Nigdy nie pracuję na klęczkach

Tomasz Bielicki

Chciał być astronomem lub historykiem. Ostatecznie Zbigniew Mikielewicz został rzeźbiarzem. Z równą wprawą i lekkością operuje dziś kilkucentymetrowym dłutem co kilkukilogramowym pneumatycznym młotem. W jego fachu - podobnie jak na operacyjnym stole - nie ma miejsca na błędy.

Zbigniew Mikielewicz na swoim koncie ma m.in. pełen rozmachu pomnik Bolesława Krzywoustego w Płocku. Rzeźbił go przez rok

Fot.: Jacek Smarz

- Na Umschlagplatz w Warszawie wykonywaliśmy wspólnie z Markiem Maderau’em granitowe rzeźby z napisami w trzech językach - polskim, angielskim i hebrajskim. Wszystko było już gotowe. Dwa dni przed odsłonięciem, w którym mieli wziąć udział przedstawiciele środowisk żydowskich nie tylko z Polski, dostałem telegram, aby natychmiast wstrzymać prace, ponieważ zaszła pomyłka - opowiada Zbigniew Mikielewicz. - Jaka? Zamiast hebrajskiego tekstu przysłano mi... hebrajski alfabet, który wykułem. Dramat ogromny. Aby to poprawić, pracowałem dzień, noc, znowu dzień i znowu noc. Gdy po dwóch dobach przyjechał ciężarowy samochód, załadowałem się na niego i dokuwałem resztę podczas sześciogodzinnej jazdy do Warszawy. Szaleństwo! Nigdy później czegoś takiego już nie przeżyłem.



Z Grodna do Ciechocina



Nie byłoby takich rzeźb na Umschlagplatz, pomnika Stefana „Grota” Roweckiego w Warszawie, pomnika Bolesława Krzywoustego w Płocku, a nawet malutkiego Filusia z toruńskiej instalacji pamięci Zbigniewa Lengrena, gdyby nie obraz „Kiedy wyjdziesz za mąż” Paula Gauguina. Mikielewicz jeszcze jako nastolatek dostrzegł jego reprodukcję w oknie księgarni. Urzekła go od razu. To właśnie wtedy urodzony w Grodnie i niemający żadnych artystycznych korzeni chłopak postanowił, że wkroczy na ścieżkę sztuki. Zaczął rysować, później trafił na malarstwo na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Na trzecim roku studiów pojawiła się fascynacja rzeźbą, gdy postanowił wyrzeźbić swoją przyszłą żonę - Małgorzatę.

Choć mówią o nim toruński rzeźbiarz, to tak naprawdę Zbigniew Mikielewicz mieszka w niedalekim Ciechocinie, gdzie ma także swoją pracownię. Zaniedbane gospodarstwo kupili wspólnie z żoną w 1989 roku i wyremontowali. Pod koniec lat 90. strawił je pożar. Prace z wielu lat, książki, dorobek całego życia - wszystko poszło z dymem. Odlane w metalach rzeźby stopiły się w ogniu. Najbardziej niesamowitą rzeczą było to, że na zgliszczach leżał nietknięty latawiec, a na zwęglonym parapecie ostało się zdjęcie aktora Teatru Horzycy, Niko Niakasa, który nieco wcześniej pozował Mikielewiczowi do postaci Jezusa. Znak?

- W sztuce cały czas dotyka się pewnego rodzaju sacrum. Jestem człowiekiem wciąż poszukującym i znajdującym pierwiastki duchowe w różnych momentach i sferach swojego życia - twierdzi rzeźbiarz. Choć zrealizował wiele projektów, które zagościły w murach i na terenie kościołów, do osób przesadnie wierzących nie należy. - Jest taka anegdota. Pewnego razu Jan Styka malował obraz przedstawiający Jezusa lub któregoś ze świętych. Malował go na klęczkach. W pewnej chwili postać z obrazu przemówiła do niego: „Przestań malować mnie na klęczkach. Maluj mnie dobrze”.

Cosmopolis to kicz



Ze wszystkich swoich dzieł najbardziej dumny jest z kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu w kościele Św. Ducha w Toruniu.

- Miałem wówczas całkowitą wolność tworzenia. W czasach, gdy w kościołach panuje estetyka XIX-wieczna, zdecydowałem się więc przekornie na bardzo oszczędną, kontemplacyjną formę. Tylko światło i kamień, dzięki którym usiłowałem osiągnąć harmonię między sacrum a profanum, między niebem a ziemią - wspomina.

Rozczarowanie w swojej karierze przeżył tylko raz.

- Fontanna Cosmopolis. Byłem autorem koncepcji, natomiast projekt wykonawczy realizowała wyłoniona w przetargu firma, która nie uszanowała moich założeń. Niestety, w Polsce zdarza się to bardzo często. Wyszło, mówiąc delikatnie, kiczowato - przyznaje.

O tym, jaka była pierwotna wizja Zbigniewa Mikielewicza, można się zresztą przekonać osobiście, wpisując w YouTube hasło „Fontanna Toruń 2008”. Warto porównać projekt rzeźbiarza ze stanem obecnym. Różnice są kolosalne.

Do tej pory największą pracą, która wyszła spod jego dłuta, był wspomniany ogromny pomnik Bolesława Krzywoustego. To właśnie wtedy - jak mówi sam Mikielewicz
- pozwolił sobie na zrobienie „pierwszej kulturalnej bojówki w Polsce”. Do wyrzeźbienia twarzy wojów pozowały mu bowiem postacie z lokalnego środowiska kulturalnego. Aktorzy, architekci, poeci, pisarze... Nad tym pomnikiem pracował przez rok.

- Sam Krzywousty miał mieć moje oblicze, ale żona ostrzegła, żebym nie przesadzał - żartuje. - Zupełnie nie interesuje mnie prezentacja prac w galeriach. Lubię, jak coś rozgrywa się na dużej przestrzeni, kiedy to, co projektuję, wciąga widza. Gdy widz staje się aktywnym uczestnikiem.

Dlatego od kilkunastu lat dużo czasu poświęca również na projekty architektoniczne. Nie unika wyzwań. Jedno z nich to stworzenie miejsca pamięci oraz muzeum na terenie byłego nazistowskiego obozu zagłady Żydów w Sobiborze. To tam, gdzie wymordowano ponad 200 tys. osób. W ramach zespołu, w którym pracowali m.in. Przemysław Dudziuk i Witold Chmielewski, wymyślił koncepcję stworzenia emocjonalnej przestrzeni wzdłuż drogi, która wiodła niewinnych ludzi na śmierć.

Nie zawsze się wygrywa



- Nad konkursowym projektem pracowaliśmy przez kilka miesięcy. Ostatecznie wybrano coś zupełnie innego. Tak bywa. Nie zawsze się wygrywa - dodaje Zbigniew Mikielewicz. W głowie ma już nowe pomysły. W kolejce czekają kolejne realizacje. - Zawsze po zakończeniu pracy dostrzegam jeszcze rzeczy, które można było zrobić inaczej. Może lepiej? Czasem mnie to irytuje. Dlatego pewnie nie mam sentymentu do tego, co zrobiłem do tej pory. Myślę, że moje najlepsze dzieło wciąż jeszcze przed mną.

Warto wiedzieć


Pomniki w Polsce i za granicą

- Zbigniew Mikielewicz ma 57 lat. Jest absolwentem Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, na którym zdobył dyplom w pracowni prof. Barbary Bieniulis-Strynkiewicz.
- Na swoim koncie ma m.in. pomnik gen. Stefana Grota-Roweckiego w Warszawie (2005), filmowego Kargula i Pawlaka w Toruniu (2006), Władysława Raczkiewicza w Toruniu (2010), Bolesława Krzywoustego w Płocku (2013), Jana Pawła II w Los Angeles (2013).

- Jego dwaj synowie - Piotr i Jan - nie poszli śladem ojca. Zajmują się grafiką komputerową.