Pani Magdalena z Lipna i jej dzieci

Małgorzata Oberlan 17 stycznia 2014, aktualizowano: 21-01-2014 08:36

2,5-letnią Weronikę przywiązała parcianym paskiem do framugi drzwi, a z trójką pozostałego drobiazgu poszła po zakupy. Dziewczynkę oswobodził policjant, a nazajutrz pani Magdalena z dziećmi stanęła w błysku fleszy...

Fot.: Grzegorz Olkowski

Lipno, barak socjalny przy ul. Komunalnej 5. Przed i wewnątrz budynku - ekipy dziennikarzy. Kamery, mikrofony, dyktafony.


- Matka winna czy niewinna? - słyszy około południa głos swojego wydawcy jeden z dziennikarzy.

- Nie wiem - odpowiada po dłuższym namyśle ten, który zawodowo ma oceniać sytuację po kwadransie. - Jak to „nie wiem”?! To po co siedzisz w tej dziurze od rana?!

Pasek na kostce


Było tak. W poniedziałek, 13 stycznia, po południu, 35-letnia pani Magdalena z 5-letnim Antkiem, 3,5-letnią Wiktoria i kilkutygodniową Nataszą wyszła z baraku. Jak mówi, pożyczyć gdzieś pieniądze, kupić mleko i pieluchy, spytać w urzędzie o becikowe na najmłodsze dziecko.

W mieście spotkała ją asystentka rodziny z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Zapytała, gdzie jest czwarte dziecko. Usłyszała, że pod opieką babci pani Magdaleny. Kiedy jednak tę kobietę też spotkała na ulicy, pracownica MOPS poszła na ul. Komunalną. Pukała bez skutku. Zajrzała przez okno. Gdy zobaczyła 2,5-letnią Weronikę przywiązaną paskiem do framugi drzwi (parciany pas umocowany był na kostce dziecka), zadzwoniła po policję.

Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Policjant wszedł do mieszkania przez okno i oswobodził Weronikę. Na miejscu, oprócz asystentki, był jeszcze lekarz. Zbadał małą. Uznał, że jest wychłodzona i głodna, i powinna trafić do szpitala. Panią Magdalenę natomiast mundurowi zatrzymali z dziećmi w mieście.

- Już wcześniej mieliśmy sygnały (nieoficjalne), że matka zostawia dzieci bez opieki. I choć asystentka poznała panią Magdalenę jako porządną matkę (dzieci nakarmione, ubrane, w domu porządek), to brak jednego z nich przy niej wzmógł jej czujność - tłumaczy Daria Kostecka, wicedyrektorka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Lipnie.

Głupio żeś, Magda, zrobiła!


Socjal pani Magdaleny ledwo mieści ją samą i czworo dzieci, a co dopiero dziennikarzy. To najwyżej 40 metrów kwadratowych: pokój z czarnymi od grzyba ścianami (woda stoi po kątach, taka wilgoć) i mała kuchnia. W rogu, za ceratową zasłonką, prowizoryczna łazienka.

- Nie chciałam źle. Przywiązałam Weronikę dla bezpieczeństwa - żeby się nie oparzyła i żeby znów głową o coś się nie uderzyła, bo ma chorobę sierocą - zarzeka się pani Magdalena, kołysząc na rękach malutką Nataszę Grażynę. Trochę nerwowo, więc malutkiej się ulewa. Najstarszy Antek z zainteresowaniem testuje sprzęt fotoreportera, a Wiktoria podnosi lament, bo ręka zaplątała jej się w swetrze. Bez problemu daje się wyratować dziennikarce. Co by nie mówić, dzieciaki są otwarte i ufne. Na pewno nie jakieś zastraszone czy wycofane.

- Głupio żeś, Magda, zrobiła! - strofuje wnuczkę pani Grażyna. - Gdybyś do mnie zadzwoniła, to bym ci małej przypilnowała. No, stało się. Ale po co ta socjalna taką aferę robiła? Po co zaraz policję wzywała? Przecież żeś dzieci nie zabiła, w beczkach po kapuście ich nie trzymasz...

No, właśnie. A krótko po tym, jak Weronika przyszła na świat w szóstym miesiącu ciąży i z wadą serca, pani Magdalena stanęła przed wyborem. - Ordynator w Toruniu powiedział, że z tym dzieckiem będzie bardzo ciężko i żebym się zastanowiła, czy nie chcę go zostawić w szpitalu. Ale która matka by zostawiła? Ja nie - wspomina 35-latka i dalej energicznie buja Nataszę.

Alkoholikom dają, a Romce nie?


We wrześniu 2013 roku na płuca zmarł Jerzy, ojciec całej czwórki, dziś wychowywanej przez 35-latkę. Był astmatykiem i spanie na łóżku przy zagrzybionej ścianie z pewnością zdrowia mu nie poprawiało. Od tego czasu pani Magdalenie pomaga Sebastian. Przyjaciel - jak się przedstawia.

Pani Magdalena ma jednak dwoje starszych dzieci - syna i córkę - które już mieszkają poza domem. Pierwszy raz matką została w wieku 16 lat.

- Jest mi strasznie ciężko. Fotelami w piecu palę, bo nie mam opału - pokazuje na starą westfalkę. Co prawda, dostała ze „Szlachetnej paczki” kuchenkę gazową, ale jak jej używać, skoro pieniędzy na butlę brak? Zresztą, brak prawie na wszystko.
- Po ojcu dzieciaki renty nie dostały, bo nie pracował, tylko chorował. Żyjemy z zasiłków z pomocy społecznej. To jakieś 1200 zł miesięcznie. Mało - skarży się kobieta. - Źle mnie traktują, bo jestem romskiego pochodzenia. Alkoholikom pieniądze rozdają, a dla dzieci skąpią. Nawet becikowego na Nataszę nie chcą mi dać.

Jej pochodzenie ma być też powodem, dla którego odwróciła się od niej rodzina zmarłego konkubenta. - Nawet na ulicy udają, że nas nie znają. Antek woła: „Ciociu!”, a oni idą dalej. Tak samo niektórzy sąsiedzi nas traktują - dodaje pani Magdalena.

Pieniądze, obiady, asysta


Daria Kostecka z MOPS-u wylicza, jakiej pomocy ośrodek udziela matce i dzieciom. Zasiłki, wraz ze świadczeniami rodzinnymi, pani Magdalena dostaje średnio w kwocie 1450 zł miesięcznie. W grudniu, wraz z zasiłkiem celowym, otrzymała ok. 1600 zł. Codziennie i matka, i dzieci, mają zapewnione bezpłatne ciepłe posiłki. A poza tym, od listopada zeszłego roku, wsparcie asystentki rodzinnej.
- Jej zadaniem jest pomaganie w załatwianiu spraw urzędowych, planowaniu budżetu domowego, no, i prawie codzienne odwiedzanie rodziny - podkreśla Daria Kostecka. - Becikowe? Cóż, zgodnie z wymogiem ustawowym, przyznane być może pod warunkiem, że matka od 10 tygodnia ciąży znajdowała się pod opieką lekarza. Pani Magdalena pod taką opieką znalazła się dopiero w 15 tygodniu.

Jeśli chodzi o aspekt narodowościowy, żadna z zaangażowanych w sprawę służb nie podziela zdania Romki. - Nas to po prostu nie interesuje. Interweniowaliśmy, bo było takie zgłoszenie. Pochodzenie w takich sytuacjach nie ma żadnego znaczenia - zapewnia Monika Chlebicz, rzeczniczka Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

Weronika do pogotowia


Decyzją Sądu Rodzinnego 2,5-letnia dziewczynka po opuszczeniu szpitala ma trafić do pogotowia opiekuńczego i przebywać tam do rozstrzygnięcia całej sprawy. Wcześniej, bo przed miesiącem sąd wyznaczył na 23 stycznia termin rozprawy w sprawie ograniczenia praw rodzicielskich pani Magdalenie. W niedalekiej przyszłości sąd będzie musiał zdecydować o losie wszystkich dzieci.
Prokuratura przedstawiła pani Magdalenie zarzut narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Za czyn ten grozi do 5 lat więzienia.

Weronika ma się dobrze, ale bezsprzecznie wymaga wyjątkowej troski. Zdaniem matki, choroby sierocej nabawiła w szpitalach, w których spędziła pół swojego krótkiego życia. Z powodu wady serca i innych schorzeń.