Kto wysłucha próśb mieszczucha? Trwa walka o przywrócenie miasta ludziom

Katarzyna Bogucka 17 stycznia 2014

„Na zamkniętych osiedlach nie ma miasta, czyli nie ma ludzi na ulicach, są tylko samochody, bo przecież strach wyjść na zewnątrz. (...) Miasto jako całość przestaje istnieć” - taką diagnozę stawia Tomasz Majda z Towarzystwa Urbanistów Polskich.

Fot.: Tomasz Czachorowski

Mieszczanie, którym wciąż bliska jest historyczna definicja wspólnoty (także przestrzennej) nie poddają się niszczycielskim trendom. Walczą o wyłączenie zabytkowych ulic z intensywnego ruchu, o upiększanie okolicy, o wpisanie historycznych perełek do rejestru zabytków. Leży im na sercu odbudowa ważnych dla tożsamości miasta budowli.

Kiedyś takich aktywistów nazywano z nutką ironii „leśnymi dziadkami”. Uważano, że jedynie z uwagi na zbyt wiele wolnego czasu udzielają się na prawo i lewo. To nie do końca prawda. Wystarczy zajrzeć na strony internetowe organizacji pełnych młodych ludzi. Miejscy rewolucjoniści mają przeciwko sobie samorządy, deweloperów, planistów, gąszcz przepisów, ale życie pokazuje, że porozumienie jest możliwe.


Jak dotychczas problematyką funkcjonowania miast obarczano w Polsce trzy ministerstwa: rozwoju regionalnego, administracji i cyfryzacji oraz transportu, budownictwa i gospodarki morskiej (w Brazylii funkcjonuje osobne ministerstwo miast). Ten pierwszy resort, zdaniem działaczy społecznych z Poznania, którzy opracowali doskonałe kompendium wiedzy o miejsko-obywatelskich bolączkach („Antybezradnik przestrzenny - prawo do miasta w działaniu” Kacpra Pobłockiego i Lecha Merglera), stał się w ciągu ostatnich kilku lat polskim odpowiednikiem ministerstwa miast. Opracował on założenia do krajowej polityki miejskiej, a coraz sprawniej działające oddolne obywatelskie kolektywy doprowadziły do zorganizowania Kongresu Ruchów Miejskich (pierwszy odbył się w 2011 r. w Poznaniu), którego myślą przewodnią było sprowokowanie zmian prawa na rzecz sprawniejszego rozwiązywania lokalnych problemów. Jednym z sukcesów KRM jest powołanie Parlamentarnego Zespołu do Spraw Miejskich.

Obywatelski zryw


Statystycznemu Kowalskiemu daleko jednak do parlamentu. Cała nadzieja we wspomnianych organizacjach (łącznikach z ministerstwami, ale i samorządami), w środowiskowych liderach i ich talentach do aktywizowania ludzi.

Pawłowi Kołaczowi (z wykształcenia archeolog, mieszka i działa na Bydgoskim Przedmieściu w Toruniu, prowadzi blog o mieście - www.pawelkolacz.pl), działaczowi z toruńskiej Pracowni Zrównoważonego Rozwoju, udało się w 2007 roku założyć stowarzyszenie, które za punkt honoru postawiło sobie rewitalizację Bydgoskiego Przedmieścia. Wpisano je dzięki, jak mówią znajomi Kołacza, jego ocieraniu się o fanatyzm, do rejestru zabytków, a mieszkańców zaktywizowano. Teraz społeczność tej dzielnicy podobno zawstydza ziomków z innych części Torunia. Tłumnie uczestniczy w wyborach do rad okręgów, organizuje swoje święto i ma wpływ na decyzje urzędników dotyczące przestrzeni publicznej. Tak było na przykład przy okazji rewitalizacji parku na Bydgoskim Przedmieściu - jednego z najstarszych parków miejskich w Polsce.

Podobna idea przyświeca bydgoskiemu Stowarzyszeniu Miłośników Augusta Cieszkowskiego, które pod wodzą socjologa
dr. Grzegorza Kaczmarka od lat wnioskuje (organizując huczne urodziny Cieszkowskiego albo... protesty) o wyłączenie zabytkowej ulicy Cieszkowskiego z ruchu miejskiego (i to się wkrótce stanie, bo bydgoski zarząd dróg zamierza przedłużyć ul. Mazowiecką do Gdańskiej).

Pawła Kołacza udało się nam złapać na szkoleniach poświęconych, a jakże, umiejętności prowadzenia konsultacji społecznych z różnych dziedzin życia społecznego. Zorganizowała je (z myślą m.in. o samorządowcach) Pomorska Fundacja Rozwoju, Kultury i Sztuki w Toruniu w partnerstwie ze starostwem powiatowym w Chełmnie.

Zdaniem Kołacza, samorządowi urzędnicy zazwyczaj boją się konsultacji społecznych: - Głównie tego, że mieszkańcy będą wymyślać rozmaite dziwne rzeczy. Jednak doświadczenie pokazuje, że tak się nie dzieje. W tle czają się także protesty społeczne, ale to przecież efekt tego, że nie pyta się ludzi o zdanie! Planowanie przestrzeni miejskiej porównać można z urządzaniem mieszkania. Nie wyobrażamy sobie, żeby ktoś je nam zaprojektował i urządził, a my nie mielibyśmy w tym procesie nic do powiedzenia.

Teatr na językach


Podobnego porównania użył Andrzej Bogucki, związany, m.in. ze Społecznym Komitetem Rekonstrukcji Zachodniej Pierzei Starego Rynku im. Andrzeja Szwalbego w Bydgoszczy, gdy mówił tym razem nie o pierzei, lecz o sprawie odbudowy Teatru Miejskiego.
Debata dotycząca budynku zburzonego w 1945 roku staje się coraz bardziej gorąca, nie tylko w środowisku architektów czy planistów. O historyczną budowlę upomina się także Stowarzyszenie na Rzecz Odbudowy Teatru Miejskiego, swoje zdanie mocno akcentuje też Marek Żydowicz, szef festiwalu Camerimage, który proponuje, by przestrzeń na placu Teatralnym zabudować według projektu słynnego architekta Franka Gehry’ego. Mogłaby to być, jego zdaniem, bryła równie ekscytująca, co ekstrawaganckie Muzeum Guggenheima w Bilbao (wizytówka Gehry’ego).

Ewa Raczyńska-Mąkowska, członek teatralnego stowarzyszenia, konserwator zabytów (miejska konserwator zabytków podczas kadencji prezydentów: Warczaka, Złotowskiego, Sapalskiego i krótko Jasiakiewicza), jest pełna obaw.

- Bilbao jest tylko jedno. Frank Gehry ma swój charakterystyczny język, atektoniczny (tzn. nieregularny, niezintegrowany z otoczeniem, nieprzejrzysty kompozycyjnie, nierzadko efekciarski), jakby wyrwany z reguły architektonicznej, która obowiązuje w przestrzeni

- zauważa specjalistka. - Jego projekt, oczywiście, jest świetny, ale w innym kontekście, niekoniecznie w takim jak plac Teatralny. Muzeum Guggenheima w Bilbao to dawne zdegradowane tereny portowe. Architekt wstrzyknął w to miejsce adrenalinę, która podziałała na całe miasto. Nie jest pewne, czy na placu Teatralnym efekt będzie podobny. Najbardziej się boję, że projekt o którym mówi Żydowicz, zaakceptujemy zbyt szybko, bo pieniądze, bo Unia Europejska, a później będą nas czekały żmudne poprawki i cała dyskusja zacznie się od początku. Dzieło Gehry’ego już na pierwszy rzut oka nie nadaje się do zastosowania w tym miejscu. Jeśli jednak autor lub inny architekt zechce wpisać swój indywidualizm w zastany kontekst, to możemy doczekać się obiektu dobrze osadzonego w historycznym kontekście, a jednocześnie bardzo nowoczesnego i charakterystycznego, którego nie będziemy się wstydzić przed następnymi pokoleniami.

Zamykanie się na miasto


Im dalej od starego miasta, tym mniej podobnych emocji. Ewa Raczyńska-Mąkowska tłumaczy, że za granicami strategicznej starówki, na której obowiązuje odniesienie do dawnego planowania, chociażby do układu ulic, projektowanie staje się coraz swobodniejsze. I nie chodzi tylko o stylistykę, ale także o walory funkcjonalne, np. o bezpieczeństwo strzeżonych osiedli.

Badacze tematu dowodzą, że zamykanie się niszczy ideę miasta. - Takie zjawiska zaobserwował kiedyś L. H. Klassen i nazwał je cyklem życia miasta - mówi Tomasz Majda z Towarzystwa Urbanistów Polskich. - Jedną z jego faz jest dezurbanizacja, która dotknęła wiele miast amerykańskich. My na razie jesteśmy w fazie suburbanizacji, kiedy to ludność centrum miast przenosi się na peryferia lub do mniejszych miejscowości przy granicach administracyjnych miasta. W następnej fazie mieszkańcy tych gwałtownie zabudowywanych terenów podmiejskich zauważą, że w tym bałaganie żyć się nie da i wyniosą się jeszcze dalej - do miast średnich i małych, położonych poza obszarami metropolitalnymi - spadać zacznie wtedy liczba ludności całych aglomeracji...

Deweloperzy wiedzą...


Jak analizuje Tomasz Majda, strzeżone osiedla, czyli odpowiedź na funkcjonalne budownictwo przemysłowe, które zapomniało o potrzebie bezpieczeństwa, dają jedynie złudzenie bezpieczeństwa. W rzeczywistości potęgują obsesję czającego się wszędzie zła: - Recenzowałem ostatnio pracę magisterską, w której dyplomantka przeanalizowała wszystkie osiedla budowane w ostatnich kilku latach w Warszawie. Sto procent z nich było osiedlami zamkniętymi.

Ludzie dobrowolnie zamykają się w luksusowych klatkach. Może nie całkiem dobrowolnie, skoro nie mają wyboru, ale, jakby nie było, w efekcie na zamkniętych osiedlach nie ma miasta, nie ma ludzi na ulicach, są tylko samochody, bo przecież strach wyjść na zewnątrz. Zatem nie tylko stare miasto umiera, ale miasto jako całość. W takiej strukturze ludzie przemieszczają się jak najszybciej od punktu A do punktu B i interakcje z innymi następują tylko w tych punktach. Miasto jako całość przestaje istnieć..

FAKTY



Co w mieście piszczy...

Fundacja „Normalne Miasto, Fenomen z Łodzi” przygotowuje się do stworzenia miejskiej przestrzeni zwanej woonerf. Pojęcie to pochodzi z języka holenderskiego i oznacza „ulicę do mieszkania” albo „miejski podwórzec”. Idea ta pojawiła się w latach 70. XX w. w Holandii, kiedy gwałtowny wzrost liczby samochodów zmusił inżynierów do ograniczenia ruchu w pobliżu szkół i stref zamieszkania.

W woonerfach likwidowane są krawężniki, na jezdni powstają wyspy, niewielkie skwerki, ustawia się ławki, pozwala się kawiarniom wystawić stoliki na zewnątrz. Przy odrobinie dobrej woli i pomyślunku udaje się pogodzić interesy pieszych, rowerzystów i kierowców, którzy muszą zwolnić albo szukać innej drogi. (źródło: www.fundacjafenomen.pl)

Warmińsko-Mazurskie postawiło na Cittaslow. Tym razem chodzi mniej o przestrzeń, a bardziej o styl funkcjonowania miasta. Do światowego zrzeszenia Cittaslow (idea narodziła się we Włoszech) należy 9 polskich miast (przedsięwzięcie to adresowane jest do ośrodków nieprzekraczających 50 tys. mieszkańców).

Miasta Cittaslow nastawione są na dobre i spokojne życie lokalnej społeczności i turystów, na wypoczynek, relaks i promocję regionalnych skarbów. (źródło: cittaslowpolska.pl).