaj Chana szykowały się do sforsowania Wisły. Policji udało się wykryć lokal kontaktowy dla szpiegów, zlokalizowany w narożnym budynku Rynku Staromiejskiego i ulicy Chełmińskiej. Oficjalnie mieściło się tam przedstawicielstwo handlowe, prowadzone przez „białych” Rosjan, odwiedzane w ciągu dnia przez licznych „klientów”. Wieczorem, kiedy biuro zamykano, inwigilujący policjanci śledzili drogę przekazywania meldunków na stronę sowieckiego frontu. Kiedy rozszyfrowano całą siatkę, nastąpiły aresztowania.

Dziwne paczki ze Szwajcarii


Odradzająca się Rzeczpospolita zmagała się z licznymi zagrożeniami. Na terenie woj. pomorskiego rozmieszczono wiele ważnych jednostek Wojska Polskiego. Największymi ośrodkami wojskowymi były Toruń, Bydgoszcz, Grudziądz i Gdynia. Miasta te szczególnie silnie narażone były na działalność wywiadowczą.

Bezpośrednio po zakończeniu wojny z bolszewikami wyszła na jaw wielka afera (nie tak dawno opisywaliśmy ją na łamach naszego magazynowego wydania), w której w roli głównej wystąpiła „Lola-Lolita”, czyli Helena J., obywatelka Litwy. Kobieta ta niczym Mata Hari uwodziła w Bydgoszczy, Toruniu i Grudziądzu wyższych rangą wojskowych i znamienitych obywateli. W tym samym czasie w Toruniu rozpracowano również szpiegujące na rzecz Rosji sowieckiej dwie siostry Zofię i Marjannę K. z Turzna. Przyjeżdżały one do Torunia, by tu w kawiarniach i kabaretach poznawać oficerów, od których mogły wyciągać ważne informacje.

Śledczych zaintrygował fakt, że kobiety - mieszkanki wsi - otrzymywały regularnie ze Szwajcarii paczki z... kurzymi jajami. Po dokładnej analizie okazało się, że na co drugim jaju w starannie zakamuflowany sposób zapisane były wiadomości tzw. sympatycznym atramentem, czyli substancją bezbarwną w momencie pisania lub tracąca barwę po krótkim czasie.

Ukrytą informację można było odczytać po podgrzaniu miejsca zapisu, użyciu odpowiedniego środka chemicznego lub obejrzeniu go w świetle ultrafioletowym.

Także w Toruniu ujęto Franciszka P., żołnierza WP, który w czasie wojny z bolszewikami trafił do niewoli. Uciekł z niej i przedostał się do Prus, gdzie zaangażował go tamtejszy wywiad i następnie przez zieloną granicę przerzucono go do Polski. Po schwytaniu w 1925 r. decyzją wojewody został wydalony z Polski do Niemiec. Tę zasadę w owych czasach „wymiany agentów” stosowano dość często, m.in. tak samo potraktowano Jana Adama D., którego oskarżono o szpiegostwo na terenie Torunia na rzecz Czechosłowacji.

Każdy Chińczyk to szpieg


W 1924 r. głośna na cały region była sprawa szpiegostwa sowieckiego w Grudziądzu. Agenturę umieszczono w spółce braci B., mieszczącej się przy ul. Młyńskiej. Szpiedzy dysponowali licznymi paszportami różnych państw, na różne nazwiska. Współpracowały z nimi dwie kobiety. W archiwum przedwojennej policji politycznej w Toruniu zachowały się długie raporty kontrwywiadowców, którzy śledzili każdy krok agentów, jeździli za nimi nie tylko po Polsce, ale i do Wolnego Miasta Gdańska. Jak się potem okazało, jeden z braci, Józef B., został w Rosji w czasie I wojny skazany za fałszerstwo pieniędzy, jednak potem zwolniono go pod warunkiem, że podejmie działalność szpiegowską w Polsce. Po zatrzymaniu w Toruniu szpiega przekazano centralnym władzom w Warszawie, aby tam dalej prowadzić jego sprawę.

W tym czasie panowała nie tylko w naszym regionie powszechna szpiegomania. Każdy „obcy” na tym terenie automatycznie stawał się podejrzanym. O działalność szpiegowską oskarżono nawet chińskich domokrążców, którzy w 1924 r. jeździli po naszym regionie, handlując różnymi towarami.

Potem to Bydgoszcz przejęła w regionie rolę „miasta szpiegów”, nie tylko z uwagi na rezydującą tu Ekspozyturę nr 3 polskiego wywiadu na Niemcy, którą kierował osławiony major Jan Żychoń. To on przeprowadził szereg śmiałych akcji wywiadowczych na terenie Niemiec, łącznie z głośną akcją „Wózek”, polegającą na inwigilacji przesyłek pocztowych, przewożonych tranzytem koleją z Niemiec do Prus Wschodnich i Gdańska przez pomorski „korytarz”.

W okresie międzywojennym ujawniono w Bydgoszczy kilkadziesiąt udowodnionych przypadków szpiegostwa. Miasto w pełni zasłużyło na wspomniane wyżej miano - jako to najbardziej nasycone obcą agenturą w całej II Rzeczypospolitej. Działała tu m.in. niemiecka organizacja tzw. Deutschtumsbund, która pod przykrywką troski o zachowanie niemieckości przez tutejszą mniejszość zajmowała się działalnością szpiegowską. Agentów wykryto, aresztowano i skazano na niezbyt długie kary, po kilka miesięcy pobytu w więzieniu, ale zarazem prasa niemiecka zatrąbiła o polskich prześladowaniach.

Bardzo głośna w naszym regionie była też afera Piątka i Urbaniaka. Byli to młodsi oficerowie Wojska Polskiego: Piątek pochodził z Chojnic, Urbaniak z Torunia. Za spore jak na tamte czasy sumy (łącznie ok. 20 tys. zł) sprzedawali oni informacje niemieckiej placówce w Królewcu, m.in. plany mobilizacyjne na terenie Pomorza. Kontrwywiad ujął ich w listopadzie 1926 r. Pół roku później sąd wojskowy skazał ich na karę śmierci przez rozstrzelenie. Zginęli w toruńskim Forcie Żółkiewski.

„Zo” gra Niemcom na nosie


W czasie II wojny wybitne usługi alianckiemu wywiadowi oddała Honorowa Obywatelka Torunia, Elżbieta Zawacka. Jako kurier specjalny około sto razy przewoziła pocztę AK do sztabu naczelnego wodza w Londynie. Była też jedną z nielicznych kobiet cichociemnych.

Cichociemni wywodzili się także z innych miejscowości naszego regionu. Należał do nich m.in. zapomniany ppor. Erwin Schaller-Czarny z Bydgoszczy, zrzucony 13 marca 1943 roku, później pracownik działu analiz wywiadu Armii Krajowej. Nie można też nie wspomnieć o wielkim udziale w zwycięstwie aliantów osób z Bydgoszczą związanych. To Marian Rejewski, matematyk, jeden z tych, dzięki którym wywiad brytyjski rozszyfrował niemiecką Enigmę oraz Augustyn Sęk-Traeger i jego syn Roman, którzy wykradli Niemcom tajemnice pocisku V-1, a także współpracujący z nimi Bernard Kaczmarek i inni.

Po II wojnie sytuacja zmieniła się. Przed Rosjanami nie mieliśmy tajemnic, z ich strony - teoretycznie - nas nie szpiegowano. Za to tworzono odgórnie psychozę strachu przed rzekomo bardzo licznymi szpiegami związanymi z NATO. Zainteresowanie zachodniego wywiadu było wówczas skoncentrowane tylko na jednym mieście z naszego regionu - Bydgoszczy, a to z racji tutejszego dowództwa okręgu wojskowego i lotniska. Z tego, m.in., względu intensywnie filtrowano tutejsze środowisko świadków Jehowy, podejrzewając ich o działalność na rzecz wywiadu USA.

W 1971 roku miało tu miejsce głośne zdarzenie. - Służyłem w tym czasie w kompanii ochrony na lotnisku w Bydgoszczy - opowiada o nim Andrzej Adamczak. - Dostaliśmy sygnał od dowództwa, że mamy być bardzo uważni, bo być może amerykańscy szpiedzy, którzy przyjechali do Bydgoszczy, będą chcieli sfotografować lotnisko. Jak się później okazało, dwóch dyplomatów z ambasady USA przyjechało do naszego miasta samochodem na numerach dyplomatycznych.

W tamtym czasie wszystkie tego rodzaju pojazdy miały swoje „ogony” przez cały czas podróży. Amerykanie robili ponoć z ukrycia zdjęcia koszar u zbiegu ul. Zygmunta Augusta i Warszawskiej. Było zatem możliwe, że udadzą się i na ul. Szubińską. Tak też się stało. Kiedy z chodnika, stojąc za płotem, pstrykali zdjęcia, nasz oddział otoczył ich i zatrzymał. Pisała o tym szeroko prasa, pokazywano nas w telewizji. Dyplomaci, którzy okazali się wojskowymi attaché z ambasady USA, dostali 48 godzin na opuszczenie naszego kraju, co też niezwłocznie uczynili.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-03-2014 09:28

    Oceniono 3 razy 2 1

    - Jan2: Urodeziłem się i mieszkam w Polsce wiele lat temu. Kupiłem ziemię i teraz dowiaduję się, ze wg jakiegoś durnia jestem OBCY.

    Odpowiedz

  2. 16-02-2014 08:44

    Oceniono 7 razy 3 4

    - kkk: Minęło 100 lat i znów sprzedajemy ziemię obcym!!

    Odpowiedz