To nie jest zabawa dla ubogich

Małgorzata Oberlan 31 stycznia 2014

Twoje dziecko zapałało miłością do speedwaya albo hokeja? Uważaj. Bez pieniędzy jego pasji nie rozwiniesz. To jedne z tych dyscyplin, które wykluczają nawet najzdolniejszych, jeśli rodzice nie mają odpowiednio grubego portfela.

Hokej wyrósł na jedną z najkosztowniejszych dyscyplin. Żak młodszy zakłada na siebie ok. 1000 zł. Na zdjęciu toruńskie Jaskółki, które z braku pieniędzy muszą grać amatorsko. Obok - kolarze. Też kosztowni...

Fot.: Adam Zakrzewski

- Serce się kraje z żalu, ale tak to dziś wygląda. W latach 80. i 90. klubowa szkółka (na dużym torze) dysponowała 5-8 motocyklami. Dziś nie ma ani jednego, choć używany można kupić za 6 tys. zł. Nawet najzdolniejszy chłopak bez własnego sprzętu nie ma tu czego szukać - mówi wprost Jacek Woźniak, trenujący w Polonii Bydgoszcz młodzież i na dużym torze, i na miniżużlu.

Dziecko jak inwestycja


Dobrze wie, że umykają mu chłopcy ze wsi, objeżdżający na swoich skuterkach leśne trakty. Ich rodzice przychodzą czasem na stadion Polonii i opowiadają, jak to synowie marzą o trenowaniu żużla. Chcą zapisać pociechę do szkółki i słyszą: „Musicie mieć własny sprzęt”. Pada kluczowe pytanie: „Za ile?”.


- Gdy mówię, że sam motocykl kosztuje około 6 tys. zł, zazwyczaj słyszę: „To my pomyślimy”. Rodzice odchodzą i już nie wracają. To przykre sytuacje - dodaje Jacek Woźniak.

Nieco inaczej jest w przypadku miniżużla. Tu, gdy rodzice przychodzą zapisać 8-9-latka do szkółki, mogą liczyć na używany motocykl od klubu. Gdy chłopak zdobędzie licencję, ten sprzęt zostanie już do niego przypisany. Ogrom wydatków, które czekają rodziców, jest jednak porażający.

Dwa razy w sezonie to oni sfinansować muszą remont silnika (łącznie ok. 7 tys. zł). Oni też kupić muszą chłopcu strój: buty żużlowe (od 700 do 1000 zł), kombinezon (200-600 zł za używany), kask (od 600 do 1200 zł za nowy), ochraniacze pod kombinezon (500-700 zł) rękawice (150 zł), okulary (200 zł) i „laczek”, czyli metalową łyżwę pod lewy but (250 zł). Jak widać, bez około 10 tysięcy złotych na dzień dobry się nie obędzie.

Kolejne koszty to wyjazdy. Wyprawy miniżużlowców do Częstochowy, Rybnika czy Gorzowa Wielkopolskiego kosztują i klub, i rodziców. Polonia zwraca rodzicom za paliwo i zapewnia miejsca w hotelu (dziecko plus jeden rodzic). Wyżywienia jednak już nie finansuje.

- Rodzice partycypują też w kosztach paliwa, oleju, części do motocykli i opon. Dwie, potrzebne na każde zawody, kosztują 340 zł. A zawodów w sezonie jest 13. To nie jest zabawa dla ubogich - podsumowuje Jacek Woźniak.

Klubowa bieda aż piszczy


Drogim sportem stał się też hokej. To już nie lata 80. i 90., kiedy zdolny chłopak z niezamożnej rodziny przychodził na lodowisko, dostawał sprzęt i szansę. - Dużo dzieciaków wyeliminowanych jest dziś z powodu pieniędzy. Wielka szkoda, bo akurat ci z uboższych środowisk często mieli najwięcej zapału do trenowania. Czuli, że sport może pomóc im wyrwać się do lepszego świata - podkreśla Sławomir Szachniewicz, trener toruńskich Sokołów (poziom żaków młodszych, czyli 11-13 lat).

Co oferuje klub w Toruniu tym młodziutkim adeptom hokeja? - Szkolenie, wodę i wyjazdy na mecze ligowe - krótko wylicza trener.
Chłopcom z jego zespołu rodzice kupić muszą: łyżwy (takie za 200 zł na początek wystarczą), kij (50 zł drewniany), kask z kratą (50-200 zł), rękawice (100-150 zł), naramienniki (150-200 zł), spodnie (150-200 zł) i nagolenniki (ok. 100 zł).

Im wyższy poziom szkolenia, tym wydatki większe. Juniorzy muszą mieć już łyżwy za 1,2 - 2,5 tys. zł i kije za 500-1500 zł. Teoretycznie przynajmniej dwa. Niestety, piszcząca bieda doprowadza do tego, że kijów brakuje nawet seniorom. - Zdarzały się już kuriozalne sytuacje, kiedy to zawodnikowi pękał kij w trakcie meczu i musiał pożyczać od kolegi z drużyny, który tym samym zmuszony był zejść z boiska - nie kryje Sławomir Szachniewicz.

Najdroższy sprzęt nosi na sobie bramkarz drużyny seniorów. Sam kij bramkarski kosztuje 800 zł. A kask? Kamizelka? Spodnie? Raki? Parkany? O łyżwach nie wspominając... W przypadku seniorów udaje się jednak finansować te wydatki dzięki wsparciu sponsorów. Żaków młodszych sponsorują natomiast... mama i tata. - Z prawdziwym sentymentem wspominam lata 80. i 90., turnieje typu Błękitna Sztafeta. Wtedy to miasto zapewniało dzieciakom sprzęt i hokej przyciągał tłumy zapaleńców. A trener siedział na trybunach i wyłapywał perełki... Tak do hokeja trafiłem i ja, i moi koledzy. Dziś, przynajmniej w Toruniu, już to tak nie działa - kończy szkoleniowiec.

Górala kupujesz sam


Większość dyscyplin sportu, jeśli tylko nasza pociecha zdecyduje się regularne treningi, wymaga od rodziców nie tylko jakichś inwestycji, ale i zmian w codziennym funkcjonowaniu. Najmłodszych zawozi się i odwozi na klubowe zajęcia, niezależnie od wieku zaangażować trzeba się też w wyjazdy na mecze i zawody.

- U nas rewolucja nastąpiła w kuchni. Odkąd syn zaczął trenować kolarstwo, musiał przestrzegać diety wysokobiałkowej. Stałym zestawem stał się kurczak z ryżem i brokułami. Co prawda w okresie rekrutacji szkoła zapowiadała, że zapewni uczniom niedrogie posiłki współfinansowane przez Ministerstwo Sportu i sponsorów, ale tak się nie stało. Obiady z cateringu kosztowały około 8 zł i niewielu je jadło - mówi pani Jolanta, której syn uczęszczał do gimnazjum w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Toruniu (SMS).

Co zapewniał przyszłym kolarzom klub Pacific Toruń, czuwający nad gimnzjalistami? Rowery szosowe, stroje kolarskie letnie, serwis rowerów i zgrupowania. Rodzice, po pierwsze, wyposażyć musieli pociechę w rower górski (minimum 2 tys. zł), buty kolarskie z wpięciem do pedału (para za 200 zł wystarczała na sezon), kask (ok. 150 zł), rękawiczki rowerowe (od 50 do 150 zł) i bieliznę termiczną (komplet za ok. 100 zł). Kto chciał (i miał za co) mógł zaszaleć zimową porą, kupując młodemu cykliście specjalne długie spodnie kolarskie i bluzy (każda sztuka odzieży po ok. 200 zł).

- To na rodziców spadały też koszty dowozu na wyścigi. I to nie za miedzę, tylko na przykład do Kozłowa w Warmińsko-Mazurskiem. Busem jechali trenerzy, działacze i rowery, a zawodnicy - samochodami rodziców. Raz jeden tata brał trójkę-czwórkę do auta, poświęcając czas w niedzielę i pieniądze na paliwo, raz drugi - dodaje pani Jolanta.

* * *

W szczęśliwszym położeniu są amatorzy gier zespołowych, lekkiej atletyki czy sztuk walki. Choć, jak podkreślają trenerzy, na pewnym etapie i tutaj rodzice stają przed finansowymi dylematami. Gdy talent i zapał dziecka wyrastają ponad przeciętność, nadchodzi moment wyboru: zainwestować poważnie w jego karierę czy nie? - Dobrze będzie się działo tylko w tych dyscyplinach, w których kluby będą w stanie zadbać o szkolenie młodzieży. Cieszyłbym się, gdyby rozumiały to samorządy. Bo naprawdę nie ma lepiej zainwestowanych pieniędzy niż w sport najmłodszych - co do tego Sławomir Szachniewicz nie ma żadnych wątpliwości.