Groźny pasożyt w truskawce?!

Grażyna Ostropolska 7 lutego 2014

Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się osadom z oczyszczalni ścieków, także w naszym regionie, i wyszły na jaw niebezpieczne praktyki, stwarzające zagrożenie dla środowiska i zdrowia ludzi.

Kontrolerzy NIK ustalili, że tysiące ton osadów z koronowskiej oczyszczalni ścieków trafiły pod uprawy rolne w strefie ochronnej ujęcia wody powierzchniowej z rzeki Brdy „Czyżkówko”, czego przepisy bezwzględnie zakazują

Fot.: Dariusz Bloch

Właściwie uzdatnione osady mogą być pożytecznym nawozem, ale wystarczy błąd lub zaniedbanie zarządzających nimi ludzi, by stały się przyczyną groźnych zakażeń.


Takie zagrożenie jest całkiem realne, bo z raportu NIK wynika, że w 32 z 36 skontrolowanych oczyszczalni ścieków łamano normy i przepisy ustanowione dla gospodarki osadami. Trafiały one często na tereny chronione, gdzie był zakaz ich stosowania, oraz na pola w okresie wegetacji roślin. NIK zebrała również opinie ekspertów, którzy rzucili nowe światło na to,

co trafia do rolników


w postaci ściekowych osadów.

Z najnowszych badań, przeprowadzonych w Państwowym Instytucie Naukowym w Puławach wynika, że stosowana w większości polskich oczyszczalni metoda ich uzdatniania nie jest skuteczna, ponieważ w przekazywanym rolnikom nawozie nadal są... jaja pasożytów jelitowych. Takich, które mogą przetrwać nawet 10 lat, zachowując swoją zakaźność. Są wśród nich jaja glisty świńskiej, umiarkowanie zakaźnej dla ludzi oraz glisty psiej i kociej, szczególnie groźnej dla dzieci, bo jej wędrująca larwa może się przedostać do oka i spowodować ślepotę.

Dowody na to, że jaja glist w osadach ściekowych przetrwały, mimo ich uzdatniania, są niepodważalne, ponieważ w pobranych do badań 92 próbkach z kilkudziesięciu oczyszczalni (także z naszego województwa) wykryto je aż w... 91. Metoda badawcza, opracowana w Zakładzie Parazytologii i Chorób Inwazyjnych Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach, wykazuje kilkadziesiąt razy większą czułość od dotychczas stosowanych w polskich laboratoriach i dowodzi, że przedstawiane do tej pory wyniki badań osadów nie zawsze były wiarygodne.

Powinniśmy się bać?


- pytamy prof. Tomasza Cencka z PIW w Puławach, który te badania prowadził. - Ja bym tego nie demonizował, ale na pewno jest to sygnał, że w oczyszczalniach nie zachodzą takie procesy, które zapewniłyby unieszkodliwienie tych substancji - odpowiada naukowiec. Zaznacza, że do badań wybrano patogeny najczęściej występujące w osadach i najbardziej odporne na działania czynników technologicznych i środowiskowych, takie jak jaja glist, które przez 10 lat zachowują zakaźność, bo... - Jeśli badania wykazują, że te patogeny przetrwały w uzdatnionych osadach, to znaczy, że inne, te mniej odporne, również mogły tam zostać - wyjaśnia prof. Cencek. Naukowiec uważa, że nic się nie stanie, jeżeli osadów skażonych jajami pasożytów użyje się do rekultywacji terenów zielonych, bo tam możliwość ich kontaktu z człowiekiem jest minimalna. - Żeby zarazić się jajem pasożyta, trzeba jajo połknąć - tłumaczy. Niepokoi go brak właściwego nadzoru nad osadami w kontrolowanych przez NIK oczyszczalniach. - Osady ściekowe nie mają prawa trafić pod rośliny przeznaczone bezpośrednio do spożycia ani też w pobliże ujęć wody pitnej! - ostrzega. Nie bez powodu, bo raport NIK wskazuje, że niedozwolone metody zrzucania osadów w miejsca prawem chronione wcale nie należą do rzadkości. Stosowano je także w naszym regionie, np. w oczyszczalni ścieków w Koronowie. Tu wszystkie osady wytworzone w latach 2011-12 przekazano rolnikom do stosowania

na terenach ochrony przyrody,


a konkretnie w strefie ochronnej pośredniej zewnętrznej komunalnego ujęcia wody powierzchniowej z rzeki Brdy „Czyżkówko” w Bydgoszczy, czego przepisy bezwzględnie zabraniają. Czym to grozi?

- Jeśli jaja pasożytów spłyną do wód powierzchniowych, a te wyleją się na pola, gdzie są uprawiane warzywa i rośliny przeznaczone do bezpośredniego spożycia, to mogą do nich trafić patogeny - ostrzega profesor Cencek.

Kontrolerzy z NIK ustalili, że tysiące ton osadów z koronowskiej oczyszczalni trafiły na 40 hektarów pól leżących w chronionej strefie. Kierownictwo Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Koronowie, który zarządza tym obiektem, tłumaczyło się... brakiem informacji o terenach objętych ochroną. To niejedyny grzech kierujących tą oczyszczalnią. NIK ustaliła, że większość, bo aż trzy czwarte rolniczych gruntów, na które zwożono osady, nie była odpowiednio badana. Zamiast pobierać próbki przed każdorazowym zastosowaniem ściekowego nawozu, bazowano na „badaniu pierwotnym, wykonanym przed datą pierwszego przekazania”. W koronowskiej oczyszczalni były też niekompletne instrukcje obsługi, w których nie ujęto istotnych etapów postępowania z osadami. Na dodatek osuszone osady składowano w miejscu niezadaszonym, co powodowało ich ponowne nawodnienie, zaś wagę wywożonego na pola nawozu oznaczano... szacunkowo.

Od kwietnia ub.r. koronowska oczyszczalnia ma nowego szefa. Jest nim Bolesław Grygorewicz, były wiceprezydent Bydgoszczy. Jak realizuje pokontrolne zalecenia NIK?

- Zmieniono granice strefy ochronnej


i teraz grunty, na które trafiają nasze osady, leżą poza tym terenem - tłumaczy Grygorewicz, powołujac się na zarządzenie Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku z końca 2012 r. Dlaczego zmniejszono ochronną strefę ujęcia wody?

- Może ten przepis był nieżyciowy - sugeruje dyrektor. Twierdzi, że kierowane do rolników osady są odwadniane, dezynfekowane wapnem i przykrywane plandeką, a bada je akredytowane laboratorium. Pytamy Bolesława Grygorewicza, jak sprawdza czy ściekowe osady trafiają pod uprawę roślin energetycznych lub rzepaku (pod te uprawy wolno je stosować), a nie pod warzywa?

- Nasi rolnicy nie są ze średniowiecza i nie zaryzykują uprawy, która może wyeliminować ich towar z rynku - odpowiada Grygorewicz.

NIK kontrolowała gospodarowanie osadami w 4 oczyszczalniach naszego regionu: w Koronowie, Strzelnie, Nakle oraz Toruniu i tylko tej ostatniej wystawiła ocenę pozytywną, a do pozostałych miała zastrzeżenia. Wyszło na jaw, że również w Strzelnie osady ściekowe były wywożone

w miejsca zakazane,


czyli położone nieopodal zbiorników wodnych. - To były pola w pobliżu stawu. Uwagi NIK przyjmuję i zapewniam, że będziemy się baczniej przyglądać gruntom, na które wywozimy osady - deklaruje Dariusz Sieradzki, dyrektor ZGKiM w Strzelnie, który zarządza oczyszczalnią. Kontrolerzy zalecili mu też zadaszenie miejsca składowania odpadów, bo gdy je odwiedzili, było pokryte śniegiem, kałużami wody i mchem.

- Zwróciliśmy się do gminy, by rozważyła taką inwestycję w przyszłym budżecie - informuje dyrektor.

Oczyszczalni w Nakle dostało się za nierzetelną sprawozdawczość oraz brak wagi. - Nie stać nas na nią, bo koszt takiej inwestycji sięga 100 tys. zł. - tłumaczy Sławomir Sobczak, prezes nakielskiego KPWiK.

Bieda zmusza mniejsze oczyszczalnie do zaniechania lepszych, ale, niestety, droższych metod uzdatniania ściekowych osadów.

- Można by zminimalizować niebezpieczeństwo, odpowiednio kompostując osady lub traktując je tlenkiem wapna, bo wtedy

zabija się jaja, robaki i salmonellę.


To bardzo skuteczna metoda, ale kosztowna, bo tona wapna kosztuje 300 zł i wystarcza na higienizację 4 ton osadów, więc niektórzy z niej rezygnują i próbują wypchnąć niewłaściwie uzdatniony osad na pola - zauważa profesor Janusz Herman z Wydziału Rolnictwa i Biotechnologii bydgoskiego UTP i ostrzega: - Jeśli wpuszcza się taki zainfekowany osad do gleby, to istnieje możliwość przeniesienia patogenów, zwłaszcza gdy ktoś użyje go pod warzywa, szczególnie te spożywane na surowo, takie jak: rzodkiewka, kalarepa, truskawki.

Profesor Herman uważa, że takie zachowania powinny być piętnowane, bo w grę wchodzi nasze zdrowie. - Absolutnie niedopuszczalne jest stosowanie osadów ściekowych w pobliżu ujęć wody, bo może się do niej dostać nadmiar azotu, który działa rakotwórczo - zaznacza. Zna raport NIK i fakt, że osady ściekowe z Koronowa trafiały do strefy ochronnej ujęcia wody pitnej, poważnie go niepokoi. - Trzeba obliczyć, ile osadów tam poszło i zbadać ich migrację - podpowiada naukowiec.

Wytwórcy osadów mają obowiązek składania zarządowi województwa dorocznych sprawozdań, a pracownicy urzędu marszałkowskiego

powinni je weryfikować


i żądać korekty. NIK ustaliła, że tylko w województwach wielkopolskim i dolnośląskim robiono to rzetelnie. Co na to marszałek naszego województwa i wojewoda, któremu podlega WIOŚ?

- Urząd Marszałkowski dokłada wszelkich starań, by rzetelnie i terminowo weryfikować zbiorcze zestawienia danych o osadach ściekowych, a naruszenia dotyczące ochrony środowiska są niezwłocznie zgłaszane Wojewódzkiemu Inspektorowi Ochrony Środowiska - zapewnia rzeczniczka Beata Krzemińska.

- Po otrzymaniu raportu NIK wojewoda Ewa Mes oczekuje od WIOŚ informacji dotyczącej przeprowadzonej kontroli, stwierdzonych nieprawidłowości i zastosowanych sankcji - informuje rzecznik wojewody Bartłomiej Michałek.

- W 2014 r. przewidujemy cykl kontroli dotyczących prawidłowości postępowania z osadami ściekowymi - zapowiada Małgorzata Witkowska z WIOŚ i informuje, że w kwietniu 2012 r. ZGKiM w Koronowie za kierowanie osadów
na teren chronionej strefy wymierzono karę w wysokości 10 tysięcy złotych.

Fakty


Z raportu Najwyższej Izby Kontroli

- Aż 32 na 36 skontrolowanych oczyszczalni gospodarowało osadami niezgodnie z przepisami
- Zaledwie 10 proc. oczyszczalni przekazywało rzetelne wyniki badań osadów ich użytkownikom.
- Aż 70 proc. oczyszczalni wykonywało badania gruntów pod osady z naruszeniem prawa.
- Ponad 40 proc. kontrolowanych jednostek stosowało osady w niedozwolonych miejscach lub w okresie wegetacji roślin, przeznaczonych do bezpośredniego spożycia przez ludzi.
63,9 proc oczyszczalni nie wykonywało badań osadów na swoim terenie lub prowadziło je rzadziej niż wymagały przepisy.